2010-02-09 05:36:59
KROPLĄ CZY BALONEM?
Pokorę niesłusznie pojmuje się jako szukanie upokorzeń. Jest ona raczej pełną swobody i pogody zgodą na to, czym się jest i być się może. To jak z kroplą rosy, której może się zdarzyć, że zabłyśnie jak diament, ale wie ona, że to tylko zasługa nocy i słońca, no i jej szczerej przeźroczystości.
*
Tę dziewczynę odkrył dla opery kompozytor-dyrygent. Była istnym diamentem ze swoją oszałamiającą urodą i rzadkiej piękności głosem. Wprowadził ją do swego królestwa dodając do tego swe serce, ale ona rozgościła się w pierwszym, a do drugiego wejść się wstrzymała. Szybko rozbłysła jej wielkość sława. O jej wizerunki dobijali się twórcy reklam i wkrótce mogła ona się przeglądać jak w lustrach w opakowaniach luksusowych kosmetyków, w okładkach książek, w bilbordach. Jej portret zawisł w operze wśród nieśmiertelnych sław. Mimo zachwycającego jej piękna, szeptano czasem, że robi się nieco nadęta. Pewnego dnia, stojąc na molo w tłumie adoratorów, rzuciła do wody biała różę dla godnego jej śmiałka. Skoczył za nią ów dyrygent i uchwycił ustami, ale trudno mu było powrócić. Dziewczyna śmiała się z jego wysiłków, dobrze się bawiąc. Kiedy on wyszedł z wody ledwie żywy, ofiarowała mu swą rękę, lecz on odwrócił się i poszedł. To była dla niej potwarz, więc spowodowała, że musiał odejść z opery. Ona śpiewała coraz piękniej w coraz to nowych rolach, ale wyczuwano pod tym pięknem brzydotę jej serca i publiczność zaczęła się kurczyć. Jednak ona była sławna i bogata. Niedostatki serca i popularności zaczęła zaspokajać gustując w coraz bardziej wyszukanych potrawach. Mając mniej ról, zaczęła tyć, mimo narzucanych sobie diet. Ktoś określił to, iż nie jest to otyłość, ale swoiste rozdęcie… Traciła role, a w końcu i pracę, bo były młodsze i szczuplejsze. Za resztki oszczędności wynajęła pokoik na poddaszu opery i teraz przez lato siedziała w oknie z widokiem na szopę. Z niej to któregoś dnia pracownicy opery zaczęli wyciągać dekoracje do „Fausta” i kolejnych przedstawień. Patrzyła na to z sercem ściśniętym z bólu. Pomyślała, że kiedy zobaczy dekoracje do oper „Carmen” i „Aida”, to umrze z rozpaczy, bo w nich miała swoje popisowe role. Zobaczyła je i nie umarła, a kiedy wśliznęła się do głównego holu opery, nie znalazła już tam swojego portretu między sławami. Była zdruzgotana tak szybko następującą niepamięcią ludzi i wielbicieli. Opłakiwała siebie samą, jakby już naprawdę nie żyła. Kiedy wychodziła na ulicę, nikt jej nie rozpoznawał. Kiedyś zobaczyła wśród śmieci pocztówkę ze swoim wizerunkiem w roli Carmen. Uciekła stamtąd z płaczem. Pognębił ją jeszcze zawieszony przez jakąś religijną grupę plakat z napisem: „Oblicze Pana zwraca się przeciw źle czyniącym, by pamięć o nich wygładzić.” Odebrała to do siebie i pytając siebie o to, czy jej zło i samolubstwo nie może zostać przemienione w dobro przez cierpienie, szła pełna rozpaczy do lasu. I wtedy ujrzała na drodze kogoś, kto jakby rozpoznał ją i patrzył na nią tak, jak dawniej wszyscy… To był ów kompozytor-dyrygent. W jego oczach odczytała zaskoczenie, podziw i czułość, zwłaszcza w wypowiedzianym przez niego jej imieniu ”Hanno”. Nie mogła uwierzyć jego słowom, że wypiękniała i wyszczuplała. I że wygląda młodziej niż przedtem…Tak było w istocie. Dawno nie słyszała dobrych słów o sobie i do siebie, a że pochodziły one z ust kogoś skrzywdzonego przez siebie, chciała mu powiedzieć, jak dobrym on musi być człowiekiem. Przerwał jej mówiąc, że jeśli zachowała swój piękny głos, to zaprasza ją na próbę, bo odzyskał znów swoją operę…
*
Bywa, że i diament może być wzięty za kroplę rosy, ale czy to ujmuje mu jego uroku?
skomentuj (0)
2010-02-08 22:08:06
DO ŚWIATŁA PRZEZ CIEMNOŚĆ
Jednym z imion męskości jest „zdobywca”. Ale czy można nim nazwać tego, kto skarb dostaje całkiem darmo, na przysłowiowej srebrnej tacy, zanim go nie ocenił, nie zapragnął i nie wyruszył, by go zdobyć? Przekleństwem niedoszłych zdobywców jest więc to, że nic i nikt nie jest dla nich skarbem. A błogosławieństwem byłoby to, że w poprzek drogi do skarbu wyrosłaby…góra.
*
U podnóża skalistego szczytu św. Gotharda, w szwajcarskiej wiosce, dzwony na wieczorny „Anioł Pański” kończyły pracowity tydzień. Wracano z pól, spędzano krowy, zasiadano w karczmie, śpiewano o uciechach wiosny. Niedzielę rozpoczęły także dzwony i zewsząd schodzili i zjeżdżali się ludzie, aby po Mszy mogły się odbyć zawody w strzelaniu. Syn naczelnika zdobył już nagrodę, gdy ze skał zaczął schodzić Włoch Andrea z wioski z tamtej strony szczytu. Przybył za późno i choć okazał się najlepszym strzelcem, nie on miał poprowadzić w korowodzie najładniejszą Gertrudę, choć oboje podobali się sobie. Andrea jednak szepnął jej na ucho, że choćby miał czekać 10 lat, to już się nie spóźni, choćby miał przejść przez środek góry. Tymczasem jednak dostrzegł wysoko na skale obręcz, którą ponoć zawiesił tam cesarz i którą jeśliby kto strącił, to miała rozwiązać lub związać małżeństwo. Andrea wycelował i zestrzelił obręcz, wręczył ją naczelnikowi, ucałował dłoń Gertrudy i ruszył przez szczyt do siebie. I coś się zaczęło w wiosce dziać, bo przyjechali geometrzy, zburzono karczmę, rozebrano i przeniesiono wyżej kościół oraz część wsi, więc ucichły pieśni, a gwarzono tylko o tym, że przez środek góry ma być drążony półtoramilowy tunel. Miano go drążyć z obu stron i spotkać się pośrodku, choć zdało się to niemożliwe. Andrea najął się do pracy nie tyle dla zarobku, co z myślą, iż wyrąbuje sobie drogę do Gertrudy. Pracował z innymi po kilkanaście godzin w ciemnościach i w dusznym upale. Niektórzy padali, ale on kuł, jak w gorączce jakiejś przez 8 lat. Aż i on zasłabł. Leżał w szpitalu z mieszkańcem tej szwajcarskiej wioski i marzeniem obu było spotkać się razem z obiema liniami tunelu w środku góry. Andrea wrócił do pracy i choć mógł w niedzielę pójść przez szczyt do wioski Gertrudy, nie szedł, bo był pewien, że ona czeka. Pod spadającą skałą zginął główny inżynier, ale to nie powstrzymało budowy i Andrei. Pracował zawsze na przodzie tunelu, a duszno było tak, iż nie wiedział, czy to krew dudniła w głowie, czy skądś słychać było stukanie. Kiedy wszedł tam w niedzielę, nie słyszał już nic i zląkł się, że stracił słuch i nadzieję, a więc i Gertrudę. Nazajutrz stanął do pracy, ale już bez wiary, choć usiłował ją wskrzesić w sobie pamięcią o inżynierze i pieśnią o młodzieńcach w piecu ognistym. I wtedy uderzył w świder wiercący z drugiej strony… Szepnął więc najpierw dzięki Panu, a potem „Gertrudo” i wraz z innymi z tej i z tamtej strony „hurra!”. To był wielki dzień dla obu krajów i dla Andrei, który otrzymał nagrodę 10 tysięcy w złocie. Poszedł tunelem ku szwajcarskiej wiosce, a tam ku małemu domkowi, przed którym stała Gertruda jakby piękniejsza jeszcze niż 8 lat temu. Gdy Andrea zapytał ją czy pójdzie z nim do jego kraju, odrzekła, że tak, że wszędzie, gdzie on zechce. I pokazała tamtą obręcz. Nie pozwolił jej wziąć nic, wzięli się za ręce, ale ruszyli starą ścieżką, bo Andrea rzekł, że drogę do niej przebył w ciemnościach, ale teraz chce żyć w pełnym słońcu z nią i dla niej.
*
W wielu obrzędach wtajemniczenia w męskość adept musiał przechodzić przez ciemność, przez dno swojej słabości, czy zwątpienia, z upartą nadzieją, że musi podążać naprzód i że to, co go czeka, jest warte więcej niż wszystko, co dotychczas poznał. Biedny jest więc ten, co nie zdobył skarbu swojego życia…
skomentuj (0)
2010-02-07 10:18:38
BROŃ OBOSIECZNA
Ciekawe, czy władca potrafi rozkazywać samemu sobie? Czy wychowawca umie wychowywać samego siebie? A czy kaznodzieja potrafi siebie samego nawrócić? A poeta… O tym może już w przypowiastce:
*
Wiadomo, że wśród wielu takich, którzy mają się za poetów, rzadko zdarza się ten prawdziwy, choć ten zwykle za takiego się nie uważa, dopóki go inni nie okrzykną wieszczem czy artystą słowa. I tak się stało z Afizem, którego sława powędrowała poza granice jego ojczyzny. Jego talent osiągnął szczyty geniuszu, a kunszt nie miał sobie równego. Nie tylko bowiem pisał doskonałe wiersze, ale równie doskonale je recytował. Jego słowa wręcz zniewalały umysły i serca słuchaczy. Burza w jego wierszach wywoływała w nich strach przed piorunami i ulewą. Jego wersety o ogrodzie dawały złudzenie mocnego zapachu róż i odgłosu szemrzącej fontanny nawet na pustyni czy kamiennym placu. W słowach pieśni wojennej słychać było tętent konnicy i ryk surm bojowych. Afiz sam bywał zdumiony działaniem swych wierszy. Kiedyś władca owej krainy zapytał go, jak on to czyni i jakiej czarodziejskiej sztuki używa, podbijając słowami dusze słuchaczy, a nawet i innych poetów. Afiz nie potrafił odpowiedzieć, bo w końcu kiedyś pewien mędrzec powiedział o poecie, że przez niego płynie strumień piękna, ale on sam pięknem nie jest. Jednak czuł to uniesienie i moc, jakiej ulegali jego słuchacze. Kiedyś zapragnął nawet wypróbować tę wręcz magiczną moc swoich słów. I zdarzyło się, że usłyszał włamujących się do jego domu i zbierających łupy złodziejaszków. Szybko ułożył parę wersetów, stanął przed nimi i wypowiedział je tak, że zamarli w zupełnym bezruchu. Słowa zamieniły ich w istne posągi. I wtedy Afiz poczuł się mocarzem słów, ale i władcą serc. Rzadko dotąd pisał wiersze o miłości, był bowiem wciąż jeszcze nieśmiałym wobec kobiet. Teraz jednak, gdy napisał kilka miłosnych liryków, ujrzał, jak działały one na kobiety. To już nie była magia słów, ale jakiś rodzaj czarnoksięstwa, bo w kobiecych oczach, na ich twarzach, Afiz widział zachwyt, rozmarzenie, tęsknotę, oddanie, wyzwolone pragnienia… Czuł, że mógłby zdobyć każdą, ale nie czynił tego. Poprzestawał na uwodzeniu poezją. I oto któregoś dnia, spośród roznamiętnionych słuchaczek wyszła jedna, stanęła przed nim i spojrzała mu w oczy tak, że poczuł, iż jego słowa odbijają się od niej jak perły od złotej blachy i…trafiają w niego samego. Pierwszy raz poczuł, że to on ulega czarowi, magii, zniewoleniu… A ona tylko stała i chłodnym wzrokiem sięgała w tę głębię jego serca, gdzie jednak nigdy słowa jeszcze nie zaistniały. Umilkł w pół słowa i jakieś przeraźliwe milczenie poczuł w sercu. Usiłował użyć jeszcze słów, których czar znał na pamięć, ale z ust wydobyły mu się słowa nieskładne, bełkotliwe… Potem, gdy uciekł stamtąd, powiedziano, że został ugodzony i rozbrojony swoim własnym kunsztem i czarem. Już nigdy więcej nic nie napisał, a nawet nabawił się wady wymowy.
*
Ktoś mądrze powiedział: bądźcie sługami prawdy, ale nie posługujcie się nią dla własnej wielkości czy użytku. Tak powinno być chyba z każdym darem, kunsztem, czy profesją. A może głównie z władzą – obojętnie, jaka by ona nie była. To wszystko jest bronią obosieczną!
skomentuj (0)
2010-01-29 11:05:22
NIECHCIANE ZWIERCIADŁO
Czy można być sobą nie znając siebie? A czy można poznać siebie, unikając ujrzenia swoich gorszych stron? Dlaczego wielu uciekając od prawdziwego obrazu siebie, robi wszystko, by ten obraz upiększać z pomocą astrologii, komplemenciarzy lub tzw. myślenia pozytywnego?
*
Zakochany człowiek chce wciąż oglądać przedmiot swej miłości. Tak też jest z zakochanym w samym sobie. Jeśli jednak nie jest on tak piękny jak mityczny Narcyz, to lubi swoje podobizny, na których jawi się taki, jakim się sobie podoba. W pewnym bogatym mieście, wśród mieszczan nastała moda na zamawianie sobie portretów. Wieszano je na ścianach domostw, kamienic, sklepów, kantorów, czy kościołów (fundatorzy). Coraz większe było więc zapotrzebowanie na portrecistów, a tych namnożyło się sporo –i mistrzów, i pacykarzy. W końcu rada miasta zdecydowała raz na trzy lata wybierać jednego z nich, aby był starszym cechu i decydował, kto, za ile i jak ma malować. Urządzono więc wielki konkurs. Jednak artysta, który namalował zdaniem większości najlepszy portret, nie otrzymał ani nagrody, ani owej godności. Dlaczego? Namalował on portret burmistrza w całym przepychu jego ubioru, ale w twarzy zawarł po mistrzowsku to, co o nim nieoficjalnie wiedzieli wszyscy, lecz nikt głośno tego nie powiedział. Najwięcej o jego ciemnych sprawach mówiło na portrecie jego spojrzenie. Jakkolwiek wielu podziwiało kunszt malarza, to oburzony portretem burmistrz doprowadził do tego, że musiał on opuścić miasto. W innym mieście spotkał się z pewnym Sowizdrzałem, któremu to opowiedział, a ten wyruszył do owego miasta z pewnym zamiarem. Otóż na drugi konkurs portrecistów stawił się z lustrem w kształcie sowy i każdemu, kto podchodził, by w nie zerknąć, prawił subtelne komplementy na temat jego szczegółów urody, czy zalet tak, że ów je tam widział. A miał do tego szelma talent. Co prawda, nie wygrał konkursu, ale jego lustro zawieszono w holu ratusza, a przy nim krzesełko dla Sowizdrzała. Do lustra ustawiały się kolejki, bo któżby nie chciał ujrzeć siebie piękniejszym, lepszym, zgrabniejszym niż jawił się w oczach innych, no i jeszcze usłyszeć parę ciepłych słów o sobie. Przy tym sowicie nagradzano twórcę lustra i pozytywnych wizerunków mieszczan. Sowizdrzał zebrał niemałą sumkę i pożegnał mieszczan mówiąc, by strzegli lustra jak źrenicy oka, kto bowiem je stłucze, będzie naznaczony siedmioma nieszczęściami. Ledwie opuścił miasto, stało się coś niepojętego. Otóż lustro nabrało jakby odwrotnej właściwości, bo patrzący w nie widzieli aż nazbyt wyraźnie swoje braki, wady, a nawet cienie starannie ukrywanych grzechów. Ustały nagle kolejki mieszczan do ratusza, a próby zamalowania lustra nic nie dawały. Nie było jednak odważnego, kto by je stłukł. Kiedy ktoś zestawił owe lustro ze zniszczonym portretem burmistrza, namalowanym przez wypędzonego z miasta artystę, ów burmistrz nakazał, aby niszę z lustrem dyskretnie zamurować, pokrywając to miejsce wykonanymi w srebrze i kości słoniowej arabeskami. Zrobiono to ponoć dla spokoju ducha mieszczan odwiedzających ratusz i nikt dotychczas lustra nie odsłonił.
*
Myślę, że takich luster teraz się namnożyło, ale nie w kształcie sowy, tylko papugi. Zbyt szczerych i prawdomównych artystów przepędza się z Wielkiej Fabryki Wizerunków, a na szefa ich producentów kandyduje chyba odwieczny Wielki Iluzjonista…
skomentuj (3)
2010-01-27 18:47:01
ZABAWA KRÓLEWNY
Zabawa, wbrew pozorom, jest sprawą poważną. I nie tylko dlatego, że w niej ponoć człowiek najpełniej objawia siebie. Również dlatego, że poprzez nią, kreuje siebie i swoje przyszłe życie. Nie jest więc obojętne: w co, czym i z kim się bawią dzieci i dorośli. I czy czasem nie bawią się kimś, jak dziewczynki lalką, misiem, czy pajacykiem.
*
Jest taka baśń o urodzinach 12-letniej królewny, której śmierć matki, ojciec chce wynagrodzić, jak tylko może. W tym dniu więc ona naprawdę króluje. Może zaprosić i bawić się z kim chce i wszystko kręci się wokół niej. Krótko się cieszy spojrzeniem ojca, który gdzieś znika, ale ileż jest tych. co mają ją bawić. Dzieci odgrywają przed nią walkę byków. Marionetki z włoskiego teatru grają tak przejmująco, że królewna prawie płacze. Dzieci z kościelnego chóru tak cudnie tańczą, że otrzymują od niej piękną świecę dla Madonny. Cygańscy grajkowie śpiewają o dzikiej miłości, tańczą gwałtownie, padają na ziemię i zamierają, zerkając z rozczuleniem na twarzyczkę królewny. Jednak największą wesołość wzbudza taniec na pół dzikiego karła przyprowadzonego z lasu przez myśliwych. Jest niewiarygodnie brzydki i pokraczny, więc tym śmieszniejszy. Dzieciak to jeszcze, ale rodzice chętnie pozbyli się go, a on dzieli ogólną wesołość, nieświadom jej powodu. Nie może jednak oderwać oczu od królewny, dla niej tylko podryguje i wykrzywia twarz, a ona klaszcze i jak dama rzuca mu białą różę, czym niezmiernie go uszczęśliwia i rozkochuje. Ma on powtórzyć swój taniec, ale na razie królewna idzie z gośćmi na posiłek. Karzeł więc chodzi z różą po ogrodzie, gdzie kwiaty nie kryją swojej odrazy. Tylko ptaki go lubią, bo je dokarmiał. A karzeł marzy, że po drugim tańcu, królewna go zaprosi do siebie albo on ją zabierze do lasu, obdaruje, pokocha…I wciąż całuje białą różę, jak bezcenny skarb. W końcu odkrywa jakieś uchylone drzwiczki i wchodzi do sali z białymi posągami. Mija ją, a w następnej odsuwa parawan i dostrzega jakąś skarlałą postać na krzywych nogach i o wielkim łbie. Krzywi się, a tamta postać także. Kłania się jej – tamta robi to samo… Całuje białą różę – tamten robi to samo z różą taką samą… I wtedy pojmuje, że to lustro i wydaje krzyk rozpaczy, bo nie wiedział, nie widział nigdy, że jest tak potworny. Rozmazuje po twarzy łzy i na strzępy rwie różę. I takiego, miotającego się, widzi go wchodząca królewna. Wybucha śmiechem, a goście z nią. Królewna porównuje jego grę z marionetkami i bije mu brawo. Karzeł nie patrzy na nią, tylko łkając przewraca się na ziemię i nieruchomieje. Jednak królewna chce, by tańczył i rozśmieszał wszystkich. Rozkazuje go podnieść i obudzić, krzycząc: „Tańcz, potworku, bo ja chcę się bawić!” Któryś z dworzan dotyka karła i mówi, że ten już nie zatańczy, bo pękło mu serce… Królewna wydyma śliczne wargi ze wzgardą i oznajmia: „Rozporządzić, by odtąd ci, co się ze mną bawią, nie mieli serc!”. I biegnie do ogrodu.
*
Królewna (a królewiąt małych i dużych namnożyło się w demokracji niebywale) zwykle ma to do siebie, że traktuje wszystkich, jak osóbki służące do zabawy i prac różnych. Bawiąc się nimi, nie przyznaje im jakby prawa do posiadania serc, które czują i cierpią może bardziej niż serce królewny (czy królewicza). Tym samym sama staje się istotą pozbawioną serca… A takich mamy teraz także coraz więcej. Chyba, że jednak ktoś je w niej przebudzi, jak w tej Śpiącej…
skomentuj (2)
2010-01-25 17:42:38
CUD ZIMOWEJ RÓŻY
Mówisz: „Nieba bym ci przychylił…” Ale jak możesz przychylić coś, czego nie masz? Albo: „Życie bym ci oddała…” No tak, ale jak? Umierając, czyli tracąc swoje? To może już lepiej: „Życia swego udzielałbym ci po kropli…” To chyba możliwe udzielać nadziei, byleby tętniła ona w tobie.
*
Kiedy umiera miłość między rodzicami, to coś umiera także w ich dziecku. Czasem dosłownie, jak w tym dziesięcioletnim chłopcu, u którego po rozstaniu ojca i matki, wykryto nagle ostrą białaczkę. Matka straciła chęć do życia, więc dziecko zapragnęło wyjechać do dziadków, przybranych rodziców matki, która ich porzuciła. Był u nich na wsi raz, ale wolał być tam po tym lekarskim wyroku. Nie wątpił, że dwoje staruszków przyjmie go i nie zawiódł się. Matka jakby odetchnęła, bo i tak była wciąż zapracowana w tym wielkim mieście. U dziadków chłopiec poczuł się lepiej (tęsknili bowiem za nim) i choć miał napady chłodu (jak miażdżony przez górę śniegu), to tam czuł więcej ciepła. Dziadek był zielarzem i pomagał tak ludziom. Nie przelewało się u nich, ale oboje mieli wciąż dość czasu, by cieszyć się światem i wnukiem. Krew żywiej krążyła w chłopcu, gdy słyszał, jak czasem któreś mówiło, że nie pozwolą mu umrzeć. Co i raz wozili go do miasta, do szpitala, gdzie babcia zostawała przy jego łóżku, nie śpiąc prawie wcale parę dni. Ale wracali i dziadek brał chłopca na wędrówki po łąkach, gdzie zbierał zioła. Jednak żadne z nich nie mogło uleczyć białaczki. Choć ponoć było takie, nazywane zimową różą lub ognistym zielem, ale znajdowano je rzadko i to pod śniegiem, po surowej zimie. Więcej o nim dziadek nie chciał mówić, tak jak niewiele oboje mówili o Bogu, o którego chłopiec pytał, a wcale już o miłości, choć ona się tam działa. Matka wpadała rzadko i na krótko. Czuła się tam obco, tak jak jej syn przy niej. Ta więź (jak świętość jakaś) między dziadkami ogrzewała go, gdy przychodziły napady chłodu i nie tylko. I tak chłopiec żył prosto jak oni pomiędzy nimi, zwierzętami, na łąkach, nad rzeką i co i raz w szpitalu, gdzie nadziei raczej nie dawano. Kiedy przyszła remisja podleczonej białaczki zaczęto szukać dawcy szpiku kostnego. Jednak nikt z bliskich nie mógł nim być. I wtedy przyszła zima, a dziadek obiecał, że będzie szukał tego rzadkiego ziela od grudnia do lutego. W chłopcu jednak życie zwolna gasło, choć pojawiło się dwoje rówieśników, chcących jakby przeszkodzić chorobie. Ojca chłopiec widzieć nie chciał. I wtedy dziadek ulepił bałwana, choć chłopiec bał się, że tak jak on stopnieje w nim życie.Ale właśnie wtedy dziadek wrócił z poszukiwań z kilkoma kwiatkami zimowej róży w dłoniach jak z bezcennym skarbem. Zrobił z nich wywar i dał chłopcu mimo protestów babci. Kiedy znaleziono dawcę i zabierano chłopca na operację, bał się, że już nie wróci i wtedy dziadek powiedział: „Jeżeli będziesz musiał odejść, pójdę tam wcześniej i będę na ciebie czekał.” Bałwan stopniał zupełnie, ale chłopiec rozgrzany słowami tych dwojga mu najbliższych, którzy go tak bardzo potrzebowali, wsiadał do ambulansu z nadzieją, jakiej nie czuł dotąd. A teraz przyjeżdża ze studiów do samej już babci, która gada do niego, jakby wciąż wyruszali z dziadkiem na łąki. A gdy odjeżdża, ona stoi bez łez w oczach, z uśmiechem rozjaśniającym jej wargi, które wstydziły się zawsze słów miłości.
*
Nadzieja jest jak kwitnące ziele pod śniegiem. Wie o nim Bóg i ten, kto chce nim w kimś roztętnić życie tak, jak w nim ono tętni.
skomentuj (1)
2010-01-09 23:09:08
TRZY KROPKI…
Powiedz, jak podchodzisz to tajemnicy, a powiem ci…Co? To tajemnica. Zdaje się, że ostatnio coraz mniej ludzi ma respekt przed czymś tajemniczym, ukrytym, niepoznawalnym. Może jeszcze niektóre dzieci? Myślę, że ta baśń jakoś to ukaże.
*
Ten mur zdawał się być tam od zawsze. Był tak gruby i wysoki, że właściwie nikogo nie ciekawiło, co jest po jego drugiej stronie. Domyślano się, że może więzienie, ale nikt tego głośno nie powiedział. Zresztą, nie pytano. I oto któregoś dnia w owym murze pojawiły się niespodziewanie drzwi. Mocne, okute, z dość dziurką od klucza, zwracały jednak uwagę. Kogo? Pierwszym z nich był dość hałaśliwy osiłek, który oderwał się od grupy mu podobnych i kopniakiem chciał te drzwi otworzyć. Kiedy się nie dało, chwycił łom i chciał je wyważyć. Nie dał rady i odszedł kpiąc, że to tylko atrapa. Potem podszedł ktoś mający trzy klucze. Wkładał każdy z nich do dziurki – nie pasował żaden. I ten odszedł, bo jak powiedział: on szukał drzwi do swoich kluczy, a nie klucza do tych drzwi. Po nim dyskretnie podeszła jakaś pani i przyłożyła ucho do drzwi, a potem usiłowała zajrzeć przez dziurkę od klucza. Coś niby tam słyszała i widziała, ale nie rozpoznała i odeszła rozczarowana. Potem ktoś podszedł i zapukał. Kiedy nie było odpowiedzi zaczął dobijać się pięściami. Drzwi milczały. Kolejni zaciekawieni swoją bezradność pokryli zarozumiałą obojętnością. I wtedy zatrzymał się przy tych drzwiach w murze jakiś chłopak. Nie dotknął ich nawet, cofnął się, usiadł i wpatrywał się w nie. W końcu zaczął coś szeptać, a potem śpiewać: „Czym lub kim jesteś tam za tymi drzwiami? Uchyl choć rąbka tajemnicy…” Układał inne zwrotki i śpiewał na inne melodie dzień, dwa, trzy… I wtedy zza drzwi dobiegł podobny śpiew, tylko dziewczęcy. I drzwi uchyliły się, a zza nich wyjrzała dziewczyna w woalce na twarzy. Musiała być piękna, bo chłopak zerwał się, zrobił krok…ale ona cofnęła się i zamknęła drzwi. A na nich ukazały się trzy kropki... Gdy chłopak je ujrzał, podrzucił w górę gitarę i sam podskoczył z przeszczęśliwą twarzą. Przechodnie mijali go wzruszając ramionami.
*
Świat bez tajemnicy byłby przeraźliwie nijaki, jednowymiarowy. Na pewno znacznie więcej jest w nim niepoznawalnego niż poznanego. Ale żeby móc poznawać więcej, trzeba uszanować wciąż rosnące niepoznawalne – we wszystkim, w ludziach także. No i trzeba mieć trochę pokory, cierpliwości i zmysłu niespodzianki, ale i gotowości do tego, by zasłużyć na uchylenie drzwi czy owego rąbka. Ani włamywacz, ani profan, ani ciekawski – tego nie dostąpi. – „Zdradź mi swoją tajemnicę” – powiedział ktoś do kwiatu, a ten odpowiedział – „Nie mogę, bo wraz z nią zniknie to, co mógłbyś we mnie pokochać, a więc i ty sam także.”
skomentuj (1)
2010-01-04 20:35:33
JAK CIEŃ, CZY JAK ŚWIATŁO?
O tym, co wyrzucony drzwiami, wraca oknem, mówimy, że to natręt. Ale czasem może być to także Anioł lub Łaska…
*
Bazyli miał się za mędrca lub przynajmniej za uczonego, bo wiedzę miał imponującą. I takąż też zarozumiałość. Tropił i tępił wszelkie nierozumne wierzenia, mity i zabobony, zwłaszcza religijne. Nie znosił słowa „tajemniczy”, bo uważał, że wszystko jest do wyjaśnienia. Dlatego więc, któregoś dnia, gdy przez uchylone drzwi wśliznął się do jego domu kot, wpadł w złość, bo właśnie kotów nie znosił najbardziej. Zwłaszcza tych wszystkich zabobonów z nimi związanych, tej ich niby tajemniczości i niezależności w chodzeniu własnymi dróżkami. Z krzykiem wypędził zwierzaka z domu i zatrzasnął drzwi. Jednak rano ów kot leżał pod drzwiami i wpatrywał się w niego nienaturalnie wielkimi ślepiami – jakby rozumiał coś więcej niż ów uczony. A tego Bazyli znieść nie mógł. Cisnął czymś w kota i gdy usłyszał żałosne miauknięcie, pomyślał, że ma już spokój. Ale kot był uparty i wciąż siadywał a to na parapecie, a to na ganku, a to na gałęzi tuż przy oknie. Bazyli wpadał w coraz większą złość, widząc wciąż kota i te jego wielkie ślepia. Schwycił go więc, włożył do worka i wyniósł do lasu. Ale gdy go tam wypuścił, to kot już przed nim był przed domem z powrotem. Powtórnie wyniósł go znacznie dalej, ale utrapione kocisko wracało. W końcu Bazyli postanowił się z nim rozprawić ostatecznie. Znów włożył go do worka i wyszedł daleko za miasto i celowo zaczął kluczyć po bezdrożach tak, że w końcu sam zgubił drogę. Zapadał zmierzch, wokół było pustkowie, a kiedy Bazyli rozwiązał worek, kot wyszedł ze ślepiami świecącymi jak latarki i ruszył przed siebie. Bazyli za nim. Kiedy po dłuższej wędrówce za światełkami kocich oczu, Bazyli zauważył, że doszli do jego domu, uśmiechnął się, pogłaskał kota i wpuścił go do środka.
*
Może jeszcze coś podobnego do kogoś pokroju Bazylego. Ten znów miał obsesję na punkcie krzyży. Zwalczał je szczególnie w szkołach, usuwał ze ścian, z murów, przy drogach. Uważał, że te znaki są jakby przekreśleniem szczęścia i godności człowieka. Że rzucają okropny cień na świetlaną przyszłość ludzi wyzwolonych spod władzy ciemnej przeszłości. Ze swoją partią dopracował się odpowiednich paragrafów, by prawnie zwalczać krzyże, gdzie to było możliwe. Wpadł już w istną obsesję… Kiedy dowiedział się, że zmarła jego matka, nie zdążył na pogrzeb, ale gdy poszedł na cmentarz, stanął przerażony widząc istny las krzyży. Nie szukał już grobu matki, bo zaczął przewracać, wyrywać krzyże i zrzucać je ze stromej skarpy. Tak się w tym zapamiętał, że w pewnym momencie runął w dół za którymś z krzyży… Kiedy odzyskał przytomność, ujrzał, że wiozą go karetką pogotowia z…czerwonym krzyżem. – „Co to za ambulans?” – spytał. – „Tak się złożyło, że wszystkie pojechały na wezwania, a został nam taki stary, wojskowy, jeszcze z krzyżem. I to on uratował panu życie.” – powiedział sanitariusz. I wtedy jak błysk jakiś podziałało na niego to słowo „uratował”, bo tak dawno temu ksiądz na religii mówił to o krzyżu… Ale on zapomniał.
*
Bóg, religia, krzyż – usunięte, zwalczone, zapomniane – będą wracać uparcie, jak cień albo jak światło dla ociemniałych.
skomentuj (2)
2009-12-16 20:22:00
POEZJA CZY SERCE?
Wszystko może być lustrem, w którym możesz szukać odzwierciedlenia innych ludzi albo samego siebie. Jeżeli innych, to nie zaznasz nudy, ale jeśli siebie – szybko zanudzisz na śmierć siebie i innych. O jednym poecie powiedziano: „Kochał ten świat nie jak zwierciadło, odbijające jego samego, ale jak kobietę, jak coś zgoła odmiennego.”
*
Czasem szuka się egzotyki z nudów, a czasem, by nauczyć się dziwić i już nie przestawać. Tak myślał Edgar wyruszając z nudnej Europy do Japonii. Ominął tam wielkie, coraz bardziej podobne do europejskich, miasta, a zamieszkał w jakiejś osadzie nad oceanem, gdzie ludzie żyli prawie tak, jak sto lat temu. I zakochał się w kwiatach, w perłach, w lampionach, w muzyce fletów i w dziewczynie, która mu usługiwała. Porozumiewali się tylko wzrokiem, mimiką i gestami, ale to już wystarczyło Edgarowi, by ulec czarowi tej Japonki podobnej bardziej do nadnaturalnego zjawiska niż realnej istoty. Jednak nie trwało to długo, bo wezwano go do Europy. I tu ogarnęła go przeraźliwa tęsknota za dziewczyną. Niecierpliwie oczekiwał na list od niej, a kiedy przyszedł, patrzył bezradnie na niezrozumiałe japońskie znaki. Pobiegł więc z nim do tłumacza, a ten na poczekaniu przetłumaczył go. Edgarowi zaparła dech poetyckość listu, ale nie poprosił o tłumaczenie na piśmie, jakby z obawy czy zazdrości… Kiedy przyszedł list następny, był tak liryczny i intymny, że Edgar z przykrością zniósł to, że tłumacz wkracza pomiędzy nich. Podjął więc intensywną naukę japońskiego, by samemu czytać i pisać listy. Otrzymywał od niej listy długie, ale sam pisał krótkie, wstydząc się nieudolności. Tym szybciej i pilniej uczył się, jakby ponaglany uczuciem. Jednak wkładając tak dużo serca w naukę, coraz rzadziej pisał listy, chcąc zrównać się z poetyckim kunsztem Japonki. Mijał czas, a on coraz kunsztowniej władał japońskim, zgłębiał literaturę i cyzelował wymowę. Ale listy między nimi ustały… Czego prawie nie odczuł, bo otrzymał tytuł naukowy i został wykładowcą języka i literatury angielskiej na świetnej uczelni. Porywał słuchaczy zafascynowaniem japońską poezją, której czytał i znał coraz więcej. Prawie zapomniał o powodzie, dla którego wpadł w tę fascynację. Kiedyś, przerzucając stertę japońskich wierszy haiku, pisanych na kawałkach kory, natrafił na jakiś zapomniany. – „Co za kicz! – zawołał po przeczytaniu – jakie bezguście i językowa nieudolność! Skąd tu coś takiego w moich cennych zbiorach?” I wtedy zobaczył kopertę z podobnym rysunkiem, jaki był ornamentem wokół wiersza. Było tam imię tamtej dziewczyny i był to ten pierwszy list od niej, który go tak wzruszył. Ale był to tylko przebłysk przypomnienia, przywodzący jakieś zażenowanie i chęć zapomnienia… Rzucił wiersz z kopertą w ogień na kominku i otworzył ślicznie wydany w Tokio tom z klasyką poezji japońskiej i zagłębił się w nim bez reszty.
*
Ponoć od zdumienia kimś, zachwycenia, zaczyna się miłość. Jednak ktoś, kto się tylko sobą zachwycał, od zdumienia kimś szybko wróci do podziwu samego siebie. I kręcił się będzie wokół własnej osi, a dziwy świata i ludzi będą coraz dalej od niego i miłość też. Wspomniany na początku poeta napisał kiedyś (ale też ty żył): „Choćby już wszystkie dziwy przeminęły, będę się dziwić temu, że można się nie dziwić.”
skomentuj (3)
2009-12-09 19:31:15
NIEOCZEKIWANEJ STRONY
Z
„Dlaczego mnie szukasz? Na mnie trzeba czasem poczekać”. – Chyba już nie potrafimy czekać - rządzeni pośpiechem i presją natychmiastowości spełnień. Tym mniej umiemy czuwać, bo tu jest tak wiele niewiadomego: kto? kiedy? jak? skąd? – przybędzie. I dlatego rzadko na coś zasługujemy.
*
Na tej małej wyspie z rybacką osadą zjawił się kiedyś jakiś wieszcz czy prorok. Z niesamowitą pewnością zapowiedział, że Bóg znany już gdzie indziej, przybędzie także tutaj. O tym opowiadali także przodkowie, więc wszyscy pytali tylko o to, kiedy się On zjawi i z której strony. Prorok jednak rzekł: „Tego nie wie nikt, prócz Niego samego. Ale chce być oczekiwany”. Zapanowała radość na wyspie, bo przepowiednie mówiły, że ów Bóg uszczęśliwi mieszkańców na zawsze. Przez pierwsze dni trwały porządki, naprawy, upiększanie ulic, domostw i wieży, na której czasem stawał zmarły dawno kapłan. Wszędzie panowało radosne rozgorączkowanie i pytania: kiedy? skąd? jak? Wyglądano więc Go zewsząd i przez kolejne dnie i noce. Najbardziej czujny był młody strażnik świętego ognia, który czasem rozpalano na wieży. Pomyślał, że będzie palił ten ogień każdej nocy, jako znak wiernego oczekiwania. Nawet sporządził z posrebrzanych blach lustra, które kierowały światło ognia w każdą stronę po kolei. Wychodził na wieżę każdej nocy i trwał przy ogniu kierując światło w różne strony i wypatrując. Ale nikt się nie zjawiał. Oczekiwanie i radość mieszkańców powoli przygasły, a potem zaczęto już o tym zapominać lub milczeć wstydliwie, jakby ktoś ich oszukał. Kiedy już nikt nie pamiętał, ów strażnik był jedynym uporczywie wiernym. Ludzie, zwłaszcza żeglarze i rybacy lubili to światło z daleka widoczne i pomagające uniknąć skał podwodnych i trafiać do portu. I zapomnieli, po co było kiedyś zapalone i wciąż podtrzymywane. Mijały tak lata. Wierny strażnik postarzał się, przygarbił. Bywało, że i on po cichu wątpił w owe przyjście Boga, któremu na pewno lepiej było gdzie indziej. Ale palił ogień i czekał. Którejś nocy chyba ostatni raz z trudem wspiął się na wieżę i kierując światło w stronę niknącego horyzontu, zawołał: „Gdzie jesteś, Boże?” I wtedy usłyszał szept ze środka płonącego ognia: „Tu byłem i jestem. W tym świetle, którym Mnie szukałeś, a które pomagało się odnaleźć ludziom.” Strażnik nie mógł wymówić słowa. „A kiedy gasł ogień, to gdzie byłeś?” – zapytał. – „Wtedy chroniłem się w twoim sercu, żeby nie ustawało w oczekiwaniu.” I wtedy strażnik zamknął wolno i spokojnie te wciąż wypatrujące oczy. Rano znaleziono go martwego z trudnym do pojęcia wyrazem szczęścia na twarzy. Postanowiono palić ogień dalej, ale tylko dla ludzi.
*
Szukamy i nie szukamy Boga. Czekamy na Niego, a właściwie, to na wszystko, prócz Niego. Zdają się nam wystarczać małe tęsknoty i pragnienia. I nie wiemy, czego/kogo nam brak, gdy mamy wszystko. Niektórzy poszliby na koniec świata za SPEŁNIENIEM, a tak niewielu odkrywa w swoim czuwaniu to, co poeta: „że Bóg był bliżej mnie niż ja sam siebie.” I jest.
skomentuj (3)
2009-12-02 00:11:37
ANIOŁY NAD POKUTNIKIEM
Bywa, że od nienawiści nagle blisko staje się do miłości. I ktoś, kto nienawidził Boga z całego serca, potrafi nagle całym tym sercem Boga pokochać. Czy tylko za sprawą cudu? Może i tak, ale i cud potrzebuje żywego serca, bo w sercu umierającym na obojętność, się nie zadzieje. Podobnie i pokuta…
*
Znana jest we Włoszech średniowieczna legenda o pewnym Żydzie siłaczu, który zakradł się do wiejskiego kościółka i wykradł stamtąd Hostię. Był to czas zdarzających się co i raz profanacji dokonywanych przez sekciarzy czy innowierców, którzy w ten sposób dawali wyraz większej wiary w obecność Jezusa w Hostii niż bywała ona i bywa u zwykłych chrześcijan.Tenże Żyd imieniem Aron, porwawszy Hostię, popędził z nią na wzgórze, roztarł ja w dłoniach i z pasją wdeptał w ziemię. Ktoś to widział i doniósł władzom. Skazano go na spalenie i przywiązano podwójnymi powrozami do wielkiego, wkopanego dębowego koła. Jednakże, gdy płomień dotknął ciała skazańca, ten naprężył mięśnie, rozerwał pęta i wyskoczył z ognia padając na palące się już kolana. Nie podniósł się jednak, tylko runął krzyżem na ziemię. Poczytano to za cud i według prawa darowano mu życie. Ów cud sprawił, że zaniemówił. Odział się więc w chałat i stał się wędrownym pustelnikiem. Pomieszkiwał czasem w ruinach klasztorów wiodąc żywot pokutniczy, schnąc i pochylając się do ziemi z każdym rokiem. Zwano go świętym Aronem. W końcu zamieszkał z opuszczonej kaplicy z chmarą ptaków, z którymi modlił się i gadał ich głosem. Po jakiejś nocy spędzonej na kolanach, padł krzyżem na ziemię i już się nie podniósł. Jego ciało leżało tam wiele dni, a ci co je znaleźli, nadziwić się nie mogli iście niebiańskiej woni, jaką wydzielało. Nikt go jednak nie mógł podnieść, a ziemia zaczęła pod nim sama tworzyć grób. Wtedy ponoć dwa Anioły zjawiły się, by unieść jego ciało ku niebo. Jednak nie zdołały. Zwisły tylko nad nim, podobne ni to do ptaków, ni obłoków, aż ziemia wzięła w siebie ciało pokutnika. I w tejże chwili odezwał się nie poruszany od lat dzwon na wieżyczce kaplicy i wypełnił swym dźwiękiem okolicę, choć nikt nie pociągał za zbutwiały sznur. A spisujący te legendę opatrzył ją taki epitafium: „Zbyt ciężki jest człowiek dla słabych ramion Aniołów. Może go podźwignąć Krzyż zdolny unieść ciężar człowieka, ulepionego przez Boga z ziemi na swój obraz i podobieństwo.”
*
O pokutnikach czy pokutnicach pozostały tylko legendy. Może dzisiejszy człowiek ma za małe serce i do namiętności, i do grzechu, i do miłości, jak i do pokuty? Oscar Wilde po swoim nawróceniu w więzieniu napisał: „Oczywiście, grzesznik musi się pokajać. Dlaczego? Po prostu dlatego, że inaczej nie pojąłby, co uczynił. Moment skruchy jest momentem inicjacji. Więcej -jest sposobem, w jaki człowiek zmienia swoją przeszłość. Grecy uważali to za niemożliwe. W swoich gnomicznych aforyzmach często powtarzają, że „nawet bogowie nie mogą zmienić przeszłości". Chrystus pokazał, że może tego dokonać najpospolitszy grzesznik - że jest to jedyna rzecz, jaką może uczynić".
skomentuj (1)
2009-11-26 21:39:26
MACIUPKI I DROBINKI
„A jeśli żył ktoś niezauważenie…” Nieśmiali – zdają się lękać, że mogliby gdzieś cokolwiek znaczyć, a tak naprawdę (nieśmiało) tego pragną.
*
W pewnej krainie żył Maciupek – bardziej samotny niż czuł – gdy wieczorem zapalał wszystkie lampy i chował się pod kołdrę ze strachu, a w pobliżu inne stworzonka pocieszały się wzajemnie, bo gdzieś zawodziła straszna Buka. Maciupka nie miał jednak kto pocieszyć. Którejś więc nocy czmychnął w mgłę, w której jakby się schował przed wszystkimi. Był bowiem zbyt nieśmiały, by kogoś pozdrowić, więc stawał się też zbyt niewidoczny, by ktoś mógł odnaleźć w nim przyjaciela. Choćby taki Włóczykij, który na troski miał piosenkę. Mijał więc Maciupek tańczące i bawiące się stworzonka lub stawał na uboczu pragnąc, by ktoś podszedł i go pocieszył lub zaprosił. Na brzegu morza znalazł śliczną białą muszlę, ale nie miał komu jej pokazać. I wtedy fala wyrzuciła butelkę z listem: „…boję się bardzo Buki i nie mam nikogo…Spróbuj mnie pocieszyć, gdy nadchodzi noc, jeśli jesteś silny i miły…Jestem małą Drobinką…pamiętaj o mnie…” Jak nagle ten list - pierwszy w jego życiu - odmienił Maciupka! Poczuł się mocny i radosny, wykąpał się w morzu, wyrzucił wszystko z torby i popłynął na niej. A noc była śliczna, choćby dlatego, że on Maciupek spieszył, by kogoś bronić i pocieszyć. I wszystko zdawało mu się nowe. Tym śmielej rozpytywał o Drobinkę, bo wiedział, że ona się bardziej boi niż on. I kiedy zjawiła się potworna Buka, najgorsze to, co Maciupek znał, gniewnie i bojowo zatańczył i rzucił się na nią przepędzając… bo patrzyła na Niego ze skały Drobinka. I wtedy nogi ugięły się pod Maciupkiem, gdy spojrzeli na siebie, Chciał uciec i napisać to, co mógł jej powiedzieć, o samotności, strachu i muszli, ale mu nie wyszło, chyba, że ktoś mu pomógł… A kiedy Drobinka to przeczytała, rzuciła mu się w ramiona wołając: „Zapomnij o tym, chcę z tobą zbierać muszle, nie bać się i pocieszać się wzajemnie, bo wszystko jest przed nami!” I wtedy białe róże stały się czerwone…
*
Nieśmiałość może być lękiem (nawet chorobliwym), ale może być też poddawaniem się paraliżowi…wyobraźni, gdy chce się wypaść lepiej niż można. Może być też zamaskowanym samolubstwem, przejęciem się sobą tak dalece, że nie zrobi się gestu, nie powie się słowa, nie wejdzie się w przyjaźń, nie pokocha kogoś w obawie przed ośmieszeniem. - Fałszywy więc i lęk, fałszywy wstyd i fałszywy obraz siebie i innych. I udręka niezauważalności.
*
Zza tej zasłony trzeba dojrzeć kogoś wartego pocieszenia, by samemu zostać zauważonym i pocieszonym.
skomentuj (2)
2009-11-21 15:20:00
SERCE JAK ZŁOTO
Ile jest w tobie z człowieka, powiedz… Jak zmierzyć to, sprawdzić, dowieść? To stare baśnie rysują wyraźnie różnice między człowiekiem i bestią, ucząc człowieczeństwa. I one odkrywają czasem w bestii człowieka, którego przebudził ktoś tego miana godny.
*
Nad rzeką, wśród kilku starych wierzb, mieszkał mnich-pustelnik, który za przyjaciół miał samotność, książki i sroki. Kiedyś jedna ze srok pokazała mu w dziupli wierzbowej spory mieszek złotych dukatów. Mnich położył dłoń na wierzbie i westchnął ku niebu: „Boże, spraw, aby to złoto trafiło do kogoś, kto szanuje ojca i matkę.” Usłyszał to przyczajony nieopodal Łotrzyk i ujrzał zdumiony, jak ta wierzba wali się do wody i płynie z prądem. Ruszył więc za nią medytując na swoim dziwnym sercem – na poły okrutnym i czułym. Kochał złoto, ale i marzył, by mieć serce, jak złoto. Za płynącym pniem trafił pod most, na którym stali poborcy opłat, a pod nim pracowali jacyś ludzie, którzy przyciągnęli żerdziami pień chcąc go sprzedać. I jakoś napatoczył się kupujący – poczciwy szewc – który uradowany niską ceną, załadował pień na wóz i ruszył do domu. Łotrzyk za nim, prosząc o nocleg w jego domu. Szewc zgodził, a gdy zaczął rąbać drwa, z pnia posypały się złote dukaty. Łotrzykowi zaświeciły się oczy, a szewc rzekł: „To pewnie znak od Boga, że mam się tym z tobą podzielić. Bierz.” Ale w łotrzyku odezwała się ta dobra połowa serca i powiedział: „Niebo pewnie chce wam za coś wynagrodzić. Zresztą, macie rodzinę, a ja jestem sam. Nie chcę złota. Przenocuję i ruszam dalej.” I zaraz przeklął pod wąsem tę swoją dobrą stronę serca. A gdy szewc wyszedł kupić coś do jedzenia, Łotrzyk wszedł do izby z kominkiem, chcąc sam się podzielić złotem. I wtedy poczuł mokro pod oczami, bo przy kominku z palącymi się wierzbowymi drwami, siedział para staruszków pomarszczonych jak wierzbowa kora, z włosami białymi jak śnieg i trzymali się za ręce. Byli to rodzice szewca. Kiedy Łotrzyk zaczął się usprawiedliwiać, usłyszał od nich, jak dobrego syna mają. I wtedy dobra strona serca szepnęła mu: „Tak, ten człowiek naprawdę szanuje starych autorów swoich dni.” Ale zaraz ta zła strona zaczęła w nim przeklinać jego rozczulenie… Szewc wrócił i wziął się za pieczenie chleba, a do jednego bochenka dyskretnie wsunął garść dukatów. Zjedli razem dobrą kolację, a w nocy, gdy wszyscy spokojnie spali, łotrzykowe serca obracało się raz tą, raz drugą stroną. Rano Szewc obdarował go na drogę bochenkiem chleba. Kiedy Łotrzyk wszedł na most i zażądano od niego opłaty, oddał zamiast niej ów chleb. Godzinę potem, poborcy przyszli do szewca po buty i mówiąc: „Ty masz dzieci, żonę i starych rodziców, więc weź ten chleb, bo nie masz go za dużo.” I podczas kolacji szewc odnalazł w nim ową garść dukatów dla Łotrzyka.
*
Chyba tylko wobec starych rodziców (jacykolwiek by nie byli) można wykazać się zapomnianymi już cnotami, jak: wspaniałomyślność, hojność, wyrozumiałość, cierpliwość, wielkoduszność, wdzięczność… Zamiast podążać za modą na obwinianie swoich rodziców za wszystko i wykazywanie im, jak zbędnym i kłopotliwym są ciężarem. A idąc za morałem baśni – to, co się ma (lub nie ma) dla rodziców, odnajdzie się (lub nie) u swoich dzieci i wnuków.
skomentuj (3)
2009-11-18 13:40:32
W RĘKACH ANIOŁA
Prawdziwą swą wartość ujrzysz nie w lustrze, ale w darze z siebie – w tym, co wspaniałomyślnie oddasz komuś, kto dać ci nic nie może.
*
W pewnej baśni, do wrót chałupy chorego i opuszczonego starca, zapukała dziewczynka – sierota. Kiedy dał jej coś zjeść i jakieś odzienie, mała z miotłą i ścierką zabrała się za porządki. Za parę godzin w chałupie było czysto jak nigdy dotąd. A kiedy chciała sobie pójść dalej, starzec poprosił ją, by została. Tak się stało i dość szybko pokochał ją jak córkę. Trudno powiedzieć, czy była ładna, bo zawsze jakoś zakrzątana i zatroskana, a twarz często zasłaniały jej bujne i długie włosy w kolorze słońca. Dlatego nazwano ją Słonecznicą, bo i miała w sobie to ciepło, blask, radość wobec każdego. A potrzebujących tego potrafiła odszukać w całej okolicy i udzielić z siebie czegoś, co przynosiło ulgę czy pociechę. Dziewczyna wyrosła już ponad słoneczniki w ogrodzie, gdy nawiedził tamtą krainę głód. Mimo, że mieli trochę zapasów, to szybko je rozdała bardziej potrzebującym. Wkrótce nie mieli już nic. Słonecznica siedziała więc u stóp swojego przybranego ojca i śpiewała mu, by zapomniał o niedoli. Wtedy ktoś zastukał do drzwi i stanął w nich starzec tak obdarty słaniający się na nogach, że biedniejszego nie było chyba od początku świata. – „Nie mamy nic, czym cię możemy wspomóc czy ugościć.” – powiedziała Słonecznica. – „Ja proszę tylko o jakąś koszulinę na grzbiet” – powiedział gość. – „Ale na Boga, nie mam nic takiego” – odrzekła ona. A on: „Masz, dziewczyno. - Masz te piękne złote włosy. Daj mi je, to utkam sobie koszulę.” Zapłakała Słonecznica nad swoim skarbem, lecz sięgnęła po nożyce i oddała włosy biedakowi. A ten podszedł do warsztatu tkackiego i zaczął te włosy rozplatać, splatać i tkać… Powstająca tkanina była tak złocista, że patrzeć na nią trudno było. Biedak zarzucił ją w końcu na ramiona, podziękował i ruszył przed siebie. Słonecznica z ojcem stali w progu i nie mogli uwierzyć, jak tamten wyprostował się i szedł coraz bardziej majestatycznie. A owa złocista tkanina rosła na nim i powiewała, aż zaczęła unosić go w górę, zamieniając się w złocistą chmurę, a potem w niewyobrażalnie piękną gwiazdę. Oboje więc uklękli i pochylili głowy słysząc, jak ktoś ich błogosławi głosem i z gwiazdy Anioła.
*
Każdy z nas, mając coś w sobie czy u siebie - nie doceniając tego lub przeceniając - nie wie, kiedy przebrany Anioł przyjdzie go o to poprosić i z czym odejdzie. I czy to coś zostanie zmarnowane, bo zatrzymane, czy przemienione w wieczne złoto, bo oddane. Wszystko zależy od tego, do czego się przedtem przywykło…
skomentuj (5)
2009-11-14 22:07:21
TOŻSAMA
Przy tym uprawianym teraz kulcie młodości, mamy coraz więcej dziewczyn w różnym wieku, ale coraz mniej porządnych mam i babć. Dlatego nie tylko dzieciom robi się jakoś nieswojo…
*
Jest taka baśń o jednej rzece na Wschodzie, która spełniała ponoć te ludzkie prośby, które były tego godne. Bywało nawet, że przywracała młodość ludziom sędziwym. Kiedyś na jej brzegu spotkały się dwie kobiety. Bardzo młoda dziewczyna, zwykle roztańczona, roześmiana i oczarowująca swoją urodą, i stuletnia staruszka, przygięta do ziemi. Staruszka, patrząc na dziewczynę, rzekła ze smutkiem: „Szkoda, że uroku twojej młodości przeminie.” Na to dziewczyna: „Nigdy. A jeśliby nawet, to rzeka mi ją przywróci.” A staruszka: „Może? Ale tylko dwa razy. Ja ją już o to nie proszę.” Za rok dziewczyna została wydana za śmiałego, młodego rybaka i byliby szczęśliwi, gdyby nie musieli czekać aż 20 lat na narodziny synka. Kiedy on wreszcie przyszedł na świat, rybak wyruszył na połów i już nie wrócił. Fale wyrzuciły tylko strzaskaną łódź. Kobieta została z synkiem sama i jakoś opędzała się od biedy ciężko pracując na dziecko i siebie. Kiedyś pochyliła się nad wodą i nie mogła rozpoznać siebie w odbitym tam obrazie starej, pomarszczonej, bezzębnej kobiety. Dziwne, bo wtedy pojawiła się znów przy niej tamta staruszka mówiąc: „Pewnie pragniesz, by rzeka przywróciła ci młodość i urodę? Odgaduję to. Idź więc w górę rzeki i módl się o to gorąco. Jednak nie wiem, czy cię to uszczęśliwi.” Kobieta poszła w kierunku źródeł rzeki, a gdy z modlitwą zanurzyła się tam w wodzie, wyszła już tak piękna jak niegdyś. Biegła teraz tanecznie do domu i gdy weszła tam, jej zapłakany synek zapytał ją, czy nie spotkała jego matki. I na nic się zdały jej zapewnienia, że ona jest jego matką. – „Nie! Jesteś obcą dziewczyną!” – krzyknął synek i pobiegł do sąsiadki wtulając się w jej suknię. Kobieta rozpłakała się i ruszyła z powrotem. Kiedy jeszcze goręcej modląc się weszła do wody, to wyszła już jako siwowłosa kobieta. Kiedy zbliżała się do domu, synek wybiegł ku niej z wołaniem: „Mamo! Znów jesteś! Mamo!” Ponoć potem już więcej nikomu rzeka nie przywróciła młodości.
*
Ileż teraz kobiet robi wszystko, aby wrócić do swojej młodości (choćby fenomen „Naszej Klasy”) i aby na pierwszy rzut oka wyglądać na 20, no…na 30 lat, czyli jak najdłużej jawić się, jak dziewczyna. Jednak czy jej bliscy odnajdują w niej przytulność, stateczność, swojskość i mądrość dojrzałości? A może i jej samej nieswojo z tą młodością z odzysku, bez własnej tożsamości? Nie byłoby barw i owoców jesieni, gdyby drzewa uwzięły się być zielone.
skomentuj (4)
2009-10-01 21:07:55
TĘSKNICA – CHOROBA DUSZY
„Mrok na schodach, pustka w domu – nie pomoże nikt nikomu.” Jest taki smutek duszy, który ją pęta, jak w pajęczynowy kokon owija i pogrąża w bezruchu, podczas gdy ciało gorączkowo podąża za błąkającymi się gdzieś pragnieniami.
*
Nazywano to demonem południa lub acedią i sądzono, że jest to choroba mnichów dająca o sobie znać w najgorętszą porę dnia lub gdy życie wchodziło w przesilenie i zanikała nadzieja, wola i impet życia, a w serce zakradała się dziwna gnuśność. W tym dziwnym stanie – choroby czy grzechu – nienawidziło się tego, co jest, a pożądało tego, czego nie ma. Miało się upodobanie w tym, co powinno budzić wstręt, a czuło się wstręt do tego, co trzeba było kochać. Było to jakieś dziwne zauroczenie pustką, nicością, zniesmaczenie rzeczywistością i życiem. Można powiedzieć, że teraz na ową chorobę cierpi mnóstwo ludzi, sądząc często, że to depresja.
*
Jeden z przewodników po kopalni soli w Wieliczce, kiedy ktoś zatrzymywał się nad jeziorem przy kaplicy św. Kingi i wpatrywał się w nieruchomą wodę, przestrzegał go, że może nabawić się przez to „tęsknicy” – choroby duszy, na którą zapadają ludzie kochliwi i melancholijni. A to dlatego, że woda w owym jeziorze była wodą „smutną”, bo zastygłą w bezruchu. Nie unoszącą się w parze ku niebu, nie zamieniająca się w obłoki, a potem w deszcz. Nie było w niej ani żab, ani ryb, nie unosiły się nad nią ważki. A przede wszystkim nie odbijała w ona sobie nieba i nie znała słońca, dlatego może przyciągała tych, co zatrzymywali się nad nią z latarkami oświetlającymi ich twarze, które obijały się w martwej tafli owej wody. I ona wsączała wtedy w ich duszę tę „tęsknicę” – opętanie marzeniami za niewiadomo czym, jakieś otumanienie, niepokój, zbłąkanie pragnień. Górnicy wieliccy, którzy na to zapadli, nie nadawali się już ponoć do pracy w kopalni i częściej ulegali wypadkom. Ów przewodnik pokazywał też ławkę nad tym jeziorem nazwaną „dla wybrańców Amora”, czyli dla ludzi kochliwych, sentymentalnych, zapatrzonych w siebie samych, czyli szukających luster także w innych, a tu skłonnych do wpatrywania się w tę martwą toń. I czasem komuś opowiadał o jednym Sylwku, cieśli górniczym, który ponoć stracił miłość swojej dziewczyny, więc siadywał nad tą wodą wpatrując się w nią, jakby twarzy tej dziewczyny w niej szukając. I choć pracował potem z dala od jeziora, to wciąż nad nie powracał, jakby czymś zauroczony i przeraźliwie smutny. Kiedyś jeden z górników usłyszał głośny plusk wody. Kiedy podbiegł i poświecił lampą ujrzał tylko czyjeś buty. W tej wodzie nasyconej solą jednak trudno było się utopić. Wyciągnął za te buty owego Sylwka, który uwiązał sobie u szyi duży kawał soli… Odratowano go i przeniesiono do pracy na powierzchni. Ponoć słońce go po jakimś czasie wyleczyło.
*
Nieruchoma, martwa woda, która nie odbija w sobie nieba – to obraz duszy uwiedzionej jakimś smutkiem, beznadzieją, gnębionej jakąś gorączką i pragnieniami bez spełnienia. Ojcowie pustyni dość dobrze tę chorobę opisali, a teraz zajmują się nią psychoterapeuci, lecz nie szukając jej przyczyn w duszy, a uleczenia w Łasce, w zwróceniu jej ku Niebu i Bogu. Kto bowiem odwraca się od Nieba, widzi wszystko w barwie rzucanego na to własnego cienia, coraz bardziej mrocznego. A pozostawione za plecami Anioły płaczą…
skomentuj (10)
2009-09-12 21:48:40
WOLA BOSKA I MOJE DZIECKO
Małe słówka: „mój”, „moja”, „moje” – jak wielkie mogą mieć znaczenie, bo i schronieniem być, i więzieniem. Ileż nieszczęść wzięło się z pragnienia i usiłowania posiadania kogoś, przywiązania go do siebie, związania jego myśli i duszy. Jakże więc trudno powiedzieć komuś kochanemu: „nie jesteś mój, bo jesteś swój, a jeśli swój, to Boży…” Matkom chyba to najtrudniej…
*
Pewna baśń opowiada, że w środku surowej zimy matka siedziała przy łóżku swojego bardzo chorego dziecka, wsłuchując się w jego slaby oddech. I wtedy do drzwi zapukał zmarznięty starzec. Matka wpuściła go pytając, czy czasem Bóg nie chce jej zabrać jej dziecka, nie wiedząc, że starzec był śmiercią. Zasnęła w końcu przy dziecku, a gdy otworzyła oczy, nie było już starca i dziecka. Wybiegła, by ich szukać i napotkała kobietę-noc, która za wskazanie, gdzie poszli, kazała sobie śpiewać wszystkie łzawe kołysanki. Potem matka napotkała cierniowy krzew, który za wskazanie, gdzie poszła śmierć, kazał matce mocno przytulić siebie do jej piersi, aż wypuścił zielone liście i kwiaty. I wtedy na drodze stanęło matce jezioro, które chciała wypić, ale które zażądało jej oczu podobnych do pereł. Matka oddała oczy, a fala przeniosła ją na drugi brzeg. I wtedy stanęła przed domem śmierci, napotykając pod nim grabarkę, zdumioną tym, jak matka mogła się tu dostać. Ona odpowiedziała, że z pomocą miłosiernego Boga i chce śmierć prosić o miłosierdzie. Grabarka powiedziała, że śmierć zaraz się zjawi, ale że matka, choć ślepa, może w rosnących tu roślinach usłyszeć serce swojego dziecka, ale ma jej oddać swoje piękne czarne włosy w zamian za siwe. Matka oddała i teraz szła po omacku między najrozmaitszymi drzewami, krzewami, kwiatami, nasłuchując bicia ich serc. I rozpoznała serce swojego dziecka w małym, chorym krokusie. I wtedy zjawiła się śmierć, zdumiona, że matka przybyła tu prędzej od niej. Usłyszała tylko: „Jestem matką.” A kiedy śmierć wyciągnęła rękę, by zerwać mały krokus, matka chwyciła ją za ręce, lecz mroźny powiew obezwładnił ręce matki. I matka odwołała się do Boga, lecz śmierć powiedziała, że czyni tylko to, co On chce i jest tylko stróżem tego ogrodu, przesadzając stąd kwiaty do wielkiego rajskiego ogrodu. Wtedy matka zagroziła, że jeśli śmierć nie odda jej dziecka, to powyrywa wszystkie rośliny dokoła i chwyciła dwa kwiaty…. - „Unieszczęśliwisz wtedy inną matkę – powiedziała śmierć – ale oddam ci twoje oczy, byś coś zobaczyła.” I wskazała na studnię, w której można było ujrzeć losy obu istot. Jedna była błogosławieństwem dla innych, a druga przekleństwem, a życie jej było tylko nędzą i zbrodnią. – „Który kwiat ma być szczęśliwcem, a który nieszczęśnikiem?” – zapytała matka. Śmierć jednak nie odpowiedziała, zdradzając jedynie, że jednym z tych kwiatów, było jej dzieckiem. I wtedy matka zawołała: „To raczej je zabierz i ocal oraz zapomnij moje łzy i modlitwy!” I na kolanach, płacząc, zwróciła się do Boga: „Nie słuchaj mnie, jeśli modlę się przeciw Twej woli. Ona jest dobra. A mnie nie słuchaj!” I śmierć odeszła do nieznanej krainy z jej dzieckiem na rękach.
*
Pisał pewien mędrzec: „Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi i chociaż z wami przebywają nie należą do was. Możecie je obdarzyć miłością, ale nie waszymi myślami. Możecie dać schronienie ich ciałom, ale nie ich duszom, albowiem ich dusze zamieszkują dom jutra, do którego nie możecie wstąpić nawet w snach… Jesteście łukami, z których wystrzelono wasze dzieci, jak żywe strzały. Albowiem Ten, który kocha lecącą strzałę, nie mniej miłuje nieruchomość łuku.”
skomentuj (7)
2009-08-26 20:23:21
ZA SZEROKO, ZA WYSOKO, ZA GŁĘBOKO?
„Niekiedy budzi się w nas myśl i każe nam się wzbijać wzwyż,
nie polecimy, no bo jak, zwłaszcza że skrzydeł jakby brak…”
*
Żeby naprawdę żyć, rozwijać się, dojrzewać (do samej śmierci), to trzeba wciąż powiększać: horyzont naszych myśli, głębokość naszego serca i przestrzeń naszej duszy. Czy tak jest? Chyba nie bardzo, bo coraz rzadszą staje się wielkoduszność i wspaniałomyślność, a coraz częstszą małoduszność i małostkowość. Życie więc staje się nijakie lub byle jakie - takie kisnące w ciepłym kącie, choćby nawet było zabiegane wokół tysięcy małych spraw. A kiedy czasem przyjdzie jakiś poryw tęsknoty, jakieś tchnienie ducha, pragnienie życia z pasją, to albo się je topi w alkoholu, albo zaczyna się drżeć z lęku, jakby serce i życie były z kruchej porcelany.
*
W baśni „Pasterka i kominiarczyk”, dwie tytułowe porcelanowe figurki stoją sobie na starej, misternie rzeźbionej szafie, pośrodku której jest podobizna satyra o dziwacznej nazwie. Pastereczka jest śliczna, a kominiarczyk aż nazbyt elegancki. Jest też kiwający głową Chińczyk, jakoby dziadek pastereczki. I kiedy ów koźlonogi satyr chce dostać ją za żonę, Chińczyk się zgadza, bo to dobra partia, a poza tym amant jest właścicielem owej pełnej sreber i porcelany szafy. Pastereczka nie chce, bo kocha kominiarczyka, więc z płaczem prosi go, by zabrał ją stąd w szeroki świat, bo tylko tam będzie szczęśliwa. Z pomocą drabiny zaczynają schodzić, ale satyr zauważa ucieczkę, więc chronią się do szuflady, gdzie figury z kart odkrywają tragiczne miłości. Wzruszona nimi pastereczka nie może wytrzymać w szufladzie i koniecznie chce wydostać się na szeroki świat, choć kominiarczyk przestrzega ją, jaki ów świat jest wielki i że tu już nie wrócą. Pastereczka jest gotowa, więc ruszają przez piecowe ruszty do komina, gdzie mimo ciemności, wysoko w górze widać prawdziwą gwiazdę, wskazującą im drogę. Pną się mozolnie wyżej i wyżej, aż w końcu siadają sobie na brzegu komina. Nad nimi błyszczy tysiące gwiazd, a pod nimi rozpościerają się wszystkie dachy miasta. I wtedy pastereczka wpada w popłoch, bo nigdy sobie tego nie wyobrażała. Zaczyna płakać i prosić kominiarczyka, by ją zabrał z powrotem, bo świat jest za duży i ona tego nie zniesie. Dlatego, jeśli ją kocha, niech z nią wraca. Kominiarczyk tłumaczy, ale nic z tego. I znowu ruszają przez mroczny komin, piecowe rury, aż docierają do pokoju, gdzie widzą rozbitego Chińczyka, który spadł, usiłując ich ścigać. Pastereczka lamentuje nad nim, jednocześnie bojąc się, że sklejony odda ją za żonę koźlonogiemu satyrowi. Na ich maleńkie szczęście sklejony Chińczyk nie może już kiwać głową i dwie porcelanowe figurki mogą się kochać, dopóki się nie roztłuką.
*
Czyż tak nie bywa z nie jedną czyjąś wiarą, gdy ktoś miał już dość siebie, marnego losu, przyziemności i ciasnoty egzystencji, i zapragnął poszerzenia serca i duszy, wystawienia ich na wicher Ducha, na ryzyko utraty namiastek, a zyskania świata i nieba? Ale to był chwilowy zawrót głowy, bo ciepły, swojski kąt zaczął przyzwać z powrotem. Pisał o tym poeta K.I.Gałczyński w „Notatkach z nieudanych rekolekcji paryskich”: „Paryż. I noc. I Notre-Dame. I wiatr. / Na pustym placu sam/ Odprawiam modły do Madonny./ Trzy gwiazdki nad wieżami brzęczą / i drżą. Modlitwa kręci mną / jak wiatr natchniony, wir szalony.(…)A potem: „Nie mogę. Zrozum. Jestem mały /urzędnik w wielkim biurze świata,/ a Ty byś chciał, żebym ja latał/ i wiarą mą przenosił skały./
Nie mogę. Popatrz: to me dzieci,/ śliczna kanapa i dywanik,/i lampa z abażurem świeci,/ i gwiazdka malowana na nim,/ gwiazdka normalna, świeci ziemsko - a Ty byś zaraz - betlejemską!/
Posadę przecież mam w tej firmie / kłamstwa, żelaza i papieru./ Kiedy ją stracę, kto mnie przyjmie?/ Kto mi da jeść? Serafin? Cherub?
A tu do wyższych pnę się grządek / w mej firmie "Trwoga & Żołądek".(..)Gdy wróci noc, znów pójdę sam /na pusty plac przed Notre-Dame /
i cień mój pomknie za mną tam / z wielką walizką rozpaczy.”
skomentuj (2)
2009-08-24 19:06:20
COŚ CZY NIC?
Chciałbym w życiu coś wynaleźć, żeby na co dzień zostało – nie armatę, nie organy, ale jakąś drobnostkę małą… Powszednich rzeczy garstkę… Chciałbym być, jak ten złotnik zakochany, który wynalazł naparstek.
*
Chciałbym w życiu zrobić coś… Coś po sobie zostawić… To pragnienie wiąże się z tym, by zostać przez to kimś, zaistnieć w podziwie ludzi, pozostać w ich pamięci. Bo nie zrobić, nie pozostawić nic, to tak, jakby być nikim – w nic nie wierzyć, nic nie kochać, nie mieć nic, dla czego można byłoby poświęcić życie.
*
Jest taka baśń Andersena „Coś”, zaczynająca się od słów: „Chcę zrobić coś” wypowiedzianych przez Najstarszego brata, dość skromnego, bo myślącego o wyrabianiu cegieł, bez których jednak nie można się obyć. Zdaniem jednak Drugiego brata, to jego coś, to było bardzo mało, bo on chciał zostać murarskim majstrem. Ale dla Trzeciego brata jedno i drugie nic nie znaczyło, bo on chciał być architektem artystą i łączyć rzemiosło ze sferą ducha. Jednak i to coś było niczym dla Czwartego brata, który chciał zostać geniuszem stwarzającym coś większego niż dotychczas i niepowtarzalnego, gmach z piętrem na cześć swojego geniuszu. Ale i to nie było czymś szczególnym dla Piątego brata, który powiedział, że będzie ponad tym i krytykował będzie wszystko, cokolwiek tamci zrobią. I o dziwo, podziwiano go za to, choć z tego nic nie wynikało. I Najstarszy brat wyrabiał cegły za groszowe należności, ale jakoś zbierał ten grosz do grosza i nawet z dobrego serca odstąpił uszkodzone cegły ubogiej kobiecinie, Matce Małgorzacie, która z nich wybudowała sobie na nadmorskiej grobli mały domek. Biedny, trochę krzywy, ze słomianym dachem, ale za to z pięknym widokiem na morze. Pozostałym braciom spełniły się pragnienia, ale dość szybko umierali, łącznie z owym geniuszem, który nie zdołał wybudować owego piętra dla siebie, bo się zabił. Miał jednak piękny pogrzeb i to było też coś. Najdłużej żył brat Piąty, który musiał mieć zawsze ostatnie słowo, ale i on w końcu stanął w kolejce do nieba. A że tam się idzie parami, przypadła mu do pary (chyba dla kontrastu) owa biedna matka Małgorzata. Na jego pytanie odpowiedziała, że w swoim życiu nie zrobiła nic, co mogłoby jej otworzyć bramy nieba. A opuściła świat przedwcześnie, choć już ciężko chorowała tej zimy, kiedy morze zamarzło tak, iż ludzie urządzili sobie na lodzie wielką zabawę. Ona słyszała muzykę, okrzyki, śpiewy ze swojego łóżka. Ale kiedy pojawił się księżyc, ona właśnie zauważyła dziwną chmurę zapowiadającą sztorm. Rozbawieni ludzie, starsi i młodzi, jej nie widzieli. Ona tylko wiedziała, że sztorm połamie lud i zatopi bawiących się na nim. Zwlekła się z łóżka, stanęła w oknie i zaczęła krzyczeć, ale któż mógł ją usłyszeć? I wtedy poczuła Boże natchnienie, by podpalić łóżko i dom, to ci na lodzie może to zobaczą… Tak też zrobiła, ledwie uchodząc przed płomieniami. Kiedy zajął się dach, ludzie na lodzie zobaczyli pożar i wszyscy ruszyli gacić domek, myśląc, że Małgorzata jest w środku. Parę minut potem zahuczały fale, zaczął trzaskać pękający lód, ale tam już nikogo nie było. Jednak ona nie zniosła chłodu, leżąc na śniegu i tak trafiła pod bramę nieba, nie wierząc, by mogła zostać tam wpuszczona. Jednak to ją wywołał Anioł, wprowadzając do środka, a jedna słomka z siennika, zgubiona przez nią, zamieniła się w złoto wijące się w najcudniejsze wzory. I wtedy Anioł rzekł do Piątego brata: „Patrz, co przyniosła tu ta kobiecina, a co przynosisz ty… Lepiej byłoby ci wrócić i przynieść choć jedną cegłę, bo nic ze sobą nie przyniosłeś. Nie ma więc tu miejsca dla ciebie.” I wtedy owa kobiecina zaczęła prosić za nim, by z tych okruchów cegieł od jego brata, uzbierać na tę jedną, by było to dzieło Łaski, bo jest tu jest tej Łaski mieszkanie. Anioł przystał na to, ale ów Piąty brat miał stać pod bramą i tak długo rozmyślać, jak mógł żyć inaczej, aż z tego powstanie jakieś najdrobniejsze coś.
*
Nie jest to jedynie prawda baśni, ale Ewangelii, że to, co tu jest czymś, po tamtej stronie nie znaczy nic. I odwrotnie. Co więc jest naprawdę warte życia? Poeta modli się: „…Jak żyć, by przeżyć godnie odrobinę wrogiego czasu? - Ja, celnik, który kiedyś będę Cię błagał o kromkę wieczności jak o kromkę chleba.”
skomentuj (2)
2009-08-14 15:12:31
CIENIE?
Dlaczego uchodzi z nas chęć, wola, nadzieja życia, jakbyśmy cierpieli na nieustanny krwotok…duszy?
*
Impet, wartość życiu może nadać cel cenniejszy od życia i istniejący dalej niż to życie sięga. Bez tego człowiek żyje jakby w błędnym kręgu, jakby był cieniem samego siebie. W urokliwym filmie K. Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki” są pokazane dwie bliźniaczo podobne dziewczyny, narodzone – jedna w Polsce, druga we Francji. Widzą siebie przez moment, ale kiedy Polka umiera podczas ekstatycznego śpiewu na scenie, Francuzka ma odczucie istnienia, jakby niewidzialnej obecności tej drugiej. Trudno powiedzieć, która jest bardziej rzeczywista, bo wszystko dzieje się w aurze pięknego marzenia sennego, a Veronique obraz swojego życia ma podobny do marionetki, której śmierć i zamianę w motyla pokazuje dzieciom lalkarz, który jakby podobnie chciał kierować jej życiem. Wszystko jest piękne, ale tak nierzeczywiste, jak różne opowieści New Age o jakichś wcieleniach, wędrówkach dusz, reinkarnacji…
*
Jest taka przypowieść o młodym kowalu, który prócz wyrabiania sierpów, pługów, podkuwania koni – lubił z całego serca i płuc śpiewać. Zwłaszcza jedną, najpiękniejszą Pieśń o Rajskiej Krainie. Słuchaczom zdawało się, że coraz lepiej znają ową Krainę i pytali, czy ona istnieje naprawdę, czy tylko w pieśni. A on z całą pewnością stwierdzał, że jest ona najprawdziwszą z prawdziwych, choć nigdy w niej nie był. I słuchacze wierzyli, choć pomiędzy wątpiącymi była dziewczyna, którą Kowal pokochał i pewien Płatnerz, który zaczął go namawiać, by ją odszukał i opowiedział jeszcze więcej niż śpiewał. Kowal wzbraniał się, mówiąc, że nie ma do tego prawa. Jednak, gdy sama Dziewczyna postawiła mu warunek, iż zaufać mu może, a więc i wyjść za niego, jedynie wtedy, gdy Kowal pójdzie i odnajdzie ową Krainę. I ten wyruszył. Musiał pokonać jedną, drugą, trzecią niebotyczną skalną ścianę i odkrył nagle bliźniaczą wieś, z której tam przyszedł i takich samych mieszkańców… Po wielu tygodniach wrócił do tej swojej wsi i stanął przed zbiegowiskiem ciekawym jego opowieści. A on wyglądał, jakby postarzał się o kilkanaście lat i zmęczonym głosem opowiedział, że odkrył tam taką samą wieś jak ta i mieszkańców, ale że ci tutaj, są jedynie cieniami, odbiciami tamtych. Pomyślano, że Kowal postradał zmysły. Dziewczyny wyszła za Płatnerza, a Kowal w oka mgnieniu się postarzał i zmarł. Dziwne, bo ludzie, którzy wysłuchali z wiarą jego opowieść, podobnie jak szybko postarzeli się i poumierali. Potem mówiono, że kto tylko usłyszy tę opowieść, traci wolę życia i umiera, i że nie należy jej opowiadać.
*
Teraz, kiedy w kościołach tak rzadko mówi się o życiu przyszłym, o tym, że każdy z nas ma osobne istnienie, imię, cel, miejsce po tamtej stronie, to różni magicy łudzą nas mglistymi opowieściami o czymś, gdzieś, jakoś… A żadna z nich nie ma takiej mocy, by człowiekowi chciało się żyć i to pięknie, i czuć pasję życia, jak i w końcu umierać, by tak otrzymać tam jedyne, niepowtarzalne Życie, o jakim dał znać Jedyny Zmartwychwstały.
skomentuj (2)
2009-07-27 10:42:57
WĘDRÓWKA
Jeśli życie jest nieustannym ruchem, to bezruch – także myśli, serca, sumienia, duszy – można nazwać umieraniem. Jednak ruch bez celu i reguł może być rodzajem obłędu. Życie więc – nasze życie – winno być wędrówką z jasno określonym celem i sposobem wędrowania.
*
Samo nasze narodzenie jest wyjściem, ale i wyruszeniem. Zaczyna się bowiem czas odchodzenia od piersi, od kolan, od fartucha matki... Potem czas wychodzenia z domu na krótsze i dłuższe wyprawy, po których dom już jest innym domem. Jest też czas pierwszej ucieczki z domu, z ciasnej obręczy czyichś ramion, z klatki obowiązków i przymusów. Jest w końcu czas na wielką podróż w nieznane - jak w baśniach - po wodę życia albo po to, by odkryć swoje prawdziwe imię. Swoista Odyseja jest wyzwaniem dla każdego mężczyzny, ale nie każdy lub niewielu to rozumie i wyrusza. Jednak wśród tych, którzy wyruszają, wielu wędrówkę zamienia we włóczęgę bez celu. A wezwanie do walki z żywiołami (wokół i wewnątrz siebie), wielu zamienia w zwyczajne awanturnictwo. A kobiety, które trzeba uwolnić czy zdobyć – wielu zamienia w przygody i ucieka od nich. I tylko bardzo niewielu nie zapomina o Itace, nie zrywa mocno naciągniętej nici wierności, nie wymazuje z serca tej jedynej twarzy.
*
Jeśli wyruszasz w podróż do Itaki,pragnij tego, by długie było wędrowanie,
pełne przygód, pełne doświadczeń.
(…)
Pragnij tego, by wędrowanie było długie:
żebyś miał wiele takich poranków lata,
kiedy, z jaka uciechą, z jakim rozradowaniem,
będziesz podpływał do portów, nigdy przedtem nie widzianych;
(…)
aby uczyć się i jeszcze się uczyć – od tych, co wiedzą. Przez cały ten czas pamiętaj o Itace.
Przybycie do niej – twoim przeznaczeniem.
Ale bynajmniej nie śpiesz się w podróży.
Lepiej, by trwała ona wiele lat,
abyś stary już był, gdy dobijesz do tej wyspy,
bogaty we wszystko, co zyskałeś po drodze,
nie oczekując wcale, by ci dała bogactwo Itaka.
Itaka dała ci tę piękną podróż.
Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już ci dać nie może.
A jeśli ja znajdujesz ubogą, Itaka cię nie oszukała.
Gdy się stałeś tak mądry, po tylu doświadczeniach,
już zrozumiałeś, co znaczy Itaka” (Konstandinos Kawafis)
A Herbert dodaje:
"Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem
Jeżeli już będziesz wiedział zamilcz swoją wiedzę.”
*
Spacerowiczów, włóczęgów, turystów...jest wielu, ale prawdziwą podróż podejmuje tylko wędrowiec i pielgrzym, który ma jakieś święte miejsce, jako cel wędrówki. Święte miejsce domu, do którego wraca się z wodą życia dla kogoś. Święte miejsce swojej własnej Ziemi Obiecanej. Święte miejsce odkrytej i oswojonej najdzikszej i najbardziej rozległej krainy swojej duszy i serca. Bez takiej podróży nie pozna się własnego imienia, ani imienia swojego losu. I nie ujrzy się naprawdę tej Jedynej Twarzy, która jest Itaką...Ojczyzną, Domem... „Bądź wierny. Idź” (Herbert)
skomentuj (1)
2009-06-24 13:50:45
PERŁY PRZED…
Duszę karmi się pięknem, ale raczej z daleka od barów, bazarów i banków…
*
Kiedy wysłano go na misyjną placówkę na jedną z wysp Polinezji, miejscowi poławiacze pereł, widząc, że lubi pływać, nauczyli go nurkować w poszukiwaniu kolonii perłopławów. Pokazali mu nawet rodzaj piasku na dnie, ze szklącymi się i ostrymi ziarenkami, które wpadając do muszli perłopławu, sprawiały mu ból, więc on otaczał je masą perłową i tak powstawały perły. Z czasem zaczął nurkować sam, choć ostrzegano go przed rekinami, w których szczękach zginął już nie jeden poławiacz. On nurkował nadal, bo te parę pereł, które znalazł miało dla niego jakąś szczególną drogocenność, czy to poprzez ten cierpienie perłopławu, czy przez ryzyko natknięcia się na rekina, czy ból płuc, podczas poszukiwań, gdy nurkował bez butli na większą głębokość. Kiedy w swojej kolekcji miał już siedem naprawdę pięknych okazów, przestał nurkować, nie chcąc igrać ze śmiercią. Nie po to tam przecież pojechał. Obiecał sobie, że te perły da całkiem darmo komuś bardzo smutnemu, ale na razie takiego kogoś nie napotykał. Potem przeniesiono go do Nowej Gwinei, do misji w buszu. Nie wielu było tam chrześcijan, a spotykało się tam jeszcze bardzo dzikie plemiona. Kiedyś, podczas jednej z wypraw, złapała go w drodze tropikalna burza i pobłądził w buszu. Napotkał tam właśnie niedużą wioskę z półdzikimi mieszkańcami. Choć starał się do nich uśmiechać, to nie napotkał wzajemności na żadnej twarzy. Ci ludzie wyglądali, jakby przykurczeni w sobie, przyczajeni… Ich trzcinowe chaty były sklecone byle jak, malunki na ciałach też niedbałe. I ten smutek na twarzach z wyrazem jakiegoś głodu, choć jeść tu chyba było co. Miał te perły przy sobie. Wyjął je, rozłożył na dłoni, którą wyciągnął do najważniejszego z nich. Spodziewał się, że tamtemu zapłoną z zachwytu oczy, ale nie… Tamten wziął jedną, włożył do ust i usiłował rozgryźć. Zaraz wypluł ja na ziemię. Potem inny zrobił to samo, i jakaś kobieta. Zaczęli coś wykrzykiwać w niezrozumiałym narzeczu. A gdy usiłował im jakoś dać do zrozumienia, że pereł się nie jada, zaczęli go okładać pięściami i źgać ostrymi dzidami. Poturbowany, leżał potem na skraju wioski i opatrywał rany. Podeszło do niego małe dziecko z dwiema jego perłami, bawiąc się nimi z jakimś nieśmiałym grymasem w rodzaju uśmiechu. Dało mu jedną perłę, a potem wyciągnęło z woreczka na brzuchu parę ziaren tej samej wielkości, biorąc je do ust i jedząc. Kiedy dziecko poczęstowało go tym, wziął ziarno i poczuł smak grochu. – To z grochem pomylili moje perły – pomyślał. I wtedy nagle dotarło do niego olśniewające zrozumienie słów Jezusowych: „Nie rzucajcie pereł przed świnie, żeby odwróciwszy się nie rozszarpały was.” – Ciekawe, czy gdyby zobaczyli, ile grochu mogą dostać za jedną z nich, czy nie zaczęliby wręcz ich pieścić wzrokiem i w palcach- pomyślał. Ale temu dziecku ta perła podobała się, choć nie miało pojęcia o jej wartości… Uśmiechnął się do niego, pomimo bólu… Nieśmiało odpowiedziało.
*
Dla wielu ludzi, niekoniecznie półdzikich, coś nabiera wartości tylko wtedy, gdy to można zjeść, sprzedać lub zaimponować innym. Szkoda, bo obca jest im radość, jaką piękno ma samo w sobie, bez etykietki z ceną czy marką.
skomentuj (6)
2009-06-16 16:38:46
BUSZUJĄCY W ZBOŻU
- „Trzeba naprawdę wiary, by w jednym ziarnie, w nasieniu, ujrzeć całe pokolenia owoców” – powiedział ogrodnik. – „I nadziei, że ktoś dojrzewania ziaren nie zatrzyma na kwitnieniu.” – dopowiedziała kwiaciarka.
*
Przypowieść, to nie jest opowieść, baśń czy serial o kimś tam, gdzieś tam, czy kiedyś tam. Przypowieść, według powiedzenia „Nie pytaj komu bije dzwon, bo bije on tobie”, jest jakby WIEŚCIĄ (nowiną, wiedzą , mądrością) dla mnie, do mnie i o mnie – tu i teraz. I dlatego czasem bardziej dotyka, bo...dotyczy. W Piśmie świętym częstym obrazem przypowieściowym jest: ziarno – dojrzewanie - owocowanie. W przyrodzie jest to oczywiste i naturalne. Ale już mniej w odniesieniu do ludzi, zwłaszcza współczesnych, którzy ulegając kultowi młodości, woleliby samo kwitnienie bez owocowania, pożądając rozkoszy i piękna kwiatu, a odrzucając owoc, zwłaszcza owoc tzw. miłości. Stąd może coraz więcej pustych kołysek, półsierot i sierot – małych i dużych.
*
W powieści J.Salingera „Buszujący w zbożu”, Holden, dorastający chłopak, filut i szałaput, właśnie wyrzucony ze szkoły i chcący uciec gdzieś na koniec świata, rozmawia ze swoją dużo młodszą siostrą Phoebe. Ona uświadamia mu nagle, że on nikogo nie lubi i zadaje mu pytanie: „Czym byś lubił być w życiu?” Holeden nie chce zostać adwokatem jak ojciec, bo adwokaci przeważnie zbijają forsę, a jeśli kogoś bronią, to dla kariery. I nagle Holden pyta Phoebe: „Znasz piosenkę „Jeśli ktoś napotka kogoś, kto buszuje w zbożu”? I opisuje swoje marzenie: „Wyobraziłem sobie gromadę małych dzieci, ktore bawią się w jakąś grę na ogromnym polu żyta. Tysiące malców, a nie ma przy nich nikogo starszego...prócz mnie, oczywiście. A ja stoję na krawędzi jakiegoś strasznego urwiska. Mam swoje zadanie: muszę schwytać każdego, kto znajduje się w niebezpieczeństwie, tuż nad przpaścią. Bo dzieci się rozhasały, pędzą i nie patrzą, co jest przed nimi, więc ja muszę w porę doskoczyć i pochwycić każdego, kto mógłby spaść z urwiska. Cały dzień, od rana do wieczora, stoję tak na straży. Jestem właśnie strażnik w zbożu. Wiem, że to wariacki pomysł, ale tylko tym naprawdę chciałbym być.”
*
- Tak, to piękny, ale i wariacki pomysł, jak wiele innych w czas niedojrzałości, w której prym wiedzie często poryw, popis, pustosłowie, jak i pustogłowie, czy pustka serca. Bo gdyby odsunąć romantyczność z tego obrazu, to ktoś zapytałby: A czemu nie zrobić tam płotu nad przepaścią? A czemu te dzieci muszą hasać po zbożu? Dlaczego nie zaprosić więcej strażników? Bo ktoś dojrzały i mądry pomyślałby właśnie i o barierce, o nauczeniu dzieci szacunku do zboża i chleba, o stworzeniu dla nich i z nimi ogrodu, a także schronienia, jeśli jest ich tysiące, a przynajmniej zaproszenia tam wielu strażników. Bo tym cechom niedojrzałego strażnika w zbożu przeciwstawić trzeba cechy dojrzałości: prostotę, wierność, troskę, mądrość i cierpliwość służebności. Ale takich ludzi jest coraz mniej, bo tak wielu chce mieć życie dla siebie, by go użyć, a nie oddać, nie tracić urody, sił, zdrowia w codziennych, nieefektownych zabiegach i troskach.
*
I dlatego jest coraz więcej tych młodszych buszujących i spadających w przepaście. Ale i coraz więcej tych starszych znudzonych i smutnych, bo smutek jest kolorem niespełnienia, a ono jest odmową owocowania.
skomentuj (2)
2009-06-11 10:26:02
BEZ TWARZY?
„Dałbym ci w twarz, ale czy ją masz?” - napisał niezbyt grzecznie fraszkopis, ale dał tak znać, że choć każdy ma jakąś fizjonomię, to twarz chyba nie wszyscy. Twarz bowiem, to i tożsamość, i godność, i jakiś wyraz wnętrza, który budzi respekt.
*
Jest takie opowiadanie o niewidzialnej dziewczynce, którą ktoś w deszcz przyprowadza do domu Muminków, aby mogła znów się pojawić, bowiem będąc pod opieką okropnej, zimnej jak lód i ironicznej ciotki, tak jej się bała, że zaczęła znikać i w końcu widać było tylko dzwoneczek na czarnej tasiemce, zawieszony jej na szyi, by było widać, że ona w ogóle jest. Mała ma na imię Nini i jest jak nikt, jak wyczuwalna zaledwie, niema kupka nieszczęścia... Kiedy spotyka się z ciepłem i serdecznością Mamusi Muminka, zaczyna z wolna pojawiać się, począwszy do łapek i rąbka tabakowo-brązowej sukienki, lecz i zaraz znów zanikać, gdy słyszy ironię czy kpinę. Mamusia szyje jej więc różową sukienkę i takąż kokardę wywiązaną na niewidzialnych włosach i główce. Wtedy już widać na niej przynajmniej to oraz zaciśnięte łapki i nóżki. Dają się też słyszeć pierwsze jej słowa „dziękuję bardzo”. Nini teraz odzywa się, ale jak ugrzeczniony automat z nagranymi zwrotami. Nie potrafi się bawić, skakać, a nawet śmiać się z dowcipów, bo ona w ogóle się nie śmieje i nawet złościć się nie potrafi. Mała Mi patrzy na to odziane na różowo, skulone nieszczęście i mówi: „Nigdy nie będziesz miała własnej twarzy, dopóki nie nauczysz się bić.” Ale to też jest nieznane małej, której w końcu wszyscy dają spokój, a ona podzwaniając wciąż drepcze wszędzie, jak cień, za Mamusią Muminka. Kiedy przychodzą na morski brzeg, Nini płacze, bo morze jest jak na nią zbyt wielkie. Najtrudniej z nią jest rozmawiać, bo brakuje jej twarzy. Jest tylko ta wielka różowa kokarda. I każdy spoglądając w to puste miejsce, czuje się dość nieswojo. Wszyscy myślą, że może to dlatego, że ma ona tę twarz brzydką? Siedzą tak teraz razem na pomoście, a Tatuś Muminka zaczyna się nagle skradać z miną zawadiaki, jakby chciał zepchnąć Mamusię do wody, jak niegdyś w młodości. I wtedy Nini jak błyskawica rzuca się na niego i gryzie tak, że Tatuś wrzeszczy dziko, a Nini z odzyskaną nagle zagniewaną twarzyczką staje w obronie Mamusi, jak mała tygrysica. Muminek patrzy na nią zdumiony i oznajmia wszystkim, że ona jest śliczna....Tatuś Muminka rozciera pogryzione miejsca, a jego kapelusz nagle ląduje w wodzie, a Tatuś za nim... Kiedy wynurza się z uszami pełnymi błota, słychać nagle jasny, dźwięczny i głośny Nini. Ona zaśmiewa się do łez i trudno wręcz uwierzyć, że nigdy tego dotąd nie robiła.
*
Są ludzie bez twarzy, bo ją tracą pod kolejnymi maskami. Są tacy, którzy ją mają wyświechtaną, jak fartuch malarza. Ale są też tacy, którym ich twarzy nie pozwolono się jakby pojawić. Stłamszeni, uznani za nikogo, żadni, usuwający się w cień, wstydzący i bojący się zaistnieć w jakiś określony sposób. Do nich trzeba byłoby skierować te słowa Małej Mi, że nie będzie się miało twarzy, jeśli człowiek nie będzie o nią walczyć, bronić jej aż do zwycięskiego śmiechu, który odsłoni nagle ich piękno i godność.
skomentuj (2)
2009-06-05 17:13:40
DUO
- „Najtrudniej chyba bywa się sobą – mówi pewien aktor – bo kto, u licha, wie, kiedy się naprawdę sobą jest? Nie tylko nam, aktorom, przychodzi przecież pokusa, wcielić się w inną, wyćwiczoną już rolę. Człowiek wciąż siebie kreuje, a życie o wiele bardziej przypomina teatr, niż ogród jordanowski dla nieskażonych jeszcze udawaniem dzieci.”
*
Od dziecka Fabian szczególnie lubił kukiełki, marionetki i pacynki. Nimi najchętniej się bawił, wymyślał dla nich role i kreacje, użyczał im swojego głosu. Już jako siedmiolatek „wystawił” lalkowe przedstawienie z Arlekinem i Kolombiną, bo te dwie pacynki otrzymał od cioci z Francji na urodziny. Świetnie potrafił kryć się za prowizoryczną zasłoną, przez co kukiełki nabierały jakby bardziej „życia” i „indywidualności”. Kiedy Fabian przygotowywał przedstawienie, to tak dalece „wcielał” się w role swoich małych aktorów, że na co dzień zachowywał się, jak jedna, druga, czy trzecia postać z jego teatrzyku. On jakby znikał za nimi. Wróżono mu karierę aktorską, ale on w wieku swoich nastu lat porzucił kukiełki i swój teatrzyk. Pewnie bał się śmieszności. Czasem coś efektownie zarecytował w szkole i to wszystko. Jednak kiedy poszedł na Akademię Sztuk Pięknych, wrócił do tworzenia kukiełek z dużym talentem i fantazją. Jako swoją pracę wykonał cały zestaw kukiełek - postaci do baśni o pajacyku Pinokio. Kiedyś, po obejrzeniu przedstawienia lalkowego z wykonanymi przez niego marionetkami, wpadł na pomysł programu autorskiego z pacynką, która miała być jego wierną miniaturką. I taką dość szybko wykonał. Podobieństwo było zdumiewające. Nazwał ją Duo i przedstawił po głównym przedstawieniu swoją arcykomiczną rozmowę z Duo, jako ze znalezionym niespodziewanie swoim sobowtórem. Aplauz był natychmiastowy. Robił teraz wstępy lub dodatki do przedstawień dla dzieci, dla których Duo stawał się szybko ulubieńcem. Zaproponowano mu także udział w dziecięcych programach w telewizji. Fabian kreował tę maleńką postać, jak jakieś swoje idealne ja. Duo był bardziej niż on wymowny, dowcipny, zalotny, śmiały, a nawet zuchwały. Zwłaszcza w programach dla dorosłych. Zaczęto zauważać, że Duo z zabawnego i sympatycznego pajacyka zmienia się w ironicznego złośliwca, czasem w szydercę, prowokatora… Jakby Fabian poprzez ożywianą przez siebie pacynkę nabierał śmiałości mówić i robić to, na co sam nie mógłby sobie pozwolić. Już parę osób poczuło się dotkniętych „wejściami” czy „zagraniami” Duo, ale głupio było niby obrażać się na kukiełkę, której i wyraz „twarzy” ostatnio zmienił się na bardziej rubaszny i kpiarski. Można byłoby to potraktować pobłażliwe, bo w końcu to była sztuka, rodzaj kabaretu, satyrycznego teatrzyku, ale bliscy i współpracownicy Fabiana zauważyli, że to on się także zmienia, że coraz trudniej z nim wytrzymać. Kiedy podczas jednego programu Duo rzekł coś obscenicznego do konferansjerki, a nawet zaczął wykonywać wobec niej takie gesty, musiał delikatnie interweniować reżyser. Co ciekawe, części widzów to się bardzo spodobało i wręcz oczekiwali dalszych „śmiałych” zagrań Duo. Za kulisami konferansjerka zerwała pacynkę z ręki Fabiana, cisnęła ją w kąt i powiedziała: „Czyżby to twór rządził twórcą? A może tchnąłeś w niego, to, co w tobie skryte i złe, i tak wykreowałeś małego demonka, który bardziej rządzi tobą niż ty nim? Uważaj, bo spod tej maski, jaką sobie z Duo zrobiłeś, zaczyna wyglądać nie twarz, lecz morda.”
*
Ponoć w zabawie człowiek jest najprawdziwszy. Inni mówią, że po alkoholu. Jeszcze inni, że gdy może skryć się pod maską, bezkarnie wcielić się w kogoś innego, „pozwolić” sobie. I choć teraz tak wielu ciężko pracuje nad swoimi maskami, to jednak one coraz częściej ich zdradzają… Pytanie: gdzie i przed kim odchodzimy od wszystkich ról, zdejmujemy wszystkie maski i spokojnie pozwalamy duszy wyświetlić się na naszej twarzy?
skomentuj (3)
2009-05-23 17:18:55
ZACHWYT I ZAZDROŚĆ
Bywa, że piękno, poruszając człowieka, może bezwiednie ujawnić głębszą prawdę o nim. Bo w jednym obudzić ono może uczucia najlepsze, a w drugim – wręcz najgorsze, ale na pewno prawdziwe. W jednym bowiem obudzić się może wzruszenie i zachwyt, a w drugim pożądanie i zazdrość.
*
Zasłyszałem tę legendę w Kaliszu, więc postaram się ja po swojemu opowiedzieć. Kilka wieków temu mieszkało tam dwóch mistrzów rzemiosł: Jan i Jakub. Obaj na równi szanowani i cenieni, a także jakoś zawsze bliscy sobie. Obaj dożyli już wieku dojrzałego, lecz pozostawali samotni, czyli bez żon i dzieci w swych domach. Któremuż z nich przyjść mogło do głowy, że jeszcze ktoś im obu sercem zawładnie. A była to dwórka Anna - niespotykanej urody, którą Księżna z Węgier przywiozła. Prócz urody zasłynęła ona jeszcze z małych, pięknych rąk, które potrafiły, jak żadne inne prząść, haftować, szyć, ale i leki z ziół robić, i leczyć. Na temat tych złotych rąk krążyły czasem domysły zazdrośnic, iż może coś z czarami mają wspólnego. Księżna strzegła Anny na zamku, by jej czar nie pomieszał w głowie rycerzom. O oto raz obaj mistrzowie Jan i Jakub stawili się na posłuchanie do Księcia i oczekując w holu ujrzeli nagle dziewczynę, co wbiegła tam z gąsiorem wina. Oniemieli z zachwytu, gdy zatrzymała się przed nimi, oświetlona słońcem i roześmiana. Spojrzała na nich i beztrosko uraczyła ich tokajem z gąsiora, bo było upalnie. A potem figlarnie dotknęła palcem warg jednego i drugiego, nakazując tajemnicę. Była tak szczęśliwa, bo Księciu urodziła się córeczka i nadano jej także imię Anna. Kiedy potem obaj wyszli od Księcia, czuli się jakby jej czarem odurzeni. Jan czuł radość, bo jakoś nie zdążył żadnej dotąd pokochać i zaznać tego szczęścia, więc pomyślał, że dobrze choć późno poczuć tę słodycz i niepokój serca. Jakub jednak czuł złość, bo choć wiele kobiet było w jego życiu, to nie życzył sobie, by jeszcze jakaś jego sercem zawładnęła i to, kto wie, czy nie jakąś sztuczką czarodziejską. Upłynęło kilka dni i oto pod franciszkański klasztor, gdzie codziennie przychodziła na modły Księżna z dwórkami, przywieziono wielki biały głaz. A mistrz Jan skłonił się przed Księżną i poprosił o pozwolenie wyrzeźbienia z kamienia postaci św. Anny Samotrzeciej i ofiarowania jej owej świątyni. Kiedy Księżna zgodziła się, stanął przed nią młody rzeźbiarz Waśko, prosząc, aby do wyrzeźbienia Maryi mogła pozować mu dwórka Anna. Z pewnym oporem, ale zgodziła się Księżna na to. I oto codziennie, na godzinę, siadała nieopodal głazu Anna, według której urody Waśko wykuwał z głazu trzy postaci, z najbardziej widoczną Maryją. Jan stawał nieopodal i patrzył na dziewczę zachwycony. Nie tylko on, ale coraz więcej mężczyzn przychodziło tam, bo piękno dziewczyny przyciągało niczym magnes. Zazdrosne kobiety zaczęły szeptać o owych czarach… A najbardziej miał ją za czarownicę Jakub, mocując się z namiętnością starego serca i nienawidząc coraz bardziej i Anny, i Jana, jak i młodego rzeźbiarza. Po paru dniach tak go te złe uczucia, jak i podszepty złego ogarnęły, że postanowił zabić dziewczynę. Wziął więc młot i ruszył pod klasztor, ale nie zastał tam nikogo prócz paru gapiów. Podszedł blisko do wyłaniających się postaci i zwrócił uwagę na te śliczne, drobne ręce u Maryi, bliźniaczo podobne do Anny. Ręce, które chyba władały jakimiś czarami… Schylił się do nich i nagle uniósł młot i kilkoma ciosami porozbijał to, co już się wyłaniało z kamienia tak pięknego. Kiedy strażnicy wzięli go stamtąd, jedni mówili, że popełnił świętokradztwo, a inni, iż dobrze zrobił, bo wiedźma nie może użyczać swego piękna Maryi. Szemrały tak głownie zazdrosne kobiety. Książę postanowił ukarać Jakuba przykuciem łańcuchem do muru świątyni na dzień jeden, na wstyd i pośmiewisko. Ale zebrała się miejska rada i spierano się, co uczynić z Anną, bo podejrzenie o czary było ciężkim zarzutem i rozchodziło się w tłumie szybko. Rozważano wypędzenie dziewczyny z miasta, a ona sama, by uspokoić tłum, zgodziła się odejść. Dzień był duszny, przed burzą, gdy Anna w towarzystwie Jana i Wośki oraz strażników, przechodziła przez plac pod kościołem, płacząc. Zatrzymała się nagle i podeszła do przykutego Jana. Ten nie mógł się cofnąć, a ona rzekła, by nie miał do niej urazy, bo nie ona tę złą miłość w nim wywołała, a teraz jakoś z Wośkiem sobie życie ułoży. I na znak miłosierdzia ucałowała go… Tłum zamarł, a pierwsze krople deszczu i klasztorna sygnaturka jakby kończyły wydarzenie. Lecz Anna odchodząc, nagle zawróciła i dźwięcznym głosem oznajmiła, że chciała po Bożemu służyć swoimi rękami, ale jeśli jest inna wola miasta, to ona otrzymawszy kilka razy za swe posługi pierścienie na te ręce, oddaje je, aby wtopiono je w dzwony. I tak się stało. Kiedy ktoś wspomni tę legendę w Kaliszu, to mówi, iż po pięknej Annie pozostały barwne tamtejsze stroje i naprawdę zadziwiająco dźwięczne głosy kaliskich dzwonów.
*
Ktoś powiedział, że podziw gotuje drogę miłości, ale zazdrość gotuje drogę pogardzie. „Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne. Któż je zgłębi? (Jr 17, 9-10).
skomentuj (2)
2009-05-09 19:52:53
WIĘŹ
Dla naszych matek zawsze jesteśmy dziećmi, a w każdym z nas mniej lub bardziej świadomie błąka się organiczna wręcz tęsknota za matką.
*
Zwiedzając pewien cmentarz natknąłem się na dziwny nagrobek. Na jego pionowej płycie nie było nic prócz słowa „MAMO”. – Taki bezgłośny krzyk osieroconego dziecka, bez względu na to, ile miało lat i czy miało już swoje dzieci, czy nawet wnuki. Zawsze jednak dziecka…
*
Pewien mocno już starszy pan, który był żołnierzem podczas II Wojny Światowej, opowiadał coś, co mimo dziesiątek lat jakoś w nim wciąż żyło i powracało. To było już na terenie Niemiec, gdzie jego oddział miał szturmować jakieś miasto. Maszerowali prawie cały dzień, marząc o dojściu na pozycje i o odpoczynku. Kiedy zalegli w końcu w lasku niedaleko miasta, mieli zaczekać tam, by ich armaty mogły ostrzelać, a właściwie zbombardować to miasto. Na początku czuli się dość bezpiecznie, ale ogień armat narastał i pociski szły tuż nad nimi tak, że musieli chronić się przed odłamkami, gdzie kto mógł. On sam wygrzebał sobie okop pod jakimś dużym drzewem i modlił się, by ogień w końcu ustał. Kiedy wreszcie zapadła cisza, zaczęły się nawoływania rannych. On znał tę jęki, wycia i krzyki, ale jeden głos nagle wyrósł ponad wszystkie inne. Należał on do młodego chłopaka, którego wojna oderwała od studiów, a którego lubiano ze względu na jego łobuzerski uśmiech i pomysły. Jego głos poszedł dalekim echem po całym lesie, a wykrzyczał tylko jedno słowo: „Mamo!” Owszem, nie jeden czasem wzywał matki, ale w tym krzyku nie było ani bólu, ani przeraźliwego żalu czy rozpaczy. On brzmiał jak…powitanie… Rozległ się rozkaz, by wkraczać do miasta i po drodze opowiadający zapytał sanitariusza, co z tym chłopakiem, czy jest ranny. Tamten stwierdził, że jest zabity, ale nie mógł zrozumieć, jakim cudem z dość daleka także słyszał ten krzyk chłopaka. Po wojnie ów starszy pan próbował odnaleźć matkę tego chłopaka, by powiedzieć jej, kogo tak niesamowitym głosem wezwał przed śmiercią jej syn. I choć raczej nikomu tego nie opowiadał, bo nie radził sobie z koszmarami wspomnień, to właśnie jej chciał to opowiedzieć. Niestety, nie mógł w ogóle trafić na trop rodziny chłopaka. Kiedy żołnierze z jego dawnego oddziału zjechali się, by świętować rocznicę zakończenia wojny, zobaczył przyjaciela tamtego chłopaka i zapytał, czy też słyszał wtedy ten jego krzyk. Wszyscy słyszeli i on też. Ktoś powiedział, że chłopak musiał w tamtej chwili zobaczyć swą matkę jak żywą… Wtedy ów przyjaciel powiedział, że ten chłopak nigdy nie widział na oczy swojej matki, bo ona umarła podczas jego porodu…
*
Ta niewytłumaczalnie silna więź dziecka z matką ma w sobie coś wręcz nadludzkiego i jest czasem powodem do szczęścia jak i nieszczęścia zarówno matki, jak i dziecka. Z jednej strony ta więź - jak fizyczna, ale i symboliczna pępowina - pozwala się karmić dziecku, mieć oparcie, azyl, środowisko do dorastania. Ale z drugiej, nie przecięta w czas, może uzależnić ich od siebie, zatrzymać dziecko w rozwoju, pod presją uczuciowego szantażu matki, jej zaborczej miłości. Iluż jest teraz dorosłych (w sensie wieku) mężczyzn, nie potrafiących sobie poradzić z tą więzią nie przeciętej pępowiny. Ileż jest matek, które robią wszystko, aby tak się nie stało. Przecież dożywotni synek, to opisywany teraz często chłopiec z syndromem Piotrusia-Pana, który nie chce dorastać, brać za kogoś (za siebie także) odpowiedzialności, traktujący życie, jak przygodę i zabawę w Nibylandii. Jest bardzo źle, gdy dziecko jest pozbawione żywej więzi z matką, ale nie jest dobrze, gdy ona trwa zbyt długo.
*
Pytanie: czy ta ćmiąca w nas tęsknota za matką (za powrotem do matczynego łona), nie jest w rzeczywistości jednak tęsknotą za Bogiem, który łączy w sobie ojcostwo i macierzyństwo, które jest i łonem, i domem, i Wielkim Przygarnięciem? Matki są tylko tego zapowiedzią, jak ów pocałunek w kąciku ust matek dla Piotrusia Pana…
skomentuj (2)
2009-05-01 18:09:41
CZYIMŚ WZROKIEM?
„Piękno jest tym dla rzeczy. czym światłość dla duszy.”
*
Kiedy staje się wobec jakiegoś piękna, to doznaje się tyleż szczęścia, co i jakiegoś bólu. Może to boli taka niemożność ogarnięcia tegoż i wgarnięcia w siebie? A może także ta bezradność, nieporadność słów, by wyrazić cokolwiek? Czy także nieobecność kogoś bliskiego, komu można byłoby powiedzieć: „patrz” i usłyszeć: „tak, piękne”... Lub niemożność ujrzenia tego piękna przez niego. Czyż nie przeżywa się wtedy jakiegoś dojmującego odczucia samotności i Obecności?
*
Było to w znanej dość galerii malarstwa. Właśnie urządzono tam wystawę obrazów Marca Chagalla i sporo ludzi przechodziło przez te parę sal z obrazami, które trudno szybko obrzucić wzrokiem i iść dalej. Zawsze ciekaw byłem, jak ludzie odbierają te nie łatwe w treści i w znaczeniach obrazy, więc trochę podsłuchiwałem niektórych rozmów. Jednak nie napotkałem jakichś szczególnych zdań, prócz tych bezradnych wobec piękna czy zagadkowości, jak: „patrz, niesamowite”, „jaka kolorystyka”, „ciekawe zestawienie”, „to jest jednak piękne”, itp. Moją uwagę zwrócili kobieta z mężczyzną, którzy zatrzymywali się dłużej przy niektórych obrazach i przede wszystkim ona coś mówiła dość ożywionym głosem w jakimś niezrozumiałym mi (chyba greckim) języku, podczas, gdy on prawie milczał. Dziwnym trafem wybierali oni te obrazy, które i jakoś mnie bardziej pociągały. I gdy zwykle inni ogladający mówili niewiele, to ona aż nazbyt dużo, choć niezbyt głośno. Przeszkadzało to mi coraz bardziej i zacząłem po cichu współczuć mężczyźnie takiej zony, u której w myśl fraszki: „Młyn ustanie, usta – nie” i podziwiać jego stoicką i życzliwą chyba cierpliwość. W końcu przed takimi obrazami lepiej chyba umilknąć, by one jakby same przemawiały, docierały do uspokojonego wnętrza. Choć jednocześnie byłem ciekawy, cóż ona mu może tak opowiadać w związku z kolejnym obrazem. Kiedy doszliśmy do końca ostatniej Sali, on nagle wyjął coś, co po rozłożeniu okazało się białą laską niewidomego, ujął żonę mocniej pod rękę i ruszyli w stronę szatni. Musiałem mieć dość zdziwioną minę, bo szatniarz pośpieszył z wyjaśnieniem. – „Oni tu bywają często, znam ich. Przed paroma laty, kiedy on jeszcze widział, także tu przychodzili. Potem miał wypadek. Ktoś inny na pewno już z bywania w galerii sztuki by zrezygnował, ale nie oni. Choć on zupełnie nie widzi…” – - „To na cóż mu to? Chyba jeszcze większe cierpienie z niespełnionego pragnienia widzenia tych obrazów.” – powiedziałem. Na to szatniarz: „Widzi pan, ona mu dokładnie te obrazy opisuje, chyba pan to zauważył… I on je ogląda w sobie. Ale jak, to proszę mnie o to nie pytać. Kochający się ludzie mają przedziwne tajemnice.” Pomyślałem wtedy, że teraz chyba długo sobie pomilczą…
*
Nie można wszystkiego zobaczyć. Wiele rzeczy może być nam tylko opowiedzianych i wywołać obrazy wewnątrz nas. Jakim wzrokiem, przy jakim świetle można więc ujrzeć te słowa? Słowo „wyobraźnia” jest tu chyba za małe… To światło w nas jest albo i nie. Niewidomi mogą go mieć w sobie więcej, choć to też zależy często od stanu sumienia… To światło gasi lub niedpuszcza do zaistnienia w nas: żadza, nuda, czy nienawiść wobec tego, co piękne i czyste. Przywraca je Łaska i pokój duszy lub ktoś, kto nam otwiera wzrok duszy na mniej widzialną stronę świata, ludzi i rzeczy.
*
Zdaniem małej Anny z książeczki „Halo, pan Bóg, tu Anna…”, owe światło jest w nas po to, byśmy widzieli, jak mamy widzieć.”
skomentuj (5)
2009-04-17 12:58:47
BEZ OKULARÓW WIARY?
Bywa, że ciemność błyszczy i oślepia. Może być bardzo głośna i kolorowa…
*
Jak tu nie mieć Jana Christiana Andersena za proroka, gdy czyta się w jego „Królowej Śniegu” o cechach zwierciadła, jakie zmajstrował diabeł ze swoimi uczniami. Otóż, wszystko dobre i ładne, rozpływało się w nim na nic, jednak arcywyraźnie widać było w nim rzeczy brzydkie i całkiem bezwartościowe. Owe zwierciadło – zdaniem jego twórców – miało dopiero pokazać wszystkim, jak…naprawdę wygląda świat i ludzie, którzy jakoś nie dostrzegali wcale tej opaczności. Nawet usiłowali odbić w nim Boga i Aniołów… Czy baśniowe proroctwo nie spełniło się w naszym postrzeganiu świata i ludzi poprzez ekrany i monitory oraz okruchy tych obrazów, jakie zaprószają nam oczy i serca.
*
Jest taka przypowieść o pustelniku Makarym, który mieszkając na pustyni, potrafił jakby z daleka dostrzegać i rozumieć to, czego inni nie potrafili z bliska. Choć wcale nie był Sano ani dalekowidzem. On sam sobie się dziwił czasem, że jakoś nigdy na zobaczył pustynnej fatamorgany, który zwiodły niejednego wędrowca, na podobieństwo owych wizje roztaczanych przez kusiciela przed Jezusem. Może dlatego, że nie patrzył tylko na wszystko w słońcu, ale także jakby od strony Boga. I nie wiadomo było, kto komu użyczał swojego wzroku. Ale ludzie mieli go Widzącego. Kiedyś jacyś ludzie osiedlili się na skraju pustyni. Stronili od Makarego, bo był między nimi jakiś szaman, którego tajemnym sztuczkom byli posłuszni. Jednak któregoś dnia ojciec i matka przyprowadzili stamtąd swoją córeczkę, w której szaman dojrzał duszę zwierzęcia. I gdy obserwowali dziecko, wszystko jakby to potwierdzało i coraz więcej cech zwierzęcych w niej dostrzegali. I według tego zaczęli ją traktować. Ale mieli ją tylko jedną, więc przyszli prosić, by Makary swoimi modlitwami przemienił ją w dziecko. Makary spojrzał na nich i rzekł: „Czemu mam się modlić o coś takiego, jeśli ja widzę tu zwyczajne dziecko. Co wy w nim widzicie zwierzęcego?” Wprowadził ich do celi i zaczął się modlić, namaszczając dziecko oliwą. A kiedy ci rodzice patrzyli, z jaką czułością pustelnik dotykał jej głowy, jakie ciepło tętniło w jego słowach, to jakby ocknęli się z jakiegoś omamu. Pojęli nagle, że ich córka wcale się nie zmieniła, że cały czas była zwyczajną dziewczynką. I wtedy Makary powiedział: „Widzę, że wasze własne oczy stały się waszymi wrogami. Że wasze opaczne wyobrażenia przemieniają ludzi w zwierzęta lub potworzy. A wasza zła wola wypełnia wasz dookolny świat widmami.” I ruszył Makary razem z nimi do ich obozu, z którego właśnie umykał szaman ze swoimi tajemnymi księgami i miksturami.
*
Wbrew pozorom, my ludzie wizualnych mediów, chyba o wiele częściej ulegamy elektronicznej i zwodniczej magii obrazów, niż pustynni wędrowcy zjawiskom fatamorgany. I coraz bardziej jesteśmy przekonani do jakiegoś „widzii-mi-się”, czy „widzi-nam-się”, do ciemności, co udaje światło. jakby to były oczywistości. I coraz rzadziej ktoś z nas wierzących pyta Boga, jak to od Jego strony widać to, co nam się tak narzuca w świecie, w informacjach o nim, w wizerunkach ludzi. Dlaczego tak łatwo jednych uniewinniamy, innych zaś bez wahania potępiamy? Czemu tak pobłażliwi dla jednych, a bezwzględni dla drugich? Dlaczego tak brakuje nam wyobraźni miłosierdzia? Być może dlatego, że za rzadko o to miłosierdzie prosimy, więc stajemy się niemiłosierni? Nie wiem… Może częściej trzeba byłoby zwracać oczu ku cierpiącej stronie świata i ludzi? Ból i milczenie otwierają oczy serca…
skomentuj (4)
2009-04-01 22:27:28
PO CO WOLNOŚĆ?
Wolność to sprawa ducha, a nie swobody czy przestrzeni dla ciała. Bywają tacy, co domagają się wolności, aby zaraz potem poddać się niewoli nudy…
*
Opowiadał ktoś, że domowe kaczki, których całą rzeczywistością jest ciasne podwórko z błotnistą sadzawką i jakaś grządka, z której wygrzebują one robaki, któregoś dnia wykazują dziwny niepokój. Przestają nagle taplać się w wodzie i szukać robaków, jakby czegoś wyczekiwały. I nagle zdzierają łebki do góry, bo tam wysoko przelatuje klucz dzikich kaczek. Wtedy w tych łebkach odżywa przeczucie lotu, dalekich horyzontów, przestrzeni, ryzyka… I usiłują jakby poderwać się z ziemi na nienawykłych do lotu skrzydełkach. Jednak klucz dzikich ptaków znika, a te tutaj, osowiałe, powoli wracają do błota i robaków, choć gdzieś jest w nich jakiś zew dający znać, że pełnią ich życia jest wysoki i daleki lot.Podobnie z małymi, oswojonymi gazelami na pustyni, mieszkającymi z ludźmi w zabezpieczonej przed drapieżnikami oazie. Wyglądają na szczęśliwe ze swego losu, wyjadają ludziom cukier z kieszeni, łase na pieszczoty. Ale któregoś dnia już tego nie chcą. Stoją przy ogrodzeniu z różkami w oczkach siatki i przeraźliwie tęsknią za pustynią, za szaleńczą ucieczką przed drapieżnikiem – za przestrzenią, za prawdą życia gazeli.Ale bywa też inaczej. Ktoś inny opowiadał, że pracując w ogrodzie zoologicznym, odkrył niewielką klatkę z piętnastoma jastrzębiami myszołowami. Ptaki wyglądały na przygnębione i jakby nie dokarmione. Oburzony takim traktowaniem tych pięknych i dumnych ptaków, dowiedział się, że są one…dowodami sądowymi i czekają tu na rozprawy. Niektóre już po kilka miesięcy. Opowiadający to współczuł im głęboko, bo kryminaliści byli zwalniani za kaucją, a niewinne ptaki więzione. Nie było szansy na legalne ich uwolnienie, więc pomyślał on, że pozwoli im odlecieć niby poprzez niedbałe niedomknięcie klatki. Kiedy nikogo nie było w pobliżu, otworzył klatkę i odszedł. Kiedy wrócił, zdumiał się, bo żaden z ptaków nie odleciał. Może nie wierzyły w swoją wolność? Wbiegł więc do klatki, wymachując rękoma i pokrzykując. Ptaki leniwie opuściły ją, ale przysiadły nieopodal, jakby chcąc wrócić do środka. – „Popatrzcie w niebo! – krzyknął do nich – To jest przestrzeń, dla której Bóg was stworzył! Przecież nie jesteście kurczakami!” Wyszedł z klatki, bo poczuł podmuch wiatru, który – miał nadzieję – obudzi w ptakach potrzebę wzbicia się wysoko. Żaden ptak tego nie zrobił. Kilka wróciło do klatki, więc powoli zagonił tam resztę. Doszedł potem do wniosku, że pomylił się co do potrzeb ptaków. On sam się czuł w klatce źle, ale te ptaki przywykły. Miały tam jedzenie, nie musiały polować, walczyć o żer czy o terytorium. I nie wiedziały, że ludzie pozbawili ich sensu żywota szlachetnych drapieżników. Może wystarczał im podziw zwiedzających? Ale podziw nie dla lotu, ale dla bezużytecznych, marniejących skrzydeł, dziobów i pazurów.
*
To są przypowieści o ludziach z duchem lub bez ducha wolności. A czym ona jest w istocie? Może jeszcze jeden obraz: ziarna ciśniętego w szczelinę skalną przez wiatr. Ciasno mu, ale wypuszcza ono pęd ku światłu, ku powietrzu, żeby w końcu wysunąć się z więzienia, odetchnąć słońcem, napoić się deszczem, rozgałęzić i wczepić korzeniami w skałę… A nawet ją rozsadzić. Wolność to pęd do samospełnienia. Owszem, można przywyknąć do uwięzienia, klatki i darmowego żarcia, ale też do smutku i beznadziei. Takie „gniazdka” wije sobie coraz więcej ludzi, aby tylko w nich tkwić i wegetować, bez spojrzenia w niebo, bez głębszego oddechu.
*
Jeśli twoja nadzieja nie sięga poza ten świat i to życie, to jesteś beznadziejny.
skomentuj (8)
---------------------------------------------
Lay by Alien
A może szablon na
zamówienie?