2012-04-24 22:50:16
TAJEMNICA GARBU
 Mówi się czasem, że nie jesteśmy aniołami… I chyba dobrze, bo gdzie i jacy ludzie – nawet bardzo poczciwi – ścierpieliby istoty tak inne i dobre, że… nie do zniesienia.
*
Tę górską wioskę z jej mieszkańcami można byłoby uznać za błogosławioną przez Boga, bo i przyroda była tu przyjazna, i ludzie sobie wzajemnie, jak i losy tej krainie. Dobrze się wiodło większości, więc dbali, by tego dobrego losu ktoś im nie odmienił. Chłodno więc traktowali gości, a tym z nich, którzy nazbyt odstawali od nich zwyczajami, dawali znać, by poszukali zamieszkania gdzie indziej. Pewnie nie zauważali, że zamknięci w swoim kręgu, powoli zamykali swoje umysły i serca. Ale kto mógł im to uświadomić? I oto podstarzałemu małżeństwu urodził się chłopiec. Ojciec był szewcem i oboje z żoną szanowani byli za uczciwość i pobożność. Teraz szczególniej dziękowali oni Bogu za ten niespodziewany dar. Jednak temu ładnemu i miłemu dziecku po roku pojawiło się na plecach coś podobnego do garbu. Zasmuciło to wszystkich, więc wspomogli rodziców pieniędzmi i modlitwą, by mogli zawieźć chłopca do sławnego lekarza. Ten jednak nie dał nadziei na usunięcie garbu. Chciał nawet coś im wyjaśnić, ale nie prosili o to. Wrócili do wioski i postanowili nadal dziękować Bogu za chłopca i wychowywać go, jakby nie miał garbu. Jednak garb dostrzegały inne dzieci i nie raz dały odczuć to chłopcu boleśnie, stroniąc od niego lub szepcząc ironicznie. Rodzice tym więcej się modlili, co dla jednych sąsiadów czyniło z nich prawie świętych, a dla innych – dziwolągów. Zresztą, tu raczej nie lubiano jakichś przejawów wyróżniania się. Chłopiec też wyróżniał się nie tylko garbem. Jedyny wśród dzieci miał blond włosy i zielone oczy ze złotymi plamkami. Nikt prawie nie lubił patrzeć w te oczy, bo budziły one w ludziach dziwne poczucie winy. Za dużo w nich było jakiejś miłosiernej dobroci. Chłopiec był drobny i jakby aż nazbyt lekki. Jedynie ten podwójny garb na plecach odbierał mu wdzięk. Kiedy ktoś zobaczył, że garb dziwnie czasem drga, zaczęto się go bać i traktować, jak nawiedzonego przez mroczną siłę. Omijano chłopca teraz z daleka. Rodzice tym więcej modlili się wciąż dziękując Bogu za chłopca i okazując mu tym więcej serca im większa ukryta wrogość spotykała go od innych. Ojciec nauczył go szewskiego fachu i chłopiec robił i naprawiał buty prawie tak dobrze, jak on. Jednak posunięty w latach ojciec zmarł, gdy chłopiec skończył 18 lat. Za nim odeszła jego matka. Mimo, że chłopiec był jedynym szewcem w wiosce, rzadko kto korzystał z jego pracy i usług. Zerkano na jego garb z zabobonnym lękiem, a gdy ktoś zauważył, że coś w nim drga, szeptano, że to diabeł przywarł do jego pleców. Ten lęk przemieniał się w ludziach w otwartą wrogość i  nienawiść. Któregoś dnia chłopiec przechodził koło czyjegoś źle umocowanego wozu, który nagle potoczył się i rozbił o ścianę. Właściciel wozu natarł na chłopca wyzywając go od diabłów. Dołączyło się do niego zaraz więcej ludzi, którzy chwycili za kije i kamienie. Wkrótce spory tłum wrzeszcząc, popychając i okładając chłopca zaczął go prowadzić na urwisko. Zaczęto krzyczeć, by skończyć z demonem, pozbyć się go na zawsze, cisnąć w przepaść… Postawiono chłopca na skraju przepaści i ktoś pchnął go kopniakiem krzycząc, by leciał sobie do piekła. I wtedy garb drgnął, napiął się, rozerwał skórę i koszulę… Kilkoro rąk zepchnęło go w przepaść. I w tej chwili wydobyły się z garbu dwa wielkie śnieżnobiałe skrzydła i chłopiec uniósł się na nich wysoko z dźwięcznym śmiechem. Za chwilę zniknął w chmurach, a ludzie stali jak skamieniali, tylko niektóre kobiety zaczęły szlochać. Ponoć od tego wydarzenia coś odmieniło tam tych ludzi, otwarło im serca, ale chłopiec nie wrócił. Może spełnił to, po co został tam posłany?
*
Uważajcie na spotykanych incognito Aniołów, bo nie wiadomo,  co wam w was samych mogą pokazać, co i kogo w was, poczciwcach, obudzić.
skomentuj (0)

2012-03-31 17:23:52
RYCERZ POKUTNIK
Od kiedy przestano wierzyć, że Bóg karze za grzechy, to i waga winy czy krzywdy zmalała, a pokuta stała się przeżytkiem. Ale czy człowiekowi wyszło to na dobre, tego nie jestem pewien.
*
Kiedy jeden z rycerzy Bolesława Chrobrego Gniewomir Będa stanął nad Czarną Przemszą, zastał tam bory i prastarą wioskę. Otrzymał tę ziemię od króla, a więc na wzgórzu miał stanąć zamek. I tak się po paru latach stało, a od nazwiska rycerza przyjął on i rozrastająca się wioska nazwę Będzin. Jednak ów rycerz, podobno dzielny w bojach, teraz jako pan na włościach już nie po rycersku zaczął postępować. Po śmierci króla stał się bardziej rabusiem niż obrońcą, postrachem kupców, ale i włościan. Po zbójeckich wyprawach ucztował na zamku z podobnymi sobie. Bano się go i unikano. Ale żonę Będa miał i piękną, i dobrą – swoje przeciwieństwo. Takoż i dwójkę dzieci, które matka jak mogła chroniła przed druhami ojca, zabierając je często w bory, gdzie mieli urocze schronienie w jaskini nad potokiem. Jakoż po tym, jak w trójkę usiłowali uprosić zmiłowanie Będy nad wtrąconymi do lochów niewinnymi ludźmi i odtrąceni przezeń, poszli tam również. Kiedy nadciągnęła burza biegli ku grocie, ale nagle skały zadrżały i zwaliły się na nich. Burza minęła, ale kiedy Będa wyruszył na poszukiwanie żony i dzieci, dotarłszy na miejsce zawył z bólu i rozpaczy… Musiał pogrzebać Bogu ducha winnych najbliższych, podczas, gdy on, zbójca został na tym świecie. Został i jakby zamarł w sobie. Odprawił kompanów, skończyły się uczty, a on snuł się po wieży, posiwiały nagle, milczący, trudny do poznania. W końcu wezwał rządcę i wyznał, że owe nieszczęście to za jego zbrodnie, pychę i krzywdy. Kazał kogo można wynagrodzić, sieroty i wdowy uposażyć, zamku pilnować. A sam ubrany jedynie w prostą opończę, z dawnych rzeczy wziął miecz rycerski, pożegnał się z rządcą i starszymi wioski, i ruszył boso w bory czynić słuszną pokutę. Rządca dognał go i dał mu buty, boć już zimno było. Wziął je, wcisnął za pas, ale szedł boso. Po jakimś czasie ludzie zaczęli mówić, że chodzi jakiś tu mnich czy włóczęga boso, więc nazwano go Gołonogiem.Na trudno dostępnym miejscu wysoko, sklecił sobie szałas, wystrugał spory krzyż nad nim i zamieszkał. Ludzie nie wiedzieli, kim on jest, ale ów krzyż budził ufność, a ci, z którymi gadał, mówili, że mądry on i uczony. Po jakimś czasie pomogli mu lepsze schronienie zrobić, czasem coś do jedzenia przynieśli, a on zaczął leki, maści sporządzać z ziół i jagód, leczyć, radzić. Jednak czy lato, czy zima, chodził boso, nawykły już, no i krył swą tajemnicę. Ale dobroć i spokój w nim były wielkie, a spojrzenie coraz jaśniejsze. Co wieczór widać było w górze ogień jego ogniska, do którego ludzi przywykli jak do dobrego znaku. I tak minęło trochę lat. Któregoś wieczoru ogień nie zapłonął, a kiedy w dzień poszli niektórzy, zastali go na skalnym łożu martwego i bosego. Kiedy odwinęli opończę, ujrzeli na jego piersiach rycerski miecz. Tak, on musiał być rycerzem, więc dali znać księdzu i innym okolicznym rycerzom, by mu pochówek godny wyprawili. Jednakże ksiądz nie znał imienia, bo Gołonogiem go tylko zwano. Wraz z rycerzami przybył i ów rządca zamku Będzin i kiedy ujrzał miecz, rozpoznał go i swojego pana. Wtedy wyjawił jego tajemnicę, iż za swoje zło i krzywdy, życiem trudnym i poczciwym Bogu i ludziom chciał wynagrodzić. Pochowano go tam i wybudowano kapliczkę. A zdarzyło się, że królowa Jadwiga powędrowała do niej boso po śladach Gołonoga, ale to już inna opowieść.
*
Wierzono kiedyś, że gdy Bóg karze, to by ratować kogoś, a skrucha i pokuta nie Bogu tak potrzebne, co winowajcy, by go przemienić. I tego nam teraz brak.
skomentuj (1)

2012-03-24 18:56:46
ŻYWE LAMPY
Jakoś mi szkoda, że elektryczność odebrała ludziom troskę o żywe płomyki świec, kaganków i lamp znaczących czasem coś więcej niż oświetlenie.
*
To było daleko na północy, blisko kręgu polarnego w osadzie rybaków i myśliwych. Kiedyś przybył tam jakiś bogaty człowiek, który wybudował sobie górujący nad osadą zameczek z wieżyczką, z której przyglądał się on często blademu słońcu i zorzom polarnym. Wyruszał czasem saniami w psim zaprzęgu po skutym lodem morzu, jak tylko daleko mógł na północ. Kiedyś psy przyciągnęły go z odmrożonymi nogami, jego zdaniem cudem przez Boga uratowanego. Okulały już nie wyruszał nigdzie, ale z tej wdzięczności postanowił wybudować dla osadników kościół, bo najbliższy był daleko. Sprowadził budowniczych, kazał wysoko ogrodzić plac, jakby nie chciał, by ktokolwiek przypatrywał się budowie. Dziwne, ale więcej ludzi zaczęło tu teraz ściągać i osiedlać się, jakby ten zameczek i kościół miały dać początek miasteczku. Dziwiono się tej tajemniczości wokół kościółka, ale przywykli, że ten pan jest trochę odludkiem, trochę dziwakiem, ale w sumie dobrym człekiem, więc nie zaglądali za ogrodzenie, a tylko popatrywali, jak rośnie dach i wieża wyższa niż ta w zameczku. Ukończono budowę kościółka tuż przed polarną zimą i kiedy rozebrano ogrodzenie, to miejscowi nie mogli się nadziwić jak kształtna i piękna budowla stanęła w ich osadzie. Sprowadzono też księdza, który miał tu stale odprawiać Msze i nabożeństwa. Przed tą pierwszą uroczystą Mszą  ów pan przyszedł o kulach i wprowadził z księdzem wszystkich do środka. Stanęli jak urzeczeni pięknem witraży i ołtarza. Nie zapalono jeszcze żadnej świecy i dość mrocznie było wewnątrz. Ten i ów rozglądał się za lampami, ale żadnej nie było ani pod sufitem, ani na ścianach, a przecież te sześć świec na ołtarzu nie mogło rozświetlić wnętrza, którego mroczność jednak pogłębiały śliczne witraże. I wtedy ów pan powiedział: „Oddaję wam tę świątynię, jako moje wotum wdzięczności, a wasze miejsce modlitwy. Tak, nie ma oświetlenia, ale za to każdy z was otrzyma srebrną oliwną lampę, którą będzie przynosił ze sobą i wieszał na którymś z haków, a tych jest tyle, ilu was wiernych, czyli w sam raz, by oświetlić całe wnętrze, szczególnie w czas polarnej nocy. Oliwa będzie wasza. Jeśli jednak ktoś nie przyjdzie ze swoją lampą do kościoła, to będzie w nim ciemniej, a mnie będzie smutniej, gdy będę patrzył przez swoje okno na okna kościoła. Dotychczas bowiem spoglądałem albo ku słońcu, albo ku polarnej zorzy, ale stokroć bardziej wolałbym patrzeć na żywe światła was wiernych, gdy już sam tu przyjść nie będę mógł.” Ponoć w dzień śmierci tego pana, kościół jarzył się swoimi światłami najjaśniej, choć potem to już różnie bywało.
*
Ponoć ponad światła wszystkich gwiazd Panu Bogu milsze są maleńkie żywe światełka zapalane Mu przez ludzi i to ich właśnie wypatruje On nocami, a zwłaszcza tych, wokół których gromadzą się kręgi ludzi z miejscem dla Niego.
skomentuj (2)

2012-03-09 10:28:55
SKARGA I WIARA
Gałąź bez morza nie stanie się reją, a rei nie będzie bez żagla, żagla zaś bez wiatru. (przysłowie) Tak też z człowiekiem i jego jękiem serca – nie pojmie on kim jest, jeśli nie zwróci się ku Niebu, a ono mu nie odpowie.
*
Można czasem stracić wszystko, ale zachować wspomnienia. Ta kobieta straciła wszystko i nawet pamięć o tym, co miała i kim była. Czy może być jeszcze większa nędza? Nazywano ją więc Nędzarką i ona się za taką miała, gdy skleciła sobie nędzny szałas pod płotem jakiegoś bogatego domostwa i siadywała przy drodze, by użebrać coś do odpędzenia głodu.Wzbierała w niej co dzień coraz większa niema skarga, ale nie miała komu jej wypłakać czy wyrzucić z siebie. To także była cząstka jej nędzy. Kiedyś, przy upale i suszy trafiła nad wysychający strumień, w którym ujrzała udręczone ryby i zdumiona usłyszała z ich skierowanych ku niebu pyszczków coś jak skargę czy prośbę: „ Boże Miłosierny, niech spadnie wreszcie deszcz i wzbierze ten strumień, bo dłużej tego nie zniesiemy.”Jeszcze bardziej zdumiało ją to, że ni stąd ni zowąd pojawiła się chmura i lunął deszcz ożywiając strumień i umęczone ryby. W jej niepamięci zakołatała myśl, że jest jakiś Bóg, któremu można się poskarżyć i którego można prosić o ulgę w niedoli. Wróciła do swego szałasu, uniosła ręce ku niebu i zaczęła wołać: „Boże Miłosierny, zlituj się także nade mną i pomóż mi, bo dłużej już tak cierpieć nie mogę!” Jej jękliwe wołanie było tak przejmujące, że zaczęło drażnić mieszkańca owego bogatego domostwa. A gdy ono nie ustawało, zaczął myśleć, jak pozbyć się tej nędzarki spod płotu i jej płaczliwej modlitwy. Nie wierzył, że jest jakiś Bóg, a tym bardziej w to, że wysłuchuje nędzarzy. Stanął przy płocie i zawołał do kobiety: „Jakaś ty głupia. Nie ma żadnego Boga, a jeśliby był, to i tak by ciebie nie słuchał.” Ale ona nie ustawała. Pomyślał więc, że gdy ona się zmęczy i uśnie, podrzuci jej kilka fałszywych monet, za które ona trafi do więzienia, a on zyska spokój i jeszcze większą pewność co do pustki lub głuchoty nieba. I tak zrobił. Gdy Nędzarka obudziła się i ujrzała pieniądze, jeszcze głośniej, ale teraz radośnie zaczęła dziękować Bogu za to, że jest, że słucha i że jest miłosierny. A potem poszła kupić sobie coś do jedzenia. Bogaty złośliwiec zdumiał się, że wróciła i jeszcze głośniej zaczęła wykrzykiwać Bogu swoją wdzięczność. Podszedł więc do płotu i zawołał: „Jaki tam Bóg? Jaki to jego dar? To ja rzuciłem ci te kilka monet, gdyś spała, Nędzarko. Ale one są bez wartości i fałszywe tak, jak ta twoja wiara.” Na to kobieta: „Może to i tyś  podrzucił mi te fałszywe monety, ale to Bóg uczynił je czystym złotem. Patrz! Nie jestem już Nędzarką.” I ów bogacz zobaczył jak w słońcu błysnęło złoto, podczas gdy on jej podrzucił nędzne monety z brązu. A kobieta zawołała jeszcze: „Może to także po to, byś i ty uwierzył, że Bóg jest i że słucha, nawet twojego serca.”
*
O pustym niebie (ale i o pustym piekle też) mówią ludzie z pustym sercem. Serce pełne choćby tylko tęsknoty za sensem, za nadzieją, za Opatrznością - jest jak żagiel, który wydyma nagle wiatr i wiedzie je ku Spełnieniu.
skomentuj (1)

2012-03-02 19:01:56
ANIOŁ BUDZICIEL
Dziecko w nas ma słabość do kołysanek – do tego, co usypia i do tych, co koją, uspokajają i usypiają. Ma ich ono za przyjaciół. Nie znosi za to tych, co je budzą, wyrywając bezceremonialnie ze słodkiego snu, choćby to był sen…
*
W rodzinie polskich emigrantów zachowała się spisana przez praprababkę opowieść, którą czasem czyta się jak przypowieść. „Kiedy przybyliśmy do Ameryki, to wszystko było tu inne, jakieś nieprzyjazne, dzikie. Miałam 18 lat i byłam świeżą żoną i matką kilkumiesięcznego Jasia. Mąż pojechał szukać pracy i miejsca osiedlenia, a ja zatrzymałam się u dalekiej rodziny. Była wtedy sroga zima w Minnesocie. Przyszła jednak wiadomość od męża, że mam przyjechać do niego z dzieckiem, bo ma pracę i jakiś kąt do zamieszkania. To było daleko i czekała mnie podróż dyliżansem. Bałam się, ale nie mogłam czekać. Spakowałam walizę i owinęłam ciepło małego i wsiadłam do tego powozu. Woźnica był trochę dziwny, patrzący jakoś przenikliwie, z długimi siwymi włosami, w ciemnym długim płaszczu z kapturem. Na postojach odchodził na bok i patrzył w niebo, prawie się nie odzywał. Po którymś tam przystanku zostałam w wozie sama. Był straszny mróz, zastanawiałam się jak ten woźnica wytrzymuje tam, na koźle, gdy ja w środku kuliłam się z zimna. Jak mogłam tylko, otulałam śpiącego Jasia, nucąc mu do snu polskie kołysanki. Zapadł już wieczór, ale niebo było roziskrzone od gwiazd. I wtedy sama poczułam senność. Zrobiło mi się dziwnie ciepło, więc i odwinęłam trochę koc Jasia. Chyba zaczęłam śnić, że dojechaliśmy do jakiejś gospody i siedzę przy kominku, gdy nagle poczułam szarpnięcie… Zobaczyłem woźnicę, jak coś krzyczy i wyrywa mi dziecko, zawija je w koc, kładzie na siedzeniu, a mnie chwyta za ramiona i wyciąga na zewnątrz. Nie wiedziałam, czy to sen, koszmar, czy jawa. Widziałam, że on wciska zakutanego w koc Jasia pod siedzenie, zamyka drzwi, wskakuje na swoje miejsce, strzela z bata i powóz rusza.Wtedy otrzeźwiałam jakoś i ze strasznym krzykiem ruszyłam za nim, prawie doganiając… Ale nie – to się oddalał, to przystawał i znów oddalał.Pędziłam za nim, tracąc oddech, lecz wciąż krzycząc, wyzywając go od zbójów, porywaczy, bestii… Raz, drugi przewróciłam się, a za trzecim już nie mogłam wstać. Wtedy powóz stanął, a on podszedł, podniósł mnie i powiedział: „Już przebudzona? Nie chcę dowieźć na miejsce dwoje nieboszczyków.” Pomógł mi wsiąść, wyciągnął płaczącego Jasia spod siedzenia, dał mi koc z końskim zapachem i ruszyliśmy dalej. Gdy dojechaliśmy do gospody i naprawdę siadłam przy kominku, a ktoś zaczął opowiadać, że jacyś ludzie zamarzli na śmierć w drodze, zrozumiałam, że ten woźnica chciał mnie… nas tak uratować przed śmiertelnym zaśnięciem. Chciałam mu rano podziękować, ale okazało się, że na koźle siedzi jego zmiennik. Nazwałam go w myślach aniołem, bo ponoć Aniołowie mają nas kiedyś budzić ze śmiertelnego snu, byśmy naprawdę żyli.”
*
Sen jest ponoć bratem śmierci – czasem dosłownie, gdy coś lub ktoś usypia w nas poczucie zagrożenia. Gdy nuci się nam słodkie kołysanki, kiedy trzeba byłoby wyrwać nas z tego zasypiania czy śnienia, nawet brutalnie, bo śmiertelny sen zdarza się nie tylko ciału, ale częściej jeszcze sumieniu i duszy.
skomentuj (1)

2012-02-20 22:15:00
BYŁA TAKA NAUCZYCIELKA
 Nikt nie jest dobry ani zły jakoby z natury. Można powiedzieć, że uśpione są w nas anioły, ale i demony, a wiek dojrzewania to czas budzenia jednych albo drugich. Kłopot w tym, że wciąż za mało jest tych, co budzą aniołów.
*
To były dwa różne światy nie zainteresowane sobą i oddzielone wysokim murem z kolczastym drutem: uniwersytet z kampusem i dzielnica wysiedlonych, bezrobotnych i tzw. marginesu. Z tej dzielnicy rzadko kto trafiał na uniwersytet, a z uniwersytetu rzadko kto zapuszczał się w uliczki o złej sławie. Jednak zdarzył się jeden badacz, który ze swymi studentamiprzebadał ok. 200 mieszkańców dzielnicy - chłopców w wieku 12-16 lat – z których od lat z zasady 90% nie miało perspektyw na normalne, uczciwe życie. Zaskakujące było to, że ta grupa poddała się badaniom, tolerując, a nawet współpracując z badaczami. Jednak wnioski i prognozy wynikające z badań nie rokowały szczególnych nadziei, zwłaszcza obserwacje środowiska, w którym żyli chłopcy, z jedyną marną szkołą, ale za to z mnóstwem spelunek, lupanarów i podejrzanych bazarów. Tu po prostu trzeba było być takim, jak wszyscy. Badania nic nie wniosły ani nie spowodowały, ale po kilkunastu latach w uniwersyteckim archiwum natknął się na nie nowy, młody naukowiec, który podpatrywał trochę życie w tej dzielnicy. Postanowił on odszukać badanych i przekonać się, na ile sformułowane wtedy prognozy sprawdziły się. Udało mu się dotrzeć do połowy z nich, bo jednak reszta wyjechała, paru już nie żyło. Okazało się jednak, że tylko czterech z tamtych dwustu miało więzienne wyroki, a większość z tych odszukanych miało rodziny, kilku nawet swoje firmy, wykształcenie. Jakoś to nie pasowało do statystyk w tym środowisku i odbiegało znacznie od prognoz poprzednich badaczy. Kiedy pytano tych dorosłych już mężczyzn, co spowodowało, że swoje życie skierowali na lepsze tory niż chłopcy z kilku pokoleń w tej dzielnicy, to w wypowiedziach powtarzały się słowa: „Ano była taka nauczycielka…” To ona ponoć budziła w nich coś innego, jakieś ambicje, nadzieje, możliwości. Nie mówili, jak dokładnie to robiła, ale byli co do tego zgodni, że to dzięki niej uwierzyli, że mogą żyć inaczej, godniej. Ów naukowiec odszukał więc tę wspominaną nauczycielkę już emerytkę, która uczyła parę lat w tej marnej szkole. Kiedy usłyszała ona pytanie: „Jak udało się pani odwrócić ten zły los owych chłopców?” -  nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Wreszcie rzekła: „Widziałam, że prawie nikomu na nich tam nie zależy, a mnie jakoś na przekór wszystkim zależało”.
*
W wieku dorastania bodaj najbardziej zabójczy jest demon beznadziei. To on budzi kolejne: nudy, gnuśności, zazdrości, żądzy, wściekłości, bezwzględności… Jednak kto wtedy w młodych rozbudzi anioła nadziei, to ten przywodzi za sobą aniołów: godności, wiary w niemożliwe-możliwe, przyjaźni, łaski… I one są w stanie pokonać tamte demony – o ile jest ktoś, komu na tym naprawdę ZALEŻY.
skomentuj (1)

2012-02-17 20:43:21
MIŁOŚĆ NA LICYTACJI
Niech niekochany pomyśli z miłością o kimś jeszcze mniej kochanym, bo każde cieplejsze drgnienie serca nigdy i nigdzie nie jest zmarnowane.
*
Prawie bezgłośnie podjechał luksusowy wóz pod stara plebanię. Wysiadł z niego ktoś jak cień człowieka i zadzwonił do drzwi. Ksiądz, który otworzył, z niepokojem patrzył na nieznajomego, który zdawał się mieć śmierć w oczach. - „Proszę mnie wysłuchać – wyszeptał prawie gość – choć kościół omijam od lat, ale teraz dotknął mnie bardzo los…Bóg. Kilkanaście dni temu jechałem z żoną i synem. On prowadził, jak zwykle za szybko. Kłóciliśmy się, gdy wjechał na czerwonym świetle i uderzył w przyczepę… Oboje zginęli na miejscu. Ja niby żyję, ale chyba niedługo. Chodzi mi o wyjaśnienie dziwnego snu z jakimś religijnym podłożem. Otóż syn był zdeprawowany przez bogactwo. Gardził, pomiatał, a nawet niszczył ludzi.Nikogo ani nie kochał, ani nie lubił i jego też nikt. Miałem sen, w którym zobaczyłem go w jakiejś wielkiej męce. Usiłowałem mu jakoś pomóc, ale on tylko jęczał: „Nie ty… nie ty.” Zapytałem go więc: „To kto może ci tu pomóc?” A on tylko wyrzęził: „Znajdź kogoś, kto mnie kocha”… I zapadł się w mrok. Wiem, że to sen, a ksiądz nie jest oniromantą. Jednak ja teraz uwierzyłem i w niebo, i w piekło, na które mój syn zasłużył i ja chyba też. Jednak czepiam się jakiejś nadziei… Czy ktoś, kto by kochał mojego syna, mógłby go wybawić z tej męki? Jeśli już, to jak?” Ksiądz milczał i po długiej chwili rzekł: „Jeśli go ktoś kocha, to może się modlić się za niego… Ale pan mówił, że nikt go nie kochał.” Gość pokręcił głową i nagle odezwała się jego komórka, po odebraniu której, szybko się pożegnał obiecując przyjechać nazajutrz. I zjawił się. Ksiądz powitał go jakoś radośnie. – „Widzi pan, Bóg czasem mówi do nas w snach. Mnie dzisiaj się śniła jakaś kobieta, która usiłowała mnie przekonać, że kocha kogoś niepotrzebnie… A ja miałem przekonanie, że to chodzi o pana syna. Jednak może by pan sam jakoś z Bogiem się pojednał, bo źle pan wygląda.” Gość chwycił się sutanny księdza, jakby to on sam też tonął w jakimś mroku…
Za dwa tygodnie ów ksiądz szedł odprowadzić zmarłego swojego gościa na cmentarz. Na pogrzebie było kilka osób, bo okazało się, że nie zostawił on żadnego testamentu ani dostępu do kont. Dlatego ogłoszono licytację jego dobytku. Dość szybko sprzedano eleganckie sprzęty, zastawy i obrazy. Został jedynie portret syna właściciela, na którego nie było amatora. Na sali została siedząca z tyłu staruszka w zniszczonym płaszczu, która żegnała wzrokiem zabierane rzeczy, jakby to do niej należały. A teraz wpatrywała się w ten portret, jak w coś najcenniejszego. Licytator zapytał, czy chce go nabyć i rzucił jakąś niską sumę, ale ona i tyle nie miała. Machnął więc ręką i powiedział: „Dam go pani za darmo, jeśli mi pani powie, czemu pani tu przyszła.” A uszczęśliwiona i ściskająca obraz kobieta odrzekła: „Byłam jego piastunką, gdy był mały. Był trudny do zniesienia, nawet nie raz mnie uderzył, a potem kazał się mnie pozbyć. Jednak nie mogłam przestać nosić go w sercu i nadal noszę, choć wiem, że już nie żyje… A może tym bardziej teraz?” I wtedy zza obrazu wysunęła się koperta zaadresowana „Dla kogoś, kto to kupi”. W środku był czek na wysoką sumę z dziwnym dopiskiem: „Byś nie przestała go kochać”.
*
Nie ma niepotrzebnych miłości, a jeśli są one ciche, wierne i najzupełniej bezinteresowne, to mogą być zbawienne. Ale o tym przekonamy się po tamtej stronie.
skomentuj (1)

2012-02-09 22:52:47
GRZBIETEM CZY WĄWOZEM?
„Ty pójdziesz górą, a ja doliną…” (ze starej piosenki) Jednak coraz mniej jest chętnych chodzenia „górą” trudu, mozolnej wspinaczki, trzymania się szlaków, nakładania drogi… Za to rośnie ilość amatorów „doliny” łatwizny, pójścia na przełaje, zbierania przydrożnych przyjemności…
*
To było w Afryce, w Namibii. Dwóch angielskich archeologów Stan i Matt natknęło się w górskich grotach na kamienne posągi – rzecz nader rzadką na tym lądzie, gdzie rzeźbi się w drewnie. Przedstawiały one leżące ludzkie postacie zanurzone jakby w rozkosznym śnie. Były to tak unikalne i zagadkowe znaleziska, że obaj badacze podzieli je między siebie i postanowili osobno wyruszyć jak najprędzej do miejsca, skąd będzie je można przetransportować do Europy, zanim miejscowe władze się dowiedzą. Jeden przed drugim chciał dotrzeć do Londynu, poddać posągi badaniom i zorganizować wystawę. Jednak transport nie był łatwy, bo można było głównie liczyć na miejscowych tragarzy i ich barki. A uciążliwa i długa droga wiodła grzbietem łączących się ze sobą gór. Zaczęli więc rozpytywać o inną, krótszą i łatwiejszą. Jeden z miejscowych szamanów powiedział im, że jest taki wąwóz przecinający jakby na przełaj góry, ale nikt żywy przezeń nie przeszedł i lepiej nie próbować. Jednak obaj badacze postanowili spróbować, wynajmując silnych i odważnych tubylców, no i obiecując im sowitą zapłatę. Stan wyruszył po kryjomu pierwszy z tragarzami i ładunkiem tuż przed świtem. Matt kilka godzin po nim. Kiedy dotarł ze swoimi do wąwozu, zaskoczyła ich stromizna jego ścian i nagła cisza, gdy jeszcze przed paroma minutami dżungla rozbrzmiewała głosami setek ptaków i owadów. Tu ta cisza była jak śmiertelna. Tubylcy trochę się bali, ale ufali, że biały jak zwykle da sobie radę, więc szli mając niebo nad wysokimi ścianami. Nie tylko cisza ich dziwiła, ale i coraz przyjemniejszy zapach wydzielany przez rosnące na skałach kępy maleńkich różowych kwiatków. Zapach stawał się upojny, zwłaszcza, gdy niebo w górze przesłoniła obniżająca się mgła. Tragarze w pewnym momencie zatrzymali się, zrzucili ładunek, pokładli się na ziemi, z rozkoszą wdychając zapach jak narkotyk. Tak też on i działał. Matt chciał ich poderwać i przymusić do dalszej wędrówki, ale i jego ogarnęła fala rozkosznej woni, więc ostatkiem woli owinął sobie wokół ust i nosa chustę. Poszedł sam kilkanaście metrów do przodu, przewrócił się i nagle zobaczył buty, jakie miał na nogach Stan… Tak to był on, a właściwie jego trup wśród leżących tragarzy. A wszyscy z tym wyrazem sennej rozkoszy dokładniej takiej, jaką miały posągi. Matt wrócił i zobaczył, że jego tragarze też już nie żyli, więc przyciskając chustę do ust ruszył w powrotna drogę, marząc o świeżym górskim powiewie, gdzieś tam na grzbiecie… I on jedyny wyszedł stamtąd żywy, ale kiedy opowiedział o zapachu rozkoszy i śmierci, to nikt mu nie uwierzył, bo miejscowi mówili, że to duchy tych, którzy tam padli, uśmiercają następnych amatorów szybkiej i łatwej drogi.
*
Ciemne doliny kuszą równią pochyłą, możnością ukrycia się, głuchotą, ślepotą i niemotą sumienia; otumanieniem, rozkosznym majaczeniem… Dopiero, gdy brak tchu i widoku, wychodzi na jaw, że to przepaść…
skomentuj (1)

2012-02-09 20:44:04
TWARZ BOSKA I JUDASZOWA
Twarzą można powiedzieć więcej niż słowami, ale można też kłamać twarzą. Ma się ponoć niejedną twarz, a na pewno inną, gdy się wchodzi w życie i gdy to życie ją przeobraziło.
*
Wielu znawców i amatorów sztuki doszukuje się nie wiadomo czego w portrecie-arcydziele Leonardo da Vinci „Mona Lisa” lub „Gioconda”. Zwłaszcza ten dwu czy wieloznaczny uśmiech genialnie sportretowanej kobiety, a może właściwie wielość twarzy uchwycona w jednej – tak wciąż bardzo frapuje wielu. Owi znawcy wciąż doszukują się tożsamości i historii kobiety pozującej mistrzowi do tego obrazu i nie ma jednoznacznej opinii. Rzadko kto jednak zna tożsamość i historię innej postaci pozującej do dwóch twarzy na fresku tegoż samego artysty „Ostatnia wieczerza”, którą mistrz malował ponad osiem lat. A zaczął od odszukania odpowiedniego modela do pozowania mu do postaci Jezusa. Nie było to łatwe. Leonardo chodził więc po kościołach podpatrując modlących się, kiedy nie działo się nic przy ołtarzu. Wreszcie któregoś wieczoru natknął się na pięknego, młodego i długowłosego mężczyznę, klęczącego prawie w ekstazie czyniącej mu twarz nadludzko piękną. Mistrz podszedł do niego i zapytał kim on jest i czy nie zgodziłby się pozować mu do obrazu Jezusa. Mężczyzna o imieniu Pietro był onieśmielony i uradowany propozycją, kilka razy powtarzając, że nie jest godny takiego zaszczytu. Jednak potem pozował przez kilkanaście tygodni. Mijał czas i bywały różne kłopoty z tym monumentalnym freskiem. Powoli jednak pojawiały się kolejne postacie Apostołów, ale na sam koniec mistrz pozostawił namalowanie  Judasza. Teraz był jeszcze większy kłopot ze znalezieniem modela do tej tak dwuznacznej i tragicznej postaci. Leonardo zaczął chodzić po różnych spelunkach i w jednej z nich zwrócił uwagę na gracza w kości. Był to na pewno szuler ogrywający kolejnych naiwniaków, przyciągający do siebie pożądliwie dziewki, pociągający z dzbana i łżący w żywe oczy. Ta wciąż zmieniająca się jego twarz jednak miała jakąś zimną i rozpaczliwą pustkę w oczach. Mistrz wiedział, że to ten, nie żaden inny użyczy swojej twarzy postaci Judasza. Kiedy podszedł i zapytał go o to, tamten wykrzyczał od razu wysoką sumę za pozowanie i dodał: „Ja przecież wiem, ile to kosztuje, bo jestem Pietro i już pozowałem ci kilka lat temu do postaci Jezusa. Ale się trochę zmieniłem.” Mistrz nie mógł uwierzyć oczom , ale tak, to był ten sam człowiek… Czy naprawdę ten sam?
*
Nie makijaże, pielęgnacje, szminki czy nawet operacje plastyczne kształtują twarz człowieka, ale to, co się dzieje w jego wnętrzu, a także to, ku czemu w życiu zwraca on tę twarz, co nią wyraża, unosi w górę ku światłu czy spuszcza w dół w mroczność. Wieloznaczność twarzy ma zawsze w sobie cień Judasza.
skomentuj (1)

2012-02-07 20:25:18
BY NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO
Mówi się, że trzeba czasem wiele zmienić , by nic się nie zmieniło, czyli o pozornych ruchach wokół istotnego bezruchu. Ale bywa i odwrotnie…
*
Nazywaliśmy go Abba, bo większość roku przebywał na pustyni, znał doskonale apoftegmaty, czyli mądrościowe przypowieści ojców pustyni i mówiąc zwykle niewiele, wiele nam rozjaśniał. Kiedy więc teraz zasiadł z nami, ten i ów zaczął opowiadać, jak to w katolickiej Polsce coraz częściej napotykają niezrozumiałą wrogość chrześcijańskie znaki, obiekty, obrzędy. Ot, choćby niedawno sąd zakazał bicia w nowo odlany dzwon kościelny, w odpowiedzi na skargi iluś tam budzonych, niepokojonych i oburzonych. Gdzie indziej między willami, czyli nie bardzo zamaskowanymi agencjami towarzyskimi, zaczął się budować mały klasztorek karmelitański. I jeśli nie było dotąd żadnych protestów sąsiadów, to teraz pojawiły listy, pikiety, protesty, donosy, a nawet agresja wobec robotników. To znów przy jakiejś osiedlowej kapliczce młodzież zaczęła śpiewać chorały i natychmiast podniósł się wokół krzyk, że to zakłóca ciszę, ruch uliczny i dobrosąsiedzkie stosunki z rodziną muzułmanów. Strażnicy miejscy zakazali śpiewów i modlitw. Nad tymi opowieściami wisiało jakby pytanie: Dlaczego? Komu to naprawdę przeszkadzało? Ktoś próbował tłumaczyć to socjologicznie, inny politycznie, ale wszyscy czekali, co powie Abba. A on opowiedział o widzeniu jednego z ojców pustyni, jak to wokół małego domku, w którym modlił się jeden brat, kłębiło się mnóstwo wściekłych i bezsilnych demonów. A nieopodal było dość bogate miasteczko z przybytkami rozpusty, hazardu i pijaństwa, ale był tam tylko jeden mały, znudzony diabełek, który pilnował jedynie, by nic tam się nie zmieniło.  Jednak, kiedy ów brat przeniósł się ze swoją chatką tuż pod mury miasteczka, to nie tylko rozbudziło to złość owego bezczynnego diabełka, ale mieszkańcy miasteczka zaczęli ciskać kamieniami z murów, chcąc przepędzić poczciwego intruza. Nie mówiąc już o zgiełku, jaki zrobiły wokół jego domku wszystkie demony. Abba skończył, a niektórzy ze słuchaczy zaczęli uśmiechać się zakłopotani, bo jakoś zaleciało tam średniowieczem czy ludowym bajaniem.
*
Jeśli ma się jeszcze wiarę w to, że „diabeł nie śpi”, to nie tak trudno rozpoznać sprawców wrzawy, jaką budzi nagle wokół nowy klasztorek, dzwon czy krzyż, przy którym ktoś śpiewa. Ktoś bowiem bardzo się boi, by nie zmieniło się tam coś nader ISTOTNEGO.
skomentuj (0)

2012-02-01 23:22:57
MUSZLA I DROGA
 Czy drogi prezent naprawdę dużo kosztuje? I czy jest on wiele wart tak dla obdarowującego, jak i obdarowanego?
*
- „Kiedy zjawisz się na tej wysepce, musisz mieć trochę małych prezentów dla miejscowych dzieci – pouczała swoją następczynię ustępująca misjonarka na jednej z wysp polinezyjskich – mogą to być jakieś gadżety, ale zyskasz sobie nimi sympatię dzieci i ich rodziców”. Siostra Rita kupiła więc trochę tych niezbyt kosztownych prezencików, jakoś zmieściła je w jednej ze swoich dwóch walizek i wyruszyła łodzią ze stolicy na wyspie Bora Bora do wysepki z misją. Wioślarz był dla niej tak miły, że obdarowała go ładnym brelokiem i wisiorkiem z aniołkiem dla jego dziecka. I rzeczywiście, kiedy zjawiła się na wyspie, na nabrzeżu powitała ją grupka dzieci spoglądając na jej walizki, które nader chętnie poniosły ku jej trzcinowej chatce. Siostra zwlekała trochę z rozdaniem prezentów, bo chciała się jakoś zaznajomić, porozumieć, coś usłyszeć od nich, samej coś powiedzieć, zwłaszcza, że dzieci niezbyt dobrze mówiły po francusku, a ona słabo w ich narzeczu. W końcu otworzyła walizkę z prezentami i zaczęła je rozdawać zaczynając od najmłodszych. Jakże one się cieszyły! Takiej radości siostra Rita nigdy nie widziała u dzieci w europejskich obdarowywanych często bardzo kosztownymi prezentami. Czuła się coraz szczęśliwsza, uszczęśliwiając tych malców stosunkowo małym kosztem. Modliła się tylko po cichu, by starczyło dla wszystkich. Niestety, zabrakło  czegoś właśnie dla największego chłopca, który tę jej walizkę przytaszczył. Szukała w drugiej i po kieszeniach czegoś na prezent, ale jak na złość nic takiego już nie miała. Chłopiec patrzył na nią uważnie i zapytał: „Czy nie masz żadnego prezentu dla mnie?” I wtedy mu odpowiedziała: „Widzisz, to ja chcę być dla was prezentem od Pana Boga.” I zmierzwiła pieszczotliwie czarną czuprynę chłopca, przygarnęła go do siebie i spojrzała mu z bliska czule w oczy. Ale już młodsze zaczęły się garnąć do niej, a chłopiec gdzieś znikł. Wieczorem zastanawiała się, czy nie odszedł urażony, a może zagniewany. Rano tym uważniej wypatrywała go, ale nigdzie go nie było, a ona nawet jego imienia nie zapamiętała. Około południa stanął nagle przed nią i uśmiechając się wręczył jej muszlę. Tak pięknej nie widziała jeszcze w życiu, choć znała się trochę na muszlach. Ta była jakimś unikatem, a w środku zagrzechotała mała różowa perełka. – „Gdzie znalazłeś coś tak cudnego?” – zapytała rozpromieniona i wzruszona. Chłopiec wskazał w stronę skalistego wybrzeża i powiedział: „Chyba tylko ja znam takie miejsce, gdzie morze raz na jakiś czas wyrzuca taką muszlę. Trzeba iść stąd piętnaście mil i długo szukać w załomach skalnych. Jeśli ty jesteś prezentem, to ja chciałem, by ta muszla ci powiedziała, że jesteś cenna.” Siostra Rita czując jak wzruszenie chwyta ja za gardło, wyjąkała: „Dziękuję… Zachowam ją do końca życia… Ale czy musiałeś aż tak daleko po ten prezent dla mnie iść?” Chłopcu zabłysły oczy, gdy powiedział: „Bo właśnie ta długa droga to część prezentu.”
*
Może właśnie pieniądze, za które tak łatwo kupuje się coraz więcej i coraz droższych prezentów, odbierają im właśnie głębszą wartość i radość z otrzymania i obdarowania? Bo dar powinien kosztować… niekoniecznie określoną kwotę.
skomentuj (0)

2012-01-23 20:46:49
A+M+D+G
Ciekawe, czy teraz wysokość wzlotu ducha (natchnienia, weny) artysty zależy od wysokości honorarium czy stopnia natężenia oklasków publiki? Obawiam się, że im to drugie jest wyższe, tym pierwsze – niższe…
* 
Od dawien dawna władcy na swych dworach miewali różnych artystów, zwłaszcza, gdy nie toczyli wojen, a chcieli uchodzić za światłych i światowych. Bywali wśród tych nadwornych malarzy, poetów, grajków prawdziwie wielcy, ale wielu z nich psuły luksusy czy niezbyt wysoki poziom wymagań owych władców. Ale i wśród tych trafiali się prawdziwi znawcy i koneserzy. Pewne legenda opowiada o wschodnim monarsze, który sprowadził na swój dwór muzyka wirtuoza. Po kilku jego koncertach ów władca Akbar zapytał go, kim był jego nauczyciel. Muzyk Tansen pokornie odrzekł, że jego mistrz nie ma sobie równego na całym świecie.
I że nie można go nazwać ani twórcą, ani wykonawcą muzyki, ale jej esencją, duchem – muzyką samą w sobie. I wtedy Akbar zapragnął poznać i usłyszeć owego mistrza nad mistrzami. Tansen odrzekł jednak, że mieszka on w wysokich górach z dala od ludzi i nie zwykł śpiewać na czyjkolwiek rozkaz. Akbar był rozkochany w muzyce, więc zaproponował, że on sam tam wyruszy i poprosi mistrza o zaśpiewanie specjalnie dla niego. Tansen pokręcił jednak głową, że to się nie uda. Akbar wpadł więc na dziwny pomysł, że może wyruszą tam obaj. A że Tansen był uczniem mistrza, więc mistrz go rozpozna i może spełni jego prośbę, a Akbar przebierze się ja jego sługę. I tak wyruszyli obaj w wysokie góry. Muzyk jechał na osiołku, a przebrany za sługę Akbar szedł obok pieszo. Mijały tygodnie ich wędrówki, bo nikt nie wiedział dokładnie, gdzie ów mistrz ma swoją „świątynię muzyki”, no i był uważany za świętego mnicha, który unikając ludzi, wciąż zmieniał swoje schronienia w górskich grotach. Kiedy jednak mistrz ujrzał, jak bardzo Akbar uniżył się, by usłyszeć jego śpiew, dał się odnaleźć i zgodził się zaśpiewać. Długo czekali, aż zstąpi na mistrza natchnienie, a kiedy to nastąpiło, jego śpiew wprawił w drżenie i współbrzmienie dookolne góry, lasy i doliny. Wszystko zdawało się wibrować i brzmieć. Czas jakby zawisł balansując między ekstazą, tkliwością i ukojeniem tej pieśni. Kiedy słuchający ocknęli się jakby z prawie mistycznego stanu, mistrz oddalił się już, a Tansen rzekł, że już nigdy nie pozwoli się im zobaczyć i usłyszeć, bo kto raz usłyszał tę pieśń, nie potrafi się wyrzec chęci posiadania jej i śpiewaka. Akbar i to przyjął z pokorą. Wrócili obaj na dwór i co jakiś czas Akbar prosił Tansena o zanucenie tamtej pieśni. Ten dawał z siebie wszystko, ale choć słuchacze na dworze byli zachwyceni, to Akbar pamiętał, jak ją śpiewał tamten mistrz. Kiedyś powiedział do Tansena: „Słuchałem cię już kilka razy. To ta sama pieśń, którą słyszeliśmy w górach, ale dlaczego nie jest tak piękna, nie sięga takich szczytów?” Tansen ukłonił się władcy i rzekł: „Ta pieśń śpiewana przeze mnie nigdy nie będzie taka, jak mistrza, ponieważ ja śpiewam ją tobie, panie, a on śpiewał tylko swemu Bogu.”
*
Teraz, kiedy sztuka stała się przedmiotem handlu lub kaprysu niby wielkich tego świata, raczej rzadko powstają wielkie dzieła, bo te zwykle rodziły się z wolności, pokory, cierpienia i z wstępowania ducha twórcy do któregoś tam nieba. Ad majorem Dei gloriam (ku większej chwale Bożej) wypisywano pod wielkimi dziełami bezimiennych artystów. Może od nich mogliby się nauczyć czegoś współcześni?
skomentuj (0)

2012-01-08 16:47:43
NAJCZULSZE STRUNY
Serce człowieka jest jak instrument z żywymi strunami. Najczulszą muzykę można wygrać na tych najcieńszych, ale i te najłatwiej jest zerwać – bezpowrotnie. Bez nich pozostałe brzmieć będą coraz bardziej fałszywie.
*
- „Abyś był wrażliwy na ludzką krzywdę, Eryku” – powtarzał mu jego dziadek, jak testament. A był to unikalny już typ romantyka i idealisty, więc wnuk wziął sobie te słowa do serca i wybrał studia prawnicze. Niewielu spotkał wśród studentów idealistów. Większość zaprogramowana była na zrobienie kariery bez oglądania się na „krzywdę ludzką”. On jednak chciał spełnić wolę dziadka, ucząc się nie tylko dla wysokich not. Kiedy ukończył naukę i cudem prawie otrzymał aplikację, chciał aby słowo „mecenas” w jego wydaniu oznaczało prawdziwie obrońcę pokrzywdzonych. I brał takie sprawy, choć wielkich korzyści z tego nie było. Szybko rozeszło się wśród biedniejszych ludzi, że pan mecenas Eryk potrafi się wczuć, dobrze wybronić i nie wziąć wiele, a nawet nic, gdy był to ktoś naprawdę biedny. Dlatego trafiały do niego osoby ze szczególnymi dramatami i tragediami, czasem nie jak do prawnika, ale jak do męża zaufania, doradcy, spowiednika. Słuchając coraz więcej  zwierzeń, płaczów, skarg nie bardzo mógł jeść i spać. Brakowało mu dystansu czy wręcz nonszalancji jego kolegów i koleżanek po fachu, nazywających go „galernikiem wrażliwości”.  Schudł, więc zaczął ograniczać ilość petentów i bronić się przed tą swoją nadwrażliwością i opinią „ludzkiego mecenasa”. Sam nie wiedział, czy naprawdę wczuwał się w te trudne sprawy, czy chciał za takiego uchodzić, choć było mu z tym coraz trudniej. Inni szybko się dorabiali, awansowali, a on… Zaczął inaczej już traktować petentów, nie brać sobie tak do serca ich bied i niedoli, pilnować się czy czasem  nie przesadzają, a może i nabierają go. Apetyt miał coraz lepszy, spał teraz już dobrze, bo coraz chłodniej (obojętniej) podchodził do wielu trudnych spraw owych pokrzywdzonych. Przytył, miał się coraz lepiej, a najtragiczniejsze sprawy nie spędzały mu już snu z powiek. Przywykł, zobojętniał, potrafił nawet ironizować czy lekko pokpiwać z kobiet wypłakujących swoje skargi, pogryzając przy tym coś delikatnego. Po półtora roku praktyki nie miał już żadnych dawnych kłopotów z jedzeniem i spaniem. Był teraz smakoszem i dobrym kucharzem hobbystą. Już coraz rzadziej nazywano go „ludzkim mecenasem”, co było zresztą mu obojętne. Po paru latach odkrył ze zdumieniem, że właśnie wtedy miał kłopoty z jedzeniem i spaniem, gdy nie nasłuchał się tych tragicznych historii… Jakby bez nich już nie mógł funkcjonować, bynajmniej się nimi nie przejmując. – „Czy to nie jakaś perwersja?– zapytał psychologa – Nadwrażliwość zmieniła się mi się w cynizm.” Tamten milczał przez chwilę  zanim powiedział: „Bywa tak, że trochę sztucznie wykreowane, a nie zakorzenione emocje przybierają swoją odwrotność. Jeśli ci naprawdę zależy na wrażliwości, z jakiej słynąłeś, zaprzestań na pewien czas praktyki i zacznij bywać człowiekiem, a nie mecenasem.  A że jest to sprawa duchowa, to wskażę Ci pewien klasztor z bezpardonowym mnichem, który cię z tego może wyleczy, jeśli naprawdę chcesz.”
*
Najczulsze struny serca męczą się i zużywają się w nas najszybciej, jeśli nie kocha się jak w przykazaniu: całym sercem, całym umysłem i całą duszą. Niewiadomo bowiem kiedy gorąca tkliwość przedzierzgnąć się może w lodowatą ironię…

 


skomentuj (0)

2012-01-03 10:44:41
BEZ SKRZYDEŁ, ALE…
 Jak to jest z nami i z Aniołami? – One nie muszą mieć skrzydeł, a my nie musimy być bezbronni i sami…
*
„Czy najróżniejsze lęki, fobie i podskórny strach nie są główną chorobą współczesności? Czy to nie one głównie rządzą nami, choć nikt się do tego (tchórzostwa) nie przyznaje? Czyż pierwszym krokiem do ich pokonania i oswojenia nie jest przyznanie się do nich i opisanie? Tu jest na to czas,  miejsce i pomoc!” – taka była treść plakatu i ulotek, z którymi przyszło do gabinetu psychoterapeutycznego kilkanaście osób. Po niektórych widać było ową chorobę – po ich spłoszonych spojrzeniach, skuleniu, skurczeniu w sobie. Inni ją maskowali. Odbijała jakoś od nich dziewczyna, która przyprowadziła tu przyjaciółkę. Miała na imię Sara, jasne i spokojne spojrzenie i ruchy. Terapeuta powitał wszystkich ciepło i zadał trochę zaskakujące pytanie: „Kto z was wierzy w swojego anioła? Kto może go opisać?” Kilka osób przytaknęło i z oporami lub bez, zaczęli opisywać owe anioły. Wyglądało to trochę na projekcje znanych wyobrażeń malarskich czy filmowych, jakby w stanach lękowych stwarzali oni sobie na siłę te postacie, trochę jak często zostawiane samotnie dzieci. Chyba wzajemnie sobie nie wierzyli i zbyt uważnie nie słuchali. Wspomniana Sara słuchała uważnie i kręciła głową, jakby była pewna, że zmyślają. Podniosła rękę i powiedziała: „Nie powiem, że wierzyłam, czy miałam kogoś takiego. Nie. Swoje lęki i strach pokonywałam ryzykownymi wypadami, jak ten na przedmieściu Archangielska, gdzie odwiedziłam krewnych. Powiedziano mi coś o olśniewających wschodach słońca, jakie można oglądać z odległego dość miejsca. Postanowiłam wyruszyć tam przed świtem w zupełnej prawie ciemności. Szłam przy szosie z rzadko pojawiającymi się samochodami. Nie wiem kiedy, usłyszałam za sobą kroki… To było dwóch mężczyzn z zasłoniętymi twarzami. Odwracali się, gdy mijał nas jakiś samochód i choć mocno przyśpieszyłam, szli za mną coraz bliżej. Nigdy nie bałam się tak jak wtedy. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, zresztą uciekać nie było gdzie. Dygotałam w ślepym strachu… I wtedy pojawił się trzeci mężczyzna, ale z odsłoniętą twarzą z wyrazem budzącym zaufanie. Zrównał ze mną krok i szliśmy ramię w ramię w milczeniu. Był młody, ale jakiś taki… stateczny i poważny. Uspokoiłam się i nawet nie zważałam czy tamci idą za nami czy nie. Wstawało słońce, które bardzo rozjaśniło mu twarz… I tak doszliśmy do przystanku, na który właśnie wjeżdżał autobus do miejsca zamieszkania moich krewnych. Wsiadając do niego powiedziałam do tego mężczyzny: „Nie wiem, co mogłoby stać się ze mną, gdyby pan się nie zjawił.” A on spokojnie rzekł: „Ja jednak wiedziałem.” I zniknął. Nie powiem już nic więcej.” Wszyscy obecni razem z terapeutą jakby zawiśli oczami na wargach Sary i w ciszy, która zapadła nie zabrzmiał żaden głos. Nawet terapeuta nie bardzo wiedział, co powiedzieć, gdy ujrzał w oczach niektórych jakieś rozjaśnienie i ulgę.
*
Nie jesteśmy sami, ale w to nie wierzymy, o tym nie pamiętamy lub pod wpływem mnożących się lęków i strachów – na amen zapominamy. Albo te wszystkie wyobrażenia kiczowatych aniołków uniemożliwiają nam wiarę i zaufanie do tych pełnych jasnej mocy duchów czyli Aniołów Bożych oczekujących na wezwanie, na powierzenie się im, na rzucenie się w ich ramiona, gdy zjawiają się wokół demony rzeczywiste czy urojone.
skomentuj (0)

2011-12-22 13:20:53
USZCZĘŚLIWIONY?
Uważajcie z podarunkami – zwłaszcza cennymi – bo mogą one komuś odebrać to, co bezcenne.
*
Im ludzie zamożniejsi, tym mniej jest szewców, bo któż teraz chce łatać stare buty. Jednak bywają jeszcze gdzie niegdzie i szewcy, i tacy, co ich nie stać wciąż na nowe buty. Przy jednej z uliczek Starego Miasta, gdzie stare kamieniczki szybko zaczęły się zamieniać w stylowe i luksusowe apartamentowce, ocalał taki malutki zakład szewski. Może z kaprysu kamienicznika, bo miał malowniczą witrynę z szyldem „Pod starym chodakiem”. Przez większą część roku, zza uchylonej okiennicy widać było i słychać posiwiałego szewca, do którego zaglądali emeryci, dzieciaki i plotkarki – może dlatego, że potrafił słuchać i czasem śpiewał stare ballady. Ale ten i ów przynosił do niego buty do naprawy, bo szewc robił to solidnie, z ochotą i tanio. Z eleganckiej kamieniczki vis a vis szewskiego zakładu obserwował czasem tego szewca Mister Gold, jak go tu nazywali. Miał tu swój gabinet i apartamenty. Spoglądał ukradkiem, jak szewc pracuje, gada z ludźmi, śpiewa, bo było to coś unikalnego przy tej uliczce. Ów Gold jakby zazdrościł czegoś szewcowi, ale chyba nie naprawiania starych chodaków i biedowania. Któregoś dnia zajrzał do szewca i zaprosił go do siebie na kolację. Szewc przyszedł zdumiony wyszukanymi daniami i trunkami. Gold wyjaśnił, że długo są już sąsiadami i on chciałby szewca czymś uszczęśliwić, skoro jemu się poszczęściło i odziedziczył po babce fortunę. Otóż ta babka zostawiła mu szkatułkę ze złotymi monetami, nakazując mu, by obdarował nią kogoś, komu się gorzej wiedzie. I Gold postawił przed gościem szkatułkę, w której błysnęło złoto. Szewc tak był tym zaskoczony i zmieszany, że nawet nie mógł wyjąkać podziękowania. Gdy już u siebie otworzył szkatułkę i przeliczył monety (było ich równo sto), to pomyślał, że jest posiadaczem skarbu. Po chwilowej radości jednak ogarnął go lęk, bo nie miał tego nawet gdzie schować i co z tym zrobić. Gorączkowo myślał nad jakimś bezpiecznym schowkiem. Prawie nie spał tej nocy. Rano zamknął zakład wywieszając kartkę, że nieczynny, bo bał się, że ktoś wejdzie i odkryje podarowany mu skarb. Na inwestowaniu, lokatach czy akcjach zupełnie się nie znał. Pomyślał więc, że zakopie szkatułkę pod drzewem… że zamuruje… że ukryje pod podłogą… Ale nie… Już trzeci dzień ludzie zaglądali przez zasłoniętą szybę do zakładu, podejrzewając, że szewc chory, a może mu się zmarło. Smutno się bowiem zrobiło w tym miejscu i głucho jakoś… A szewc siedział w środku i gapił się w złoto w szkatułce. Kiedy jednak jakiś dzieciak zawołał, by szewc zaśpiewał piosenkę o starych chodakach starego wiarusa, nie wytrzymał. Chwycił szkatułkę, wpadł do gabinetu Golda i powiedział: „Może pan jest szczęśliwy z tym złotem, ale mnie ono wcale nie uszczęśliwiło. Weź pan je sobie z powrotem, bo odebrałeś mi pan  spokój i lekkość serca oraz bliskość ludzi, których zacząłem się bać. A to jest nieszczęście.” I pobiegł otworzyć zakład. Mister Gold tylko zgrzytnął zębami.
*
- Pieniądze szczęścia nie dają – powtarza wielu, ale kto odmówiłby przyjęcia takiego małego skarbu… Czy jednak pomyślałby on, co traci przyjmując go? Cóż, w świecie pieniądza, kont, walut, lichwiarstwa, nawet trudno to nazwać, a co dopiero ocenić…
skomentuj (0)

2011-11-29 22:34:20
NIC PONADTO
 Była sobie stara, zbawienna, choć nieznana już cnota… A na imię miała dobrowolna prostota.
*
Ponoć arrasy są utkanym mistrzowsko wspomnieniem lub marzeniem o rajskim ogrodzie. A ich piękno tchnie prostotą, czyli brakiem nadmiaru, przesady, czegokolwiek zbędnego. Może owej prostoty brak teraz nie tylko sztuce, ale w ogóle ludziom? – Pomyślałem tak nad baśnią o dawnym  tkaczu arrasów – nie mającym sobie równego mistrzu. Znany był z tego, że każdy arras tkał bardzo misternie i bardzo długo. Dlatego też i nie był bogaty, bo i nie żądał wiele za swoje dzieła, które poprzez kupców trafiały nawet do królewskich pałaców. Tkacz jakoś tym się nie zbytnio nie przejmował. Przejął się jednak, gdy zepsuło się jego jedyne wysłużone krosno. Wyruszył więc do nadmorskiego lasu, gdzie znalazł drzewo silne, proste – w sam raz, by zastąpić uszkodzone części krosna. Kiedy uniósł jednak siekierę, usłyszał szept: „Jestem duchem dawnego bogacza – pokutnikiem – związanym z tym drzewem. Nie wycinaj go, bo nie spełnię swojej pokuty.” Tkacz odpowiedział: „Podobnego drzewa już nie znajdę, a jeśli nie naprawię krosna, nie ukończę arrasu, a wtedy zabraknie mnie i mojej rodzinie na chleb. To ty zmień drzewo i swoje przywiązanie.” Ów pokutnik jednak zaczął go błagać i obiecywać, że spełni wszystko, czegokolwiek tkacz zażąda. Ten pomyślał chwilę i powiedział, że będzie musiał spytać o to swojej żony i ruszył do domu. Po drodze spotkał znajomego kupca i powiedział mu o obietnicy ducha-pokutnika. Kupiec na to: „No to cię szczęście spotkało. Zażądaj od niego, by uczynił cię królem, więc nie będziesz już musiał tkać dla królów arrasów. Niczego ci nie będzie brakować.” Tkacz jednak poszedł zapytać żony, mówiąc też o radzie kupca. Żona na to: „Nie bądź głupi. Co to za szczęście być królem i martwić się o te bogactwa, wieść o nie wojny, mieć zdrajców wokół. Po co ci to? Przecież ty szczęśliwy jesteś, gdy tkasz. Czasem wolisz to ode mnie. Poproś więc ducha o magiczne krosno, które tkać będzie arrasy za ciebie – szybciej i więcej. Nie będziemy już biedni.” Tkacz posłuchał i ruszył z powrotem. Ale po drodze zaczął dumać, że jeśli dostanie takie krosno, to on nie będzie już tkaczem. Nie będzie tworzył obrazów i deseni, a tylko sprzedawał arrasy, jak ten kupiec, który jest tak chciwy, że nieszczęśliwy. On takiego życia nie pragnął. Kiedy więc doszedł do drzewa i znów usłyszał szept pokutnika, powiedział: „Jeśli nie możesz opuścić tego drzewa, to spraw, by moje krosno dało się naprawić bez niego. Nic więcej mi nie trzeba.” Zdumiony duch odrzekł: „Wracaj do domu. Krosno będzie działało jak dawniej.” Tkacz pobiegł do domu i zastał całkiem sprawne krosno. A że stracił sporo czasu zabrał się do pracy zapominając o Bożym świecie, by zdążyć utkać arras ze sceną kuszenia w raju. Po paru tygodniach arras był gotowy i piękniejszy od wszystkich poprzednich. Tkacz stał nad nim zachwycony. – „I czyż ja nie jestem szczęśliwy! – wykrzyknął do kupca – Gdybym został królem, miałbym mnóstwo pieniędzy, ale żadnych przyjaciół. Nawet gdybym sobie kupił arrasy, to lęk i żądza w sercu nie dałaby mi się cieszyć ich pięknem. A tak to jakiś król rzeknie: Jaki szczęśliwy musi być ten tkacz, jeśli coś tak pięknego utkał nie tyle palcami, co duszą.” I oddał arras kupcowi wcale się nie targując. Ponoć każdy następny był piękniejszy, choć tkany długo i cierpliwie.
*
Może ta baśń to lek na drążące teraz nienasycenie ludzi, co pożądają więcej niż im trzeba i można. Lecz ta nienasycona pustka w nich nie pozwala im się cieszyć niczym kupionym czy zdobytym, dlatego nikt z nich nie zna szczęścia ukrytego w dobrowolnej prostocie.
skomentuj (1)

2011-11-25 18:45:39
PRZEOCZYŁEŚ
Zapatrzeni w mnóstwo widm i swoich mniemań, możemy przeoczyć to, co oczywiste i rzeczywiste.
*
- „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, byłbym jak cymbał…” – powtarzał to sobie nieustannie, przekonując samego siebie, że ludziom nie potrzeba gadaniny, ale konkretnej pomocy. Dlatego nie mówił kazań, nie udzielał nauk, ale organizował różne akcje pomocowe dla bezdomnych, dla bezrobotnych, dla wielodzietnych, dla blokersów. W tym realizował swoje bycie księdzem i czuł, że to jest to. Szukał, zdobywał, załatwiał, wydawał – miał pełne ręce roboty, coraz więcej „wejść”, znajomych, funduszów, podopiecznych. Poświęcał czas, zdolności i siły dla potrzebujących ludzi. Dlatego zdziwił go i oburzył nagły i  stanowczy nakaz przełożonego, aby wyjechał na dwa tygodnie rekolekcji do opactwa w górach. – „Jak to? – oponował przez telefon – Mam umówione dwie akcje, festyn dobroczynny, spotkanie z prezydentową… Nie mogę odwołać.” Jednak nakaz był nieodwołalny. Prawie wściekły pojechał zastanawiając się, jak wytrzyma wśród mnichów, w milczeniu i w bezczynności. Tak, to było trudne. Jednak chciał pojąć sens tego czasu tutaj. Jeden z mnichów uważany był za mędrca, który zadawał ponoć celne pytania. Podszedł do niego w wirydarzu, krótko powiedział, co robił na co dzień i że nie wie, co on ma tutaj zrozumieć. Mnich słuchał chwilę i zadał mu pytanie: „Czego oni potrzebują?” I odszedł. Zaczął się więc zmagać z tym pytaniem, wypisywać odpowiedzi, ale nadal nie rozumiał. Przecież to o niego tu chodziło, o jego stan duszy, bo tam, to on wiedział, co, komu, gdzie i jak. Po dwóch dniach znów podszedł do mnicha i poprosił o pytanie dotyczące jego samego. A mnich: „Rozumiem cię, więc odpowiedz sobie, czego oni naprawdę potrzebują?” Pierwszy raz od paru lat był bezradny i bezsilny, ale to go zaczęło uspokajać. Usiłował tak uciszyć swoje serce i umysł, by sam Bóg odpowiedział mu na jego pytanie.Minął już tydzień, gdy którejś nocy poczuł jakąś wielką ciszę w sobie i wrażenie, że Bóg patrzy mu w samo serce i też, jak tamten mnich, pyta:„Co przeoczyłeś?” To nie był wewnętrzny głos, ale coraz głośniejszy szept i głos odbijający się po stokroć od sklepienia i ścian kaplicy: „CO PRZEOCZYŁEŚ?” Nagle poczuł w sobie jakąś straszną pustkę i osamotnienie, jak nigdy dotąd. Zapragnął znaleźć się bliżej jakiegoś człowieka, usłyszeć ludzki głos. Wybiegł z kaplicy i zapukał do drzwi najbliższej celi. – „Co chcesz?” – spytał ktoś zaspany. – „Co przeoczyłem?” – zapytał i usłyszał: „Mnie.” I tak powtórzyło się przy następnych drzwiach i kilku kolejnych. – „Jak oni są zajęci tylko sobą” – rzekł do siebie i rozżalony wybiegł przed klasztor. Wschodziło słońce, więc ku niemu krzyknął” „Co przeoczyłem?” I usłyszał: „Mnie”. Pomyślał, że wariuje. Upadł na ziemię wtulając się w nią z płaczem i tym swoim pytaniem. I od niej usłyszał także: „Mnie”. I wtedy tchnęło go, by zmienić pytanie: „Kogo przeoczyłem?”…
*
To pytanie musi zadać sobie każdy, kto sądzi, że działa, że spełnia coś, że służy, że kocha właściwie, albo tak mu się zdaje… bo się w tym zatracił  i coś/kogoś istotnego z oczu i serca stracił.
skomentuj (2)

2011-11-21 22:16:24
MAGIA ŁATWIZNY
 Magia kusi bezwysiłkowością. Według niej bowiem, wystarczy tak niewiele, by otrzymać aż nazbyt wiele. I to ponoć całkiem darmo… O tym, ile to jednak kosztuje, mówią baśnie.
*
Abu urodził się i żył w tak biednej rodzinie i wiosce, że żadnego swego pragnienia nie mógł zaspokoić, prócz pragnienia czystej wody i powietrza. Dlatego szybko wywędrował stamtąd w świat, by dotrzeć tam, gdzie mógłby w końcu być szczęśliwym, czyli zaspokojonym. A pragnień było w nim wiele. Jednak kiedy tu i tam zaspokajał któreś z nich, wcale nie czuł się szczęśliwy, bo rodziły się w nim pragnienia następne, zwłaszcza jakieś nienazwane. Ciekawiło go więc, jakie pragnienie jest największe i najgłębsze. Kiedy spotkał wędrownego mnicha, zapytał go o to. Mnich odpowiedział dość zagadkowo: „Nie w nasyceniu, ale w głębi wyrzeczeń tkwi wszystko.” Abu nie zrozumiał, ale szedł i dumał nad tym, czując, że coś zaczyna mu się objawiać. Usiadł więc pod rozłożystym drzewem, by pomedytować. Nie miał pojęcia, że jest do Drzewo Spełniających się Życzeń i jakoś nie szło mu myślenie, bo i drzewo, i okolica były aż nazbyt urocze. – „Och, gdybym mógł mieć tu dom” – westchnął i… oniemiał, bo wyrósł przed nim dom, o jakim nawet nie marzył. Przetarł oczy, wszedł do środka, rozsiadł się w fotelu i popróbował jak miękkie jest łoże… - „Brakuje mi tu do szczęścia kobiety” – mruknął i zdumiony ujrzał śliczną dziewczynę, która nazywając go mężem, zapraszała go kusząco do łoża. Lecz Abu poczuł, że jest bardzo głodny, więc zażyczył sobie nieśmiało prostych, a potem bardziej wymyślnych dań, które natychmiast się pojawiły. Wygłodniały Abu zabrał się do jedzenia, częstując dziewczynę i czując, że do zaspokojenia niewiele mu brakuje. Kiedy na kolejne życzenie pojawiły się znakomite trunki i frykasy, Abu zażądał sobie lokaja do posługi  i ten zjawił się natychmiast ze słowami: „Do usług!”. Po paru godzinach, zaspokojony na wszelkie sposoby Abu, wyszedł przed dom, by przypatrzyć się drzewu, bo czuł, że to w nim tkwi ta cudowna lub magiczna moc spełniających się życzeń. Ujrzał wtedy w pniu ukrytą dotąd ciemną dziuplę. – „A może mieszka tu demon? – pomyślał – Tylko, że on mógłby mnie pochłonąć…” I zjawił się ów demon, i uczynił to.
*
Nie wiem, dlaczego jedną z głównych nie pisanych, ale praktykowanych teraz wartości, jest konieczna łatwość wszystkiego. Czy łatwe = dobre? A może to kolejny przejaw kultu niedojrzałości lub zdziecinnienia, z przypisaną mu awersją do trudu, do przezwyciężania siebie i panowania nad sobą, jak u rozpieszczonych dzieci? Czy z obsesji łatwizny nie wyłazi jakieś półdiablę mówiące przymilnie „do usług”?
skomentuj (1)

2011-11-09 21:56:03
WIĘKSZY SKARB
 „Tam jest twój skarb, gdzie serce twoje.”
*
Od paru pokoleń powtarzano tam legendę, że porośnięty brzozowym laskiem wzgórek kryje jaskinię ze skarbami zamkniętą zaklęciem przez strażnika czuwającego wewnątrz. Nie wiadomo dlaczego przypomniała się ona Jadze, kiedy stanęła w oknie chałupy, by wyjrzeć za synkiem Bożydarkiem, który lubił bawić się przy jednej ze skał podobnej trochę do zatrzaśniętych wrót. Westchnęła ciężko. To dziecko pojawiło się jakoś wbrew niej, gdy nie była jeszcze gotowa, by być matką. Tak mało jeszcze zaznała rozkoszy życia, a tak wiele biedy i wyrzeczeń. Boleśniej odczuwała to teraz, gdy coraz częściej pojawiali się jacyś sprzedawcy kobiecych ciuszków, biżuterii, bucików. Niektóre – wiezione ze Wschodu - były tak śliczne, że dziewczyny i kobiety stawały jak urzeczone, a potem używały swoich czarów i uroków, by mąż czy chłopak ich tym obdarował. Jaga była sama. Jej mąż wyjechał za morze, by wrócić z jakimś dorobkiem, ale wieści od niego nie było. A ona znaszała podniszczone suknie, buty i jedyne korale, a o tych cudeńkach mogła zaledwie pomarzyć. I teraz właśnie owładnęło ją takie marzenie, by ubrać się w takie śliczności, przystroić i przyciągnąć spojrzenia chłopów w kościele czy przed karczmą. Młoda była i zgrabna, no i stęskniona za męskimi ramiona. Właśnie odchodził z wioski sprzedawca z pustym kufrem, a więc kolejne zostały przystrojone… Poczuła dławiącą łzę. Z niechęcią spojrzała w kierunku dziecka, jakby winowajcy jej żalu. I wtedy zauważyła, że mały wciska się w jakąś szczelinę z boku skały. Zdziwiona wyszła, by zobaczyć. Mały zniknął… Podbiegła do skały i ujrzała ciasne wejście do groty. Wcisnęła się i ona. Wewnątrz w świetle paru pochodni w otwartych kufrach leżały rzeczy godne sułtańskich księżniczek: suknie, diademy, chusty, szale, futra… Poczuła, że traci oddech, dotknęła, czy nie śni… To było prawdziwe. Bożydarek zabawiał się jakimś misternym diamentowym ptaszkiem, a ona zaczęła gorączkowo zbierać naręcza najkosztowniejszych ubrań… I wtedy usłyszała głos: „Weź, co masz i wychodź, bo wrota się zawrą.” Chwytała więc jeszcze gorączkowo to i owo i w ostatniej chwili przecisnęła się przez szczelinę z powrotem. Patrzyła upojona na kosztowne rzeczy mieniące się w słońcu i jak mogła najszybciej pobiegła, by to ukryć. Kiedy zatrzasnęła kufer, przypomniała sobie, że nie ma synka… Że został w środku. Daremnie szukała szczeliny i dziecka. Została sama ze skarbami, które nagle przestały coś znaczyć. Tej przeraźliwej pustki po dziecku nie mógł zapełnić ów kufer… Cały następny dzień szukała dziecka dookoła wsi głośno płacząc. Bez skutku. I wtedy poszła do pustelnika, by mu wyznać, że dała się opętać głupiej żądzy i zapomniała o dziecku. Starzec spojrzał jej głęboko w oczy i rzekł: „Zapomniałaś, boś co innego kochała. Jeśli chcesz odzyskać dziecko, to śpiewaj mu wieczorami śpiewać i opowiadaj, jakby był na twoich kolanach i wymyślaj mu najładniejsze imiona, no i niczego nie pragnij prócz jego powrotu. A ja powiem o tym Bogu.” I tak zaczęła robić każdego wieczoru i choć serce miała ściśnięte bólem, to coraz mniej rozdarte i niespokojne. Mijały tygodnie i miesiące. Było to przed Bożym Narodzeniem, kiedy więcej owych sprzedawców się pojawiło we wsi. Jaga nawet nie zajrzała do swego kufra, jakby dawne pragnienia gdzieś uleciały. Którejś nocy usłyszała jakby wołanie synka. Wybiegła pod skałę i ujrzała rozwartą szczelinę. Wewnątrz siedziało jej dziecko bawiąc się diamentowym ptaszkiem, jakby od tamtego czasu minęła chwila zaledwie. I wtedy rozjarzyły się w świetle pochodni wszystkie klejnoty, brokaty… A głos powiedział: „Możesz wziąć tylko jedno i wychodź.” Chwyciła dziecko nazywając je którymś z wymyślonych imion i wybiegła. A gdy ujrzała, że synek ma w ręku kosztownego ptaszka, wyrwała mu go i rzuciła w zawierającą się na zawsze szczelinę.
*
Powiedz, jakie skarby potrafisz poświęcić dla jakiego jednego, a to już powie ci, kim jesteś…
skomentuj (2)

2011-10-06 08:29:31
Z CIĘŻKIM CZY Z LEKKIM SERCEM?

 Kto ci powiedział, że naprawdę masz to, co masz? A może twoim jest jedynie to, co oddasz?

*

Czy częstym jest u ludzi zmysł niespodzianki? Niespodzianka to przecież też ryzyko, narażenie się na zyskanie czegoś, ale i na utratę, a tej drugiej nie lubi chyba nikt. U Ady wszystko było przewidywalne, zorganizowane i ułożone – szczególnie święta Bożego Narodzenia, które wymagały przecież wielu rytuałów, a te nie znoszą improwizacji. Dlatego szczególnie przykre było dla niej skierowanie jej do szpitala na operację właśnie wtedy, gdy miała być motorem udanych jak każdego roku świąt. Wszystko: zakupy, prezenty, wypieki, dekoracje… obejdzie się więc bez niej – nie mogła tego znieść. Jednak sam ból przymusił do operacji. Kiedy przebudziła się po niej na dwuosobowej szpitalnej sali, ujrzała wokół siebie mnóstwo kwiatów, adwentowych wieńców, kart świątecznych, ślicznie opakowanych podarków z udekorowaną i rozświetloną ślicznie choineczką. No, mąż, dzieci, teściowie, sąsiedzi i ludzie ze wspólnoty sprawdzili się. I zaraz zaczęli się zjawiać po kolei – zatroskani, współczujący i obiecujący, że o wszystko zadbali, żeby się nie przyjmowała i spokojnie dochodziła do siebie. I zostawiali następne kwiaty i upominki, które pielęgniarka układała tak, by Ada miała je w zasięgu wzroku i powonienia. Przyniosła jeszcze kilkanaście świątecznych kart od bliskich Ady mieszkających dalej. Chyba po godzinie zauważyła zza słonki na drugim łóżku uważnie obserwujące ją i te wszystkie barwne rzeczy oczy. – „No, takich śliczności, to ja w życiu nie widziałam” – usłyszała Ada i zobaczyła twarz tej kobiety z oznakami zespołu Downa. Ona była naprawdę tym wszystkim zachwycona bez cienia zazdrości, jaki malował się na twarzy pielęgniarki. – „Jesteś Ada? – zapytała tamta – Bo mnie jest Gocha.” Ada uśmiechnęła się tylko, bo poruszyć się na razie nie mogła. – „To wszystko strasznie mi się podoba – dodała Gocha – naprawdę podoba. Jutro będę miała ope-e-rację na nogę. Chyba doktor mi jej nie zepsuje…”  Zaczęły rozmawiać o swoich chorobach, ale co i raz ktoś się zjawiał u Ady, więc Gocha chowała się za zasłonką. Do niej nikt nie przychodził, nawet pielęgniarka rzadziej niż do Ady. Gocha bardzo martwiła się o swoją nogę i co i raz dzieliła się obawą, czy doktor jej nie zepsuje. Ożywiła się bardzo, gdy pracownica Ady przyszła z dzieckiem mającym też zespół Downa… - „Co za piękny chłopiec! Oj, co za piękny!” – powtarzała długo po ich odejściu i jeszcze przez następne dwa dni. Pielęgniarkom, salowym i lekarzom pokazywała kwiaty i prezenty Ady z taką dumą i radością, jakby je wszystkie dla niej przyniesiono. Kiedy Ada z pomocą pielęgniarki wstała, zobaczyła ten kontrast: puste ściany, parapet i szafkę Gochy przy natłoku wszystkiego wokół jej łóżka. I nadal nikt się u Gochy nie pojawił, także po operacji, podczas, gdy Adę odwiedziło już kilkadziesiąt osób. Chyba dobrze było z tą nogą Gochy, skoro wypisywano ją tego samego dnia. Ada wstała i rozejrzała się czym obdarować Gochę na pożegnanie. Jeśli jednak odda któreś kwiaty, obrażą się ci, co je przynieśli. Nie wiedziała, co jest w ślicznie zapakowanych paczuszkach… może biżuteria? A nie chciała rozpakowywać przy sąsiadce… Stroiki też były tak śliczne, że już przewidziała dla każdego miejsce w swoim mieszkaniu. Uświadomiła sobie, że nie mogła się rozstać z niczym, choć tak dużo tego było. I wtedy wpadła na salę wolontariuszka z jakiejś dobroczynnej akcji i położyła na łóżku Gochy zielony stroik z aniołkiem. Widząc pełno wszystkiego u Ady, wyszła do innych. Gocha uradowała się podarunkiem jak małe dziecko. Niezgrabnie przytuliła bibelocik i zawiesiła z dumą nad łóżkiem. I wtedy zjawiła się pielęgniarka po Gochę. Ada wstała, by podać jej rękę na pożegnanie, ale jakoś blado wypadły jej słowa, bo czuła się trochę winna. Gocha natomiast uścisnęła ją nadzwyczaj ciepło i powiedziała: „Pani jest miła, jak ci co panią kochają. Wesołych świąt!” Siadła już na wózku tuląc ten swój stroik. Nagle uniosła go ku Adzie, położyła go delikatnie na jej kolanach, uśmiechnęła się i odjechała. Adzie z trudem przyszło wyszeptać: dziękuję. Poczuła w oczach łzy, gdy została z tymi wszystkim znakami miłości, wiedząc, że w samym sercu, Gocha ma jej więcej niż ona.

*

Błogosławiony (to znaczy szczęśliwy), kto nagle z lekkim sercem potrafi podarować to, co przedtem nad czym ciężkim sercem drżał, zbierał i pilnował…


skomentuj (3)

2011-09-24 19:57:01
WŚRÓD KRZYWYCH LUSTER
Pęd do nadzwyczajności i do udziwnienia trafia do perwersji albo do znudzenia.
*
Na rynku starego miasta przygotowywano pokaz mody. Aż dziw, ile do tego potrzeba było samochodów, sprzętu, obsługi, , oświetlenia, nagłośnienia, specjalistów, artystów, wizażystów… Czekano już tylko na przyjazd sławnego kreatora mody i jego „stajni modelek”, jak sam o nich mawiał. Na płytach stały nadnaturalnej wielkości  portfolia modelek –, wygenerowane komputerowe fotogramy z nierealnymi prawie postaciami ubranymi w ekstrawaganckie stroje. Jakby trochę przypadkowo pojawiła się tam może 14-letnia dziewczyna z ojcem. Dziewczyna ubrana była bardzo zwyczajnie, ale miała coś, co teraz spotyka się coraz rzadziej, czyli sporo wdzięku bez nadzwyczajnej urody. Oglądała portfolia modelek, mrugała oczami, jakby dziwiąc się i niedowierzając, i w końcu stanęła przed ojcem, zasłaniając mu jakąś piękność i powiedziała dość głośno: „Weź mnie stąd, tato, bo robi mi się słabo… Ja przy tych boginkach czuję się… żabą.” I to ona pociągnęła ojca do wyjścia.
*
To było w dzielnicy portowego miasta, powoli zamienianej na kilka wielkich lunaparków, czyli miejsca nocnej rozrywki. Ruch, zgiełk, iluminacje zaczynały się tam każdego wieczoru. Dzieci było tam niewiele, ale któraś z pań z obsługi miała dziewczynkę z lekkim porażeniem mózgowym. Nie miała dla niej ani czasu, ani serca, więc dziecko od małego błąkało się w ogrodzonym sektorze między budami, namiotami, karuzelami, strzelnicami… i gabinetami krzywych luster. Podczas, gdy ludzie stający przed tymi lustrami pokładali się ze śmiechu, ta mała patrzyła zdumiona na swoje odbicia, biorąc je za rzeczywiste. Patrzyła potem na ludzi, porównywała się i uciekała gdzieś w kąt, by za kilkanaście godzin wrócić i przypatrywać się sobie wykrzywionej, pyzatej, nieforemnej. Innych luster nie spotkała, więc w końcu, jakby pogodziła się z tym, że tak wygląda i już, że trzeba z tym żyć. Nigdy też nikogo nie zapytała, jak wygląda w ich oczach, bo chyba bała się, że ci piękni i zgrabni, z matką na czele, powiedzą jej coś okrutnego, nie do zniesienia. Kończyła już swoje siedem lat, nadal tak myśląc, tułając się w tej niewielkiej w sumie przestrzeni, która była jej całym światem, bez czyjejś uwagi, troski, czułości. Gdy znów stawała przed lustrem, traciła nadzieję, że może wyglądać inaczej. Najczęściej siadywała schowana w załomie namiotu bajarza i grajka, który na żądanie opowiadał znane bajki i dośpiewywał je. Bała się go trochę, ale znała te bajki na pamięć, zwłaszcza o cudnych księżniczkach malowanych na namiocie. Powtarzała potem je sobie w jakimś nierealnym marzeniu, że i ją ktoś może zaczaruje czy odczaruje i nie będzie już taką pokraką. Może dlatego się wciąż gdzieś chowała, by nikt jej takiej się nie przyglądał. Pewnie tak musiało być – myślała sobie. Któreś wieczoru nad lunaparkiem zawisła granatowa chmura, zerwał się porywisty wiatr i rozszalała się burza. Lało tak, że potoki wody rwały alejkami. Wyłączono prąd i tej nocy mała poszła spać wcześniej. Obudziła się jak nigdy dotąd o świcie. Wstawało słońce. Wyszła i patrzyła zdziwiona na wielkie kałuże. Przykucnęła nad jedną i aż wytrzeszczyła zdumione oczy. Pobiegła do następnej i jeszcze następnej… I nagle zatańczyła w środku kałuży wołając jak mogła najgłośniej: „Jaka ja jestem zwykła! Jaka ja jestem piękna!”
*
Tracimy piękno, bo odchodzimy od prostoty i prawdy. Przesada, ekstrawagancje, szukanie niezwykłości, tanich podniet… to cechy królestwa kiczu i brzydoty. I omija nas wdzięk, czyli gracja, która po łacinie oznacza także łaskę i wdzięczność… Wdzięczność za piękno, jakim ono po prostu jest od wieków stworzone.
skomentuj (2)

2011-09-17 19:39:13
CZARDASZ I SERENADA
Mówi się czasem, że każdy ma swą opowieść albo że jest opowieścią. Czy można byłoby też powiedzieć, że każdy ma swoją melodię, jakiś lejtmotyw życia, którym się wybrzmi u kresu?
*
Życia sobie nikt nie wybiera, ale każdy może zrobić z nim coś lepszego lub gorszego, nawet gdy jest to ciężki los. Tak myślał sobie czasem Janosz, węgierski wieśniak, kiedy go wzięli z maleńkiego gospodarstwa, od żony i dzieciaków, na okrutną wojnę do Rosji. Modlili się za niego w domu co wieczór i jakoś – cudem prawie – wrócił żywy i cały. Długo się jednak domem, a zwłaszcza polem i sadem nie nacieszył, bo jak wszystkim zabrano, co kto miał własnego. Nawet i religię odebrano, bo kościół zamieniono na kino ludowe. Janosz wtedy jakoś zaciął się w sobie i nie klękał do pacierza z żoną i dzieciakami. Zaczął zarabiać na nich grywając na czerwonych skrzypcach, jakie mu jakiś Cygan zostawił za nocleg. Grywał przecież od dziecka, a to na fujarce, a to na okarynie i czasem na skrzypkach próbował, ale własnych nie miał. Teraz trochę się przyuczył przy Cyganach i grywał z nimi w miejskiej gospodzie ogniste czardasze. Potem wypijał sporo tokaju i zjadał wielkie porcje ostrego gulaszu. Gdy wracał do domu nie mówił prawie nic, ale i nigdy nikogo nie skrzywdził. Żona i dzieciaki kochali go takim, jakim był. Któż mógł wiedzieć, co przeżył na tej wojnie i jaki zapiekły ból w sobie nosił po tym, jak mu ojcowiznę odebrali. I tak się postarzał przygrywając niezmiennie w gospodach na tych skrzypkach, robiąc coś w obejściu i chadzając rano po polach. Dzieci porosły, niektóre odeszły, ale respekt do ojca czuły i złego słowa na niego nie dały powiedzieć, choć czasem z kolejną butelką tokaju przesadził. Kiedy zmieniła się w końcu władza i można już było modlić się w kościołach, żona poprosiła, by pojechał z nią do sanktuarium Madonny w Thiany, podziękować za jego powrót z wojny, za dzieci i za jaki taki los. Skinął głową i pojechał. Tam jakoś mocniej dotarło do niego, że to, iż żyje, to jednak cud i coś w nim z wdzięczności stopniało… Padł na kolana i złożył przy żonie ślub, że nie potrafiąc się modlić, będzie co wieczora grał Madonnie to, co potrafi na swych skrzypkach czereśniowych. I tak było, bo kiedy żona wieczorem brała różaniec,  on chwytał skrzypce i grał, dobierając melodie z tych, które znał najtkliwsze. Nie tworzył nowych, bo nie potrafił, a były to melodie, które grywał kiedyś swojej narzeczonej, do tańca w gospodach, na weselach swoich dzieci, przy świętach, kiedy bez kościoła ludzie chcieli jakoś się modlić. Jednak teraz jedna przechodziła w drugą i stawały się jedną, jakby coraz czulszą i gorącą. Takie były jego modlitwy, nie inne. Czasem się ludzie zatrzymywali pod oknami, bo coś w tym graniu było niespotykanego, ale nie wchodzili, słysząc szemranie różańca. Któregoś wieczora osunął się podczas grania i tak skończył swój żywot. Na pogrzeb zjawiły się nie tylko dzieci i wnuki, ale i tłum ludzi, z którymi przecież prawie za życia nie gadał. Żona oplotła mu ręce różańcem, którego nie odmawiał, a przy ramieniu i twarzy złożyła te jego czereśniowe skrzypki. Pochowano go w brzozowej ubogiej trumnie, a ksiądz i żałobnicy śpiewali mu nadzwyczaj wdzięcznie. Żona po pogrzebie zaczęła biadolić, jaki go tam los czeka, skoro tyle lat się nie modlił. Ksiądz jakoś ją pocieszał, ale dopiero uspokoił ją sen, choć zwykle nie śniła. Ujrzała w nim Janosza z perłowymi skrzypcami, jak gra czardasza i swoją serenadę tam, między Aniołami u stóp Tej, której się pokłonił i ślubował w Thiany. I do śmierci słyszała gdzieś po polach te melodie, kiedy co wieczór brała różaniec.
*
Jeśli życie jest opowieścią, jeśli jest też melodią, to gdy było jakoś godne,  stać się może chyba pieśnią…
skomentuj (1)

2011-09-15 15:17:04
WŁAŚNIE TEN MIŚ
Rzeczy milczą na temat, ile naprawdę kosztują, poza swoją detaliczną czy hurtową ceną, a ludzie coraz mniej cenią rzeczy, za które płacą niewiele.
*
Oboje uważali, że ich jedynaczka Kama – musi mieć wszystko, czego zapragnie, zwłaszcza, gdy ich na to było stać. I Kama pragnęła, a właściwie coraz częściej i więcej żądała rzeczy, które po prostu zjawiły się w jej polu widzenia i zachcenia. Przywykła już, że od rodziców nie należy się spodziewać niczego innego prócz rzeczy, choćby najwymyślniejszych. Czasem trochę zdziwiona patrzyła na jakieś dziecko przytulane przez matkę, prowadzone  przez ojca, w ożywionej rozmowie z nimi… Kama tego nie znała, bo miała piastunkę, a oni, gdy wreszcie mieli parę godzin czasu, to zabierali ją do najlepszych sklepów z zabawkami i tam dumni byli z tego, ile nowych zakupów wynosili do samochodu. Te zabawki nudziły się Kamie szybko, więc były następne wyprawy, zakupy i znudzenie, bo nie było z kim się tym bawić. Wysyłano więc te  „nieoswojone” zabawki do domów dziecka, by kupić Kamie nowe.Któregoś niedzielnego ranka Kama zerwała się ze snu z okrzykiem: „Właśnie ten miś!” Okazało się, że śnił się jej jakiś miś „cudny i jak żywy” i że ona tylko takiego chce mieć. Najprościej było wziąć ją do sklepu, by znalazła podobnego. Jednak okazało się, że żaden taki nie był. Poza tym tak była podniecona swoim pragnieniem, że zmuszała ich do wędrówki od sklepu do sklepu i do przerzucania setek miśków, z których żaden nie był „tym właśnie.” Kiedy w końcu trafili do sklepu z bardzo tanimi chińskimi zabawkami, Kama nagle wśród sterty przytulanek wypatrzyła tego miśka ze snu. Kosztował parę złotych i był dość sympatyczny. Kama jednak miała jeszcze jedno żądanie: „Chcę zobaczyć dziewczynkę, która go uszyła.” Z tym był kłopot, bo z Chin przychodziły tysiące takich miśków i nikt nie wiedział z jakiego dokładnie miejsca. Kama była nieubłagana i musiała zobaczyć tę dziewczynkę. Zatrudniono więc detektywa, który po tygodniu różnych działań i poszukiwań, namierzył miejsce, gdzie ta seria miśków została uszyta. Ale nikt nie mógł wskazać wykonawczyni. Kama wpadła w obsesję, z którą sobie nikt nie radził. Zażądała wyjazdu z rodzicami tam, gdzie ten misiek był uszyty. Nigdy nie odmawiali jej niczego, ale to już kosztowało ich zbyt dużo. Jednak wobec histerycznych wrzasków Kamy, jej gorączkowania, stuporów etc. ustąpili. Pojechali do Chin nieoficjalnie, bo detektyw powiedział, że władze nie chcą tam gości. Kiedy w końcu dotarli do fabryczki i weszli tam we czwórkę, stanęli oniemiali. Był to barak nieprawdopodobnie zatłoczony przez kilkunastoletnie krawcowe, które w strasznym zaduchu szyły przytulanki bez przerw przez 15 godzin dziennie. Nie miały też tam niedziel, a za godzinę tej niewolniczej pracy otrzymywały po 33 centy. Kama stała i słuchała, co detektyw mówił jej półgłosem i przecierała oczy. Kończyła się zmiana i detektyw poprosił 13-letnią dziewczynkę, której siostra ponoć szyła pierwszego miśka z serii, z której był „ten właśnie” i prawdopodobnie tenże… Dziewczynka zaniosła się płaczem mówiąc im po cichu, że jej siostra szyła tu przez dwa tygodnie po 16 godzin i właśnie przy tym miśku zmarła z wycieńczenia. Zapamiętała to, bo serię wstrzymano. Kama zbladła i wyszeptała: „Ja ją widziałam we śnie, jak przytuliła tego miśka i znikła… Nie chcę już żadnej innej zabawki. Tylko tego misia będę kochać do końca życia.” Ten sen, ten miś i wyprawa do chińskiej wytwórni zabawek, przemieniły ponoć Kamę tak, jakby ktoś z innego świata cud uczynił. Tak to określili jej rodzice.
*
Tylko przesycone i znudzone dzieciaki (małe i duże), nie myślą, jak wiele może kosztować to, czym gardzą, bo im zbyt łatwo przychodzi.  
skomentuj (2)

2011-09-11 22:11:16
LASKA
Nigdy nie wiadomo, czym może obdarować cię ktoś, kto zjawił się, by cię o coś prosić.
*
W swoim uporządkowanym życiu wieczory miał dla siebie. Wyłączał wtedy telefony, a nawet dzwonek przy drzwiach. – O tej porze – tłumaczył sobie i innym – porządni ludzi odpoczywają i nie składają wizyt. Przyjaciół i znajomych miał on niewielu, więc nikt mu raczej  nie zakłócał spokoju. Tego zimowego wieczoru właśnie odprawiał wieczorną medytację, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Nie chciało mu się schodzić, ale ktoś nadal dzwonił. Zszedł więc  i zerknął przed wziernik. No tak, to ten niby bezdomny, który czasem tu pukał i któremu dawał resztki ze śniadania lub grosiwo z portfelika, bardziej, by się go pozbyć niż ze współczucia. A teraz tamten dawał na migi znać, że chce coś zjeść i że jest mu zimno. Gospodarz wrócił do mieszkania, wrzucił jakieś wiktuały do woreczka, włożył czapkę i kurtkę, i otworzył drzwi wystawiając przez nie jedzenie. Na zewnątrz było naprawdę mroźnie i wietrznie. Od stojącego pod drzwiami poczuł alkohol, więc nie otworzył drzwi szerzej, a gdy tamten zesztywniałą dłonią wziął woreczek, szybko zamknął za nim drzwi. Tamten obrócił się i odszedł bez słowa czy gestu, lekko utykając i podpierając się jakąś laską, której przedtem raczej nie używał. Gospodarz wrócił do ciepłego pokoju, ale z medytacji już nic mu nie wyszło. Usprawiedliwiał się sam przed sobą, czemu nie wpuścił tamtego. Wiadomo, tamten był brudny, chyba trochę nietrzeźwy i kto wie, czy nie chciałby czegoś więcej. Zresztą, coraz więcej jest tych domagających się wsparcia, a czy on może liczyć na kogoś, prócz siebie? – Raczej nie. Z medytacji zostało mu zdanie, że przypadek jest pseudonimem Boga, gdy nie chcę się On ujawniać. – „Ale to był czysty przypadek!” – powiedział do siebie głośno przed snem. Po trzech dniach zadzwonił do jego drzwi mieszkający niedaleko szef ekipy z zakładu pogrzebowego mieszczącego się tuż obok. – „Pogrzebaliśmy dziś tego bezdomnego, który do pana też przychodził po prośbie. Może go pan go lepiej znał?” – powiedział. – „Nie znałem go – odparł - A co mu się stało? Nie stary był jeszcze…” – „Parę dni temu zamarzł tu gdzieś w nocy – powiedział tamten – została po nim laska, może pan ją weźmie, nawet jeśli go pan nie znał? Tyle po nim zostało.” Wręczył mu tę laskę i odszedł, otulając twarz kołnierzem, bo i dziś było bardzo mroźnie. A on stał w otwartych drzwiach jak porażony… Pomyślał teraz o pomieszczeniu na dole domu, z szafą, kranem i starym łóżkiem. Tam było ciepło i pusto, a tamten zamarzł na mrozie… Wszedł powoli do środka i zaczął oglądać czarną laskę po nieboszczyku. Była zapuszczona, ale kiedy lekko ją oczyścił, okazało się, że jest naprawdę piękna, inkrustowana i bardzo wartościowa. – „Warta więcej niż koszt paru nocy w niezłym hotelu – pomyślał. – Ale to, że on wtedy zadzwonił do mnie tutaj, to był przypadek, czysty przypadek!” Tylko jakiś szept z głębi sumienia odpowiedział pytaniem: „A ta laska też?”
*
Przywykliśmy (może nazbyt?), że dzieje się wokół wiele zwyczajnych przypadków… Czy aż tak zwyczajnych (czystych?) Któryś z nich jednak może być starannie zaplanowany i paradoksalny, jak anonimowy Bóg.
skomentuj (1)

2011-09-08 21:24:20
PANI, CZY TO CZŁOWIEK?
Czym zmierzyć, ile jest człowieka w człowieku? Czy to już…czy to jeszcze…czy to koniecznie człowiek? Komu powierzyć to rozeznanie?
*
Miał się nie począć… nie urodzić… nie przeżyć… A jednak był, żył, ale nikomu chyba na pociechę. – „Niewiele ludzkich odruchów” – bąknął lekarz, a sąsiadki patrząc z odrazą na jego potworkowatą twarz i tępy wzrok, współczująco powątpiewały przy matce: „Pani, czy to człowiek?”Ona sama nie miała pewności, bo więcej w nim było ze zwierzątka, gdy łasił się, czepiał jej, ledwie reagował na dotknięcia czy szarpnięcia, gdy wciąż tylko bełkotał… Ale jednak czasem potrafił spojrzeć tak przejmująco,że u żadnego psiaka czegoś takiego w ślepiach nie widziała. Mąż odszedł, była z nim sama. Nazywała go Toto, bo mąż kiedyś tak o nim powiedział.Gdy miał 7 lat budziło się coś w nim na widok motorów. Naśladował ich dźwięk, czasem chciał pobiec, wsiąść, jechać. Marzył chyba o tym po swojemu, bo nawet przez sen bełkotał” „Moto, moto” Potem tak wołał, gdy zobaczył jakiś motocykl. Złośliwe dzieciaki zamieniły to na „Matoł” i darły się tak za nim. Nie reagował. Nie było w nim żadnej złości. Na szczęście, bo był coraz silniejszy. Lubił chodzić z matką do kościoła. Zamierał w nim, jakby tracąc oddech. Kiedy jednak widział, jak dzieci przyjmują Komunię, wstawał, by też pójść i matka musiała go powstrzymywać siłą. Wpatrywał się w księdza z większym zachwytem niż w motocykle. I ciekły mu wtedy łzy, choć nigdy nie płakał. Miał już 12 lat, gdy na jednej Mszy wyrwał się matce i ukląkł na stopniu z innymi. Ksiądz, znając go, uśmiechnął się, pogładził go po głowie i minął. I wtedy Toto naprawdę się rozpłakał. Ksiądz zatrzymał się, wrócił i włożył mu do ust Hostię. Matka usłyszała szepty sąsiadek: „Jak to tak? A na religie chodził? I czy to w ogóle wie, o co tu chodzi?” Ksiądz potem powiedział mimochodem, że Pan Jezus przyszedł także do ostatnich w kolejce po rozum. Toto był po swojemu szczęśliwy i przy tym jeszcze brzydszy. To była jego pierwsza i ostatnia Komunia. Nazajutrz matka jechała z nim z nim autobusem i stał się wypadek. Wielka ciężarówka uderzyła z boku w autobus przewracając go na przejeździe kolejowym. Rozległy się krzyki i jęki rannych, a drzwi znalazły się pod spodem. I wtedy Toto kopniakiem wybił szybę w oknie, wydostał się i zaczął wyciągać matkę. Kiedy stanęła obok pokaleczona, ale cała, Toto chciał wrócić po torbę, ale dostrzegł, że szlaban się opuszcza i spojrzał wzdłuż torów. Była mgła i chyba tylko on słyszał nadjeżdżający pociąg, gdy w leżącym na szynach autobusie nadal ludzie wołali o pomoc. Nagle wydał z siebie odgłos motoru i ruszył po torze, jakby chciał zatrzymać pociąg. Biegł burcząc coraz szybciej, jak szalony. Maszynista w końcu go zauważył, ale za późno, bo była mgła. – „Co za głupek? – krzyknął tylko – Oszalał?” Zazgrzytały hamulce, ale chłopak już wpadł pod koła… Dopiero teraz maszynista ujrzał autobus, rannych i matkę biegnącą z krzykiem: „Toto, dziecko moje!” Pociąg stanął kilka metrów przed leżącym autobusem, z którego słychać było krzyki przerażenia. Potem w grupce gapiów jakaś kobieta powiedziała do drugiej: „Patrz, pani, kto by pomyślał, że się coś ludzkiego w tym obudzi. A może on się tylko bawił w motor?”                                          
*
W niewielu z nas obudziłoby się nagle coś tak ludzkiego, ale jedną z miar człowieczeństwa jest też dostrzeganie coś w pełni człowieczego tam, gdzie… po nie ludzku jakoby tego nie ma.   
skomentuj (1)

2011-09-03 21:41:31
GŁUPOTA I MĄDROŚĆ
Jedynie spokojna toń odbija w sobie niebo i pozwala wejrzeć w swoją głębię. Rozfalowana – tylko szumi i niepokoi.
*
Ponoć biały, który ląduje gdzieś w zapadłej Afryce, powinien pozbyć się zegarka, a nawet kalendarza. Nie każdy jednak chce się z tym zgodzić. Na pewno nie siostra Freneta, która po założeniu kilku nowych placówek w Europie, wybrała się teraz do Kongo, by tam wskrzesić placówkę misyjną.Zaczęła od dobrej logistyki. Kiedy zjawiła się w murzyńskiej wiosce z kilkoma kontenerami, samochodem terenowym i motocyklem, wzbudziła sensację. Przyjechały tam we dwie, ale ta druga Silena, była tylko po to, by gotować, modlić się i wspierać duchowo pierwszą. Freneta rozpakowała sprzęt według kategorii i ważności, dopracowała program i przystąpiła do działania. Trzeba jej przyznać, że talent, energię i umiejętności miała za trzech mężczyzn. W parę tygodni stanął tam domek dla sióstr, duża kuchnia, szpitalik i hala spotkań służąca także za kaplicę. Freneta była niezmordowana. Nieustannie albo w swoim jeepie, albo na motocyklu, albo w biegu z furkoczącym habitem. Mieszkańcom wioski podobało się to, co już zrobiła, ale dziwna rzecz, że szczególną sympatią darzyli Silenę. Do niej przychodzili po rady, z nią się bardzo chętnie modlili, starali się jej pomagać. Freneta za to nieustannie narzekała na ich bierność, nieliczenie się z czasem, lenistwo. Nie zauważała, że prócz tego, że uśmiechali się do niej, to także śmiali się z niej, po cichu przezywając „tarantulą”. Kiedy to do niej dotarło, zapytała Silenę o powód. Ta nieśmiało wyjaśniła, że mieszkańcy wioski, widząc ją wciąż pędzącą gdzieś i zaśpieszoną, szeptali, że chyba ją ukąsiła tarantula, bo właśnie ukąszeni są tak niespokojni i gorączkowi. Zresztą, dla nich taka ruchliwość była i jest oznaką głupoty, więc mimo swoich zasług i umiejętności, Freneta była godna śmiechu, jak dokazujące nieustannie na palmach małpy. I wtedy Freneta znieruchomiała zszokowana tym prawie. Wsiadła do jeepa i zniknęła na kilka godzin. Wróciła jakby inna. Nader spokojnie wysiadła i poprosiła zdziwionego miejscowego katechistę o rozmowę. – „Czy naprawdę  sądzicie, że jestem ukąszona, szalona lub po prostu głupia?” – zapytała. Ten patrząc jej spokojnie w oczy powiedział: „Nie gniewaj się, siostro, ale my tak myślimy, choć tyle ci zawdzięczamy. Zrobiłaś wiele, ale nie ustajesz w bieganiu. I nawet dzieci widzą, że jesteś w tym podobna do małp, do wiatru, do chorego od ukąszenia.” Na to Freneta: „Ale ja tylko oszczędzam czas.” A katechista: „Ale Bóg stworzył bardzo dużo czasu, a ty chyba Mu nie ufasz, jeśli gonisz jak szalona każdą chwilę, zerkając na zegarek. A Bóg robi wszystko powoli i zawsze zdąża na czas.” Freneta odruchowo zerknęła na zegarek, ale zdjęła go i schowała. Zawsze tak pewna siebie, usiadła zawstydzona i siedziała tak chyba z godzinę. Wtedy nieśmiało zaczęły do niej podchodzić dzieciaki, potem ich matki, a nawet niektórzy mężczyźni, jak do Sileny, która od początku nie miała zegarka i nie znała się na logistyce.
*
Tak się w tym naszym świecie przyjęło, że człek jest tym więcej wart, im bardziej mobilny, wielozadaniowy, wciąż gdzieś pędzący, rozchwytywany. Może on i ma sporo wiedzy, umiejętności, inwencji, niespożytej energii, ale czy ma on mądrość? Nie zapytam, czy ma on czas na miłość, która ponoć przede wszystkim ma być cierpliwa?
skomentuj (1)

2011-08-20 19:54:17
KAMIENNA PANI
Lękać się trzeba o serce, co na wietrze uczuć jest jak listek… I choć płaczliwe bardzo, łzy może wypłakać wszystkie…
*
Szkoda, że po zamku na wzgórzu koło Brązwałdu na Warmii nie został kamień na kamieniu, bo ładny był ponoć. Jednak dobrze, że jednemu sercu, które tam skamieniało, ludzkie czucie zostało przywrócone, o czym  ta legenda. Opowiada ona o wdowie, której mąż – pan zamku – przeciw wrogim plemionom wyruszył i w bitwie koło Świętej Lipki w walce poległ. Tak przynajmniej mówili ci, co na pobojowisku tarczę jego znaleźli i żonie ją  przywieźli. A ona młoda była jeszcze i w nim rozkochana. Zaniosła się płaczem tak głośnym, że echo po jeziorach szło i w ludziach żal budziło. W tym płaczu nie ustawała prawie, jakby nim chciała niebo poruszyć. Któregoś dnia umilkła nagle, wyszła do ludzi z twarzą suchą i zimną, a gdy zaczęła rozkazywać, sądzić, karać, ludzie pomyśleli, że serce w niej obróciło się w kamień. Już żadna łza nie błysnęła w jej oku, jak i żadna czyjaś łza, ból czy skarga nie poruszyły jej serca. Zaczęto nazywać ją Kamienną Panią. Jednak ów rycerz, jej mąż, został wzięty w niewolę i po wielu miesiącach z pomocą jakiegoś wajdeloty zbiegł i przez puszcze ruszył w stronę zamku. Kiedy dotarł tam, tak był zabiedzony, obdarty i zarośnięty, że nikt go nie poznał. Stanąwszy przed Panią opowiedział jej o swoich bojach, niewoli, udrękach, ucieczce, ale że jest jej mężem zamilczał. Pozwoliła mu być najemnym sługą i pomagać w drewutni i przy paleniu w piecach. Jednak któregoś wieczoru rozpoznała go stara piastunka, szepcząc tuż za nim jego imię. Drgnął wtedy i przytulił płaczącą, lecz szeptem wyjawił jej, iż w niewoli ślubował Bogu, że nie wyjawi kim jest, dopóki jego żona sama go nie rozpozna. Zachodził wieczorami do piastunki, słuchał jej opowieści i sam opowiadał, ale oboje strzegli tajemnicy. Pani ani razu nie spojrzała w twarz słudze, mimo, że usługiwał przy stole, przy koniu, na polowaniu. I tak minęło parę lat, aż zmogła ją ciężka choroba. I wtedy piastunka pomyślała, że może kończy żywot i zmiękło jej serce, więc wyjawiła jej tajemnicę. Jednak ten kamień w sercu Pani odpowiedział tylko obawą, że mąż pozbawi ją władzy lub zmieni jej sposób panowania. Kazała przykuć go do ściany w głębokim lochu, chcąc go na śmierć zagłodzić. Piastunka jednak karmiła go przez kratę. Pani odkrywszy to, postanowiła otruć męża rękami piastunkami. Podarowała jej placek, który lubił niegdyś jej mąż, mieszając do ciasta truciznę. Jednak nieopatrznie nadgryzł placek kot, który natychmiast skonał. Kiedy Pani ujrzała, że piastunka zakopuje placek, rzuciła się, by ją udusić. I wtedy ta stara kobieta krzyknęła: „Przeklęta bądź i zamień się bodaj w żmiję, byś tak pokutowała za swoją złość, dopóki ktoś nie nazwie cię Bożym stworzeniem.” I tak się stało. Długa i barwna żmija wypełzła z zamku i skryła się pod wielkim krzakiem róży przy drodze. Rycerz objął władzę na zamku i zmienił się los poddanych, bo wszystkie niedole uczyniły jego serce litościwym. Co i raz jednak ktoś spotykał w pobliżu różanego krzewu wielką żmiję, a dzieci ciskały w nią kamieniami. Kiedyś ujrzał to pielgrzym i powiedział do chłopców: „Nie róbcie jej krzywdy tymi kamieniami, bo to też stworzenie Boże.” I wtedy stanęła tam na oka mgnienie piękna pani, która szybko zmieniła się w garbatą staruszkę, prosząc pielgrzyma, by wziął od niej złotą ostrogę jako znak, kim ona jest i żeby poprosił wszystkich o przebaczenie dla niej. I zniknęła. Kiedy ów pielgrzym przejął władzę po śmierci rycerza, zamek zasłynął jako miejsce wielkiego miłosierdzia. Po wielu latach, gdy budowano w Brązwałdzie kościół, wykopaną złotą ostrogę. A ów różany krzak długo jeszcze kwitł przypominając ową legendę.
*
Przekleństwem jest serce niezdolne do łez i współczucia. Może na tę nieczułość sposobem jest tylko pokuta?
skomentuj (1)

2011-08-09 20:26:34
NAGI KRÓL
Gdyby tak rozebrać Pychę z przepychu, tak całkiem do naga, to cała jej przewaga prysłaby jak blaga.
*
Jakże szybko i mocno przywyka się do wygody i luksusu – pomyślał pan X, kiedy musiał wysiąść ze swojej zalanej limuzyny i schronić się w prostej wiejskiej chałupie podczas nawałnicy. Jego kierowca poszedł szukać mechanika, a on siedział w ciasnej i dusznej izbie z kilkunastoma „tubylcami” i coraz gorzej znosił ich towarzystwo. Nie mógł inaczej określić ich w myślach jak „prostactwo”. Dzieliła go od nich przepaść. Ten ich język, tematy, ubiór, styl… Ktoś z nich skinął na niego, by też z nimi pogadał i żeby nie patrzył na nich tak z góry. Wykrztusił z siebie: „Wybaczcie, ale ja na co dzień nie tak rozmawiam, nie tak mieszkam, nie tak jadam… To nie mój świat.” Ucichli jakby zgaszeni, onieśmieleni. I wtedy odezwał się z kąta milczący dotąd staruszek, który budził respekt. „Będzie bajka” – ktoś szepnął i była. – „Ano był raz król, co za boga się miał i bardzo dbał, by tak uważano. A że niedostępny był jego pałac, to widziano go jedynie z daleka na paradach, bo w doliny nie zstępował. Jednak kiedyś poczuł w wietrze zapach morza i zapragnął w nim kąpieli. Kazał dopilnować, aby nikt go nie widział, jak on tam jedzie. Przemykał się tylko z pachołkiem w szatach bogatych, choć nie tak paradnych. Morze było lekko wzburzone. Król zrzucił odzienie, przykrył nim sakiewkę, pierścień i pieczęć, z którą się nie rozstawał i rzucił się w wodę. O jakże mu było rozkosznie nurkować, oglądać podmorski świat, wynurzać się i znów znikać pod wodą. Kiedy wynurzył się kolejny raz, nie mógł uwierzyć, że zniknął pachołek z końmi, jego odzieniem i insygniami władzy. Stał jak go Bóg stworzył, bezradny jak nigdy. Ruszył w kierunku rybackiej chaty, stanął przed nią wołając: „Królem waszym jestem. Dajcie mi odzienie i sprowadźcie służbę z pałacu!” Jednak usłyszał tylko śmiech dzieciaków, bo nikogo dorosłego nie było. Zobaczył jakąś idącą z torbą kobiecinę, która nawet nie chciała go słuchać, krzycząc, że „jakiś obłąkaniec golizną ją straszy.” Gdy zobaczył, jak biegną ze wsi z kijami, uciekł do lasu. Kąsało go robactwo, pokrwawił nogi, unurzał się w kurzu. Gdy zapukał do chatki pustelnika wołając kim jest i rozkazując mu biec do pałacu po służbę, ten mu zatrzasnął wrota przed nosem. Tuż stała brzydka figura Bożego świątka i przy niej zgięły mu się kolana, oczy upuściły łez i tak zaczął żałośnie się modlić, choć nigdy tego nie czynił. O dziwo – im dłużej się modlił, tym bardziej jakaś godność mu na twarz wstępowała. Aż zerkający nań pustelnik narzucił nań jakąś derkę i powiódł do pałacu. Ale przy bramie warta ani myślała wierzyć, że to król. – „Król wrócił i rządzi” – odrzekli. A to ów pachołek ubrał się w szaty króla, włożył pierścień i zawładnął pieczęcią. Wtedy zaczął błagać, aby zeszła tu jego żona. Długo czekał, gdy wokół strażnicy rechotali z niego, jak z przybłędy bez rozumu. Kiedy w końcu zjawiła się królowa, rzekła, że może być ich dwóch, bo ten nowy też jest do rzeczy… I wprowadziła do sali tronowej, gdzie z berłem i w koronie zasiadał pachołek, co już pachołkiem nie był, a teraz mógł zrobić, co mu się podobało z trzęsącym się pod derką golasem. Gdy królowa rzekła, by rządzili we dwóch, nowy król wstał i rzekł: „Tak być nie może. Jesteś pani jego żoną, a on jest królem. A ja to jestem przebrany Anioł Stróż i przysłał mnie Pan Jezus, abym tego pyszałka rozumu nauczył”. I jak gadali, król odmienił się, że nie do wiary.”Staruszek ucichł, a prawie wszyscy uśmiechali się do siebie znacząco, bo pojęli morał, więc spoglądali na nieproszonego, a zarozumiałego gościa. I wtedy wrócił kierowca, ale bez mechanika. – „Jesteśmy zdani na łaskę czy niełaskę tych ludzi – powiedział – pomoc zjawi się jutro rano.”
*
Bogactwo i nędzę, szczęście i nieszczęście, pychę i upokorzenie dzieli czasem tak niewiele, że lepiej nie być pewnym siebie, bo pewność niepewna…
skomentuj (3)

2011-08-06 21:16:28
ZA NIEMIŁOŚĆ
Bywają tak zakręceni wokół siebie samych i tak bezwiednie chorzy na niemiłość, że nieszczęścia potrzeba, co by ich z tego kręćka wytrąciło.
*
Lubię miejsca z przypisanymi do siebie legendami. Szukam wręcz takich, spisuję je. Niedawno w pewnej wsi natrafiłem na kamienną ławę nad strumieniem. Tuż przy niej, nad samą wodą pochylony był omszały głaz przypominający kogoś klęczącego. Ów kamienny jegomość miał przykuty do brzucha łańcuch z mosiężnym kubkiem, Uchwyt łańcucha miał kształt rzeźbionego sztyletu. Kiedy podeszły tam dziewczyny, zapytałem, czy to coś znaczy. Okazało się, że tak. Ponoć ponad sto lat temu do wsi przywędrował parobek Marcyś - nad wyraz urodziwy, lecz jakiś chłodny do dziewcząt. Mało rozmowny, trochę samotnik, A grywał sobie na fujarce tak, że ta gra chwytała za serca dziewuchy nie mniej niż jego niezapominajkowe oczy. Kiedy strzelały do niego ślepiami, zagadywały, spoglądał na każdą prawie że pogardliwie. W niedzielę ubierał się paradnie i szedł do kościoła z nikim nie gadając po drodze i wzruszając ramiona na tęskne spojrzenia dziewcząt. W kościele stawał niezmiennie przy kolumnie z rzeźbionym aniołem, jakby chciał z nim konkurować urodą. Nie ruszał się z tego miejsca do końca i ani razu do ołtarza nie podszedł. W święta lubił  siadać nad tym strumieniem i gapić się wodę. Kiedy dziewuchy podchodziły śmiejąc się i zagadując, spoglądał na nie spojrzeniem zimniejszym niż ta woda. Trwało to już z rok, a on się nie zmieniał. – „Co za dziwadło!” – mówiły jedne. – „Ani serca w nim, ani kropli krwi gorącej” – dodawały drugie. – „Jakże to tak bez miłości żyć może? – pytały inne – Na nikogo przecież cieplej nie spojrzy.” Kiedyś poszedł na jarmark i kupił sobie ozdobny sztylet i pas wyszywany. Teraz w święta stroił się Marcyś w ten pas ze sztyletem, jakby bronić się miał przed kimś, choć nikt prócz dziewcząt na niego nie nastawał. I kiedyś w jakieś święto, kiedy stał w kościele, jak rzeźba cudna, nie uklęknąwszy nawet, znów usiadł nad strumieniem. Musiał coś nagle zobaczyć w wodzie, bo pochylił się gwałtownie, wpatrując się uporczywie…Jakoś tak nieszczęśliwie przechylił się, że wpadł do wody, z której się już nie podniósł. Okazało się, że ów sztylet przebił go na wylot i tak życie stracił. Pochowali go ludzi niedaleko, ale strach padł na dziewczyny, bo która zerknęła tam do wody, by się przejrzeć, jego twarz widziała. „Marcyś straszy” – poszło po wsi i jakoś nie było chętnych spojrzeć tam w wodę, zwłaszcza o zmierzchu. Kiedyś zastano tam głaz, co się osunął ze zbocza i utkwił nad wodą. Jako żywo przypominał postać klęczącego Marcysia, choć on nigdy nie klękał za życia. Omijano to miejsce tym bardziej, choć nie jedna miała chęć ujrzeć tę jego twarz w wodzie. Strach był jednak większy. Co widmo, to widmo. Aż kiedyś gospodyni księdza, co różne wróżbne sny miewała, oznajmiła, że śnił jej się Marcyś na kolanach błagający o jakiś odruch serca i modlitwę wioskowych dziewuch, bo straszną pokutę cierpi tam za to, iż kochaniem gardził i siebie prawie nad Boga wynosił. Zebrały się dziewuchy przy kapliczce, a że maj był, to całą litanię wyśpiewały dodając „Serdeczna Matko”,  za nieszczęśnika pokutującego w zaświatach. No i straszyć przestało. A potem aż nazbyt często dziewuchy sprawdzały, czy twarz Marcysia już się tam nie pokazuje. A kowal, u którego Marcyś mieszkał wziął mosiężny kubek po nim i przykuł do głazu klamrą w kształcie owego nieszczęsnego sztyletu. No i głaz podobny do klęczącego pokornie jegomościa służył teraz ludziom morałem i kubkiem do wody nad wyraz chłodnej i smacznej.
*
A morał? Oby się nam nigdy nie zdarzyło zachorować przewlekle na niemiłość i na samouwielbienie, bo to nieszczęście gorsze niż w widmo zapatrzenie.  
skomentuj (2)

2011-07-22 20:36:45
KOT PROBOSZCZA
Nawet nie zauważysz, jak zachcianki i luksusy oplączą ci jedwabne pęta wokół wolnej duszy.
*
Ponoć między panem i jego zwierzakiem można zauważyć pewne podobieństwa – nawet w wyglądzie. No cóż, kto z kim przestaje… Ciekawe tylko, kto do kogo upodabnia się bardziej? Na tej plebanii, prócz księdza proboszcza mieszkał sobie kot, można by rzec, że z rodowodem – od kociego pradziada bowiem związany z tym miejscem. Ten, prócz czarnej sierści z białą plamką na szyi, zachowywał też stan bezżenny, nie interesując się płcią przeciwną nawet w marcu. Rozumieli się z proboszczem i lubili. Można było owego kota nawet nazwać pobożnym, bo nieruchomiał na czas modlitw pana. Jednak ostatnio proboszcz zaczął częściej pościć, co się jego kotu raczej nie spodobało i pokutnikiem zostać nie zamierzał. Bo czyż może kotu służyć celibat, milczenie i posty? Może tak, ale do czasu. Kot więc postanowił zmienić pana i miejsce zamieszkania. Jako że proboszcz już od pół roku nie korzystał z usług gospodyni, nasz kot powędrował do niej, bo czasem mu coś podrzucała po cichu. Ona jednak była gospodynią w domu jakiegoś bogacza, którego żona przyhołubiła szybko kota, obsypując go nie tylko pieszczotami, ale i sposobnym pokoikiem i frykasami. Kot odrabiał więc zaległości w jedzeniu i spaniu. Tył i rozkapryszał się coraz bardziej, jako że nowa pani kapryśna była też ponad miarę. Część tych kaprysów dotyczyła kota właśnie – jego wyglądu, garderoby, witamin, kosmetyki etc. Kot poddawał się temu bardziej z lenistwa niż z upodobania, bo od jedzenia krewetek, kawioru, ślimaków i żabich udek jakoś stał się ociężały i zobojętniały. Jednak czasem, przejedzony, zaczynał wspominać resztki rosołu proboszcza i kosteczki kurczaka, niedzielne flaki w rosole. Co prawda zawsze ich było mało, ale jakże się po nich oblizywał. A tu? Odbijało mu się tylko. Poza tym, fryzjerki, krawcowe, lekarki, terapeutki, do których go nowa pani prowadzała, stawały się nie do zniesienia. I sam nie wiedział, czy spojrzenia innych kotów kryły w sobie zazdrość, czy pogardę, gdy kroczył w kolejnej kreacji po alejce. Kroczył, bo pani jakoś sprytnie założyła mu śliczną obróżkę i prowadzała go na łańcuszku-smyczy. Teraz nawiedzały go sny o jego dawnych wędrówkach po dachu plebanii przy księżycu, po płotach, strychach, piwnicach – wolny, jak kot, który chadza tylko własnymi drogami. Budził się jednak na poduszce z falbankami, z nowym zapachem szamponu, głaskany przez panią tak, że dostawał niemiłych dreszczy. Kiedy zawiozła go limuzyną do specjalnego hoteliku dla zwierzątek ze ślicznymi klateczkami i wybiegami, bo wybierała się w morską podróż, nie wytrzymał. Zwłaszcza, że mignęła mu gdzieś za płotem mordka dawnego kumpla z nocnych eskapad. Nie, to byłaby hańba, tak się dać zmanierować. Szarpnął smycz-łańcuszek i już go tam nie było. W mieście się zagubił, ale wschodzący księżyc pomógł mu trafić pod drzwi plebanii. Jakże zaskoczony był, gdy ujrzał tam białą kotkę, która zajęła tam jego miejsce. Była zgrabna, wiotka i powabna. Kiedyś ją spotkał, ale udawał, że jest w celibacie. Teraz pomyślał, że jeśli proboszcz nie będzie miał nic przeciw temu, to on zmieni stan, zwłaszcza, że po zapachu z kuchni wywnioskował, iż proboszcz chyba przestał się głodzić i  będzie można wykarmić kocią rodzinę. Kiedy zamiauczeli oboje, proboszcz przerwał modły i wybiegł, jak do syna marnotrawnego z przypowieści.
*
Kto budzi w tobie lenia, snoba i obżartucha, ten pewnie chce zagłodzić w tobie i serce, i ducha. 
skomentuj (5)



---------------------------------------------
Lay by Alien
A może szablon na zamówienie?
Księga Gości
Zobacz
Zostaw ślad

Przeszłość
2012
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień


Linki
mail: brattadeusz@interia.pl

Linki
Znajoma Polonia
MM
Anula
Mada
Siostra