2012-01-23 20:46:49
A+M+D+G
Ciekawe, czy teraz wysokość wzlotu ducha (natchnienia, weny) artysty zależy od wysokości honorarium czy stopnia natężenia oklasków publiki? Obawiam się, że im to drugie jest wyższe, tym pierwsze – niższe…
* 
Od dawien dawna władcy na swych dworach miewali różnych artystów, zwłaszcza, gdy nie toczyli wojen, a chcieli uchodzić za światłych i światowych. Bywali wśród tych nadwornych malarzy, poetów, grajków prawdziwie wielcy, ale wielu z nich psuły luksusy czy niezbyt wysoki poziom wymagań owych władców. Ale i wśród tych trafiali się prawdziwi znawcy i koneserzy. Pewne legenda opowiada o wschodnim monarsze, który sprowadził na swój dwór muzyka wirtuoza. Po kilku jego koncertach ów władca Akbar zapytał go, kim był jego nauczyciel. Muzyk Tansen pokornie odrzekł, że jego mistrz nie ma sobie równego na całym świecie.
I że nie można go nazwać ani twórcą, ani wykonawcą muzyki, ale jej esencją, duchem – muzyką samą w sobie. I wtedy Akbar zapragnął poznać i usłyszeć owego mistrza nad mistrzami. Tansen odrzekł jednak, że mieszka on w wysokich górach z dala od ludzi i nie zwykł śpiewać na czyjkolwiek rozkaz. Akbar był rozkochany w muzyce, więc zaproponował, że on sam tam wyruszy i poprosi mistrza o zaśpiewanie specjalnie dla niego. Tansen pokręcił jednak głową, że to się nie uda. Akbar wpadł więc na dziwny pomysł, że może wyruszą tam obaj. A że Tansen był uczniem mistrza, więc mistrz go rozpozna i może spełni jego prośbę, a Akbar przebierze się ja jego sługę. I tak wyruszyli obaj w wysokie góry. Muzyk jechał na osiołku, a przebrany za sługę Akbar szedł obok pieszo. Mijały tygodnie ich wędrówki, bo nikt nie wiedział dokładnie, gdzie ów mistrz ma swoją „świątynię muzyki”, no i był uważany za świętego mnicha, który unikając ludzi, wciąż zmieniał swoje schronienia w górskich grotach. Kiedy jednak mistrz ujrzał, jak bardzo Akbar uniżył się, by usłyszeć jego śpiew, dał się odnaleźć i zgodził się zaśpiewać. Długo czekali, aż zstąpi na mistrza natchnienie, a kiedy to nastąpiło, jego śpiew wprawił w drżenie i współbrzmienie dookolne góry, lasy i doliny. Wszystko zdawało się wibrować i brzmieć. Czas jakby zawisł balansując między ekstazą, tkliwością i ukojeniem tej pieśni. Kiedy słuchający ocknęli się jakby z prawie mistycznego stanu, mistrz oddalił się już, a Tansen rzekł, że już nigdy nie pozwoli się im zobaczyć i usłyszeć, bo kto raz usłyszał tę pieśń, nie potrafi się wyrzec chęci posiadania jej i śpiewaka. Akbar i to przyjął z pokorą. Wrócili obaj na dwór i co jakiś czas Akbar prosił Tansena o zanucenie tamtej pieśni. Ten dawał z siebie wszystko, ale choć słuchacze na dworze byli zachwyceni, to Akbar pamiętał, jak ją śpiewał tamten mistrz. Kiedyś powiedział do Tansena: „Słuchałem cię już kilka razy. To ta sama pieśń, którą słyszeliśmy w górach, ale dlaczego nie jest tak piękna, nie sięga takich szczytów?” Tansen ukłonił się władcy i rzekł: „Ta pieśń śpiewana przeze mnie nigdy nie będzie taka, jak mistrza, ponieważ ja śpiewam ją tobie, panie, a on śpiewał tylko swemu Bogu.”
*
Teraz, kiedy sztuka stała się przedmiotem handlu lub kaprysu niby wielkich tego świata, raczej rzadko powstają wielkie dzieła, bo te zwykle rodziły się z wolności, pokory, cierpienia i z wstępowania ducha twórcy do któregoś tam nieba. Ad majorem Dei gloriam (ku większej chwale Bożej) wypisywano pod wielkimi dziełami bezimiennych artystów. Może od nich mogliby się nauczyć czegoś współcześni?
skomentuj (0)

2012-01-08 16:47:43
NAJCZULSZE STRUNY
Serce człowieka jest jak instrument z żywymi strunami. Najczulszą muzykę można wygrać na tych najcieńszych, ale i te najłatwiej jest zerwać – bezpowrotnie. Bez nich pozostałe brzmieć będą coraz bardziej fałszywie.
*
- „Abyś był wrażliwy na ludzką krzywdę, Eryku” – powtarzał mu jego dziadek, jak testament. A był to unikalny już typ romantyka i idealisty, więc wnuk wziął sobie te słowa do serca i wybrał studia prawnicze. Niewielu spotkał wśród studentów idealistów. Większość zaprogramowana była na zrobienie kariery bez oglądania się na „krzywdę ludzką”. On jednak chciał spełnić wolę dziadka, ucząc się nie tylko dla wysokich not. Kiedy ukończył naukę i cudem prawie otrzymał aplikację, chciał aby słowo „mecenas” w jego wydaniu oznaczało prawdziwie obrońcę pokrzywdzonych. I brał takie sprawy, choć wielkich korzyści z tego nie było. Szybko rozeszło się wśród biedniejszych ludzi, że pan mecenas Eryk potrafi się wczuć, dobrze wybronić i nie wziąć wiele, a nawet nic, gdy był to ktoś naprawdę biedny. Dlatego trafiały do niego osoby ze szczególnymi dramatami i tragediami, czasem nie jak do prawnika, ale jak do męża zaufania, doradcy, spowiednika. Słuchając coraz więcej  zwierzeń, płaczów, skarg nie bardzo mógł jeść i spać. Brakowało mu dystansu czy wręcz nonszalancji jego kolegów i koleżanek po fachu, nazywających go „galernikiem wrażliwości”.  Schudł, więc zaczął ograniczać ilość petentów i bronić się przed tą swoją nadwrażliwością i opinią „ludzkiego mecenasa”. Sam nie wiedział, czy naprawdę wczuwał się w te trudne sprawy, czy chciał za takiego uchodzić, choć było mu z tym coraz trudniej. Inni szybko się dorabiali, awansowali, a on… Zaczął inaczej już traktować petentów, nie brać sobie tak do serca ich bied i niedoli, pilnować się czy czasem  nie przesadzają, a może i nabierają go. Apetyt miał coraz lepszy, spał teraz już dobrze, bo coraz chłodniej (obojętniej) podchodził do wielu trudnych spraw owych pokrzywdzonych. Przytył, miał się coraz lepiej, a najtragiczniejsze sprawy nie spędzały mu już snu z powiek. Przywykł, zobojętniał, potrafił nawet ironizować czy lekko pokpiwać z kobiet wypłakujących swoje skargi, pogryzając przy tym coś delikatnego. Po półtora roku praktyki nie miał już żadnych dawnych kłopotów z jedzeniem i spaniem. Był teraz smakoszem i dobrym kucharzem hobbystą. Już coraz rzadziej nazywano go „ludzkim mecenasem”, co było zresztą mu obojętne. Po paru latach odkrył ze zdumieniem, że właśnie wtedy miał kłopoty z jedzeniem i spaniem, gdy nie nasłuchał się tych tragicznych historii… Jakby bez nich już nie mógł funkcjonować, bynajmniej się nimi nie przejmując. – „Czy to nie jakaś perwersja?– zapytał psychologa – Nadwrażliwość zmieniła się mi się w cynizm.” Tamten milczał przez chwilę  zanim powiedział: „Bywa tak, że trochę sztucznie wykreowane, a nie zakorzenione emocje przybierają swoją odwrotność. Jeśli ci naprawdę zależy na wrażliwości, z jakiej słynąłeś, zaprzestań na pewien czas praktyki i zacznij bywać człowiekiem, a nie mecenasem.  A że jest to sprawa duchowa, to wskażę Ci pewien klasztor z bezpardonowym mnichem, który cię z tego może wyleczy, jeśli naprawdę chcesz.”
*
Najczulsze struny serca męczą się i zużywają się w nas najszybciej, jeśli nie kocha się jak w przykazaniu: całym sercem, całym umysłem i całą duszą. Niewiadomo bowiem kiedy gorąca tkliwość przedzierzgnąć się może w lodowatą ironię…

 


skomentuj (0)

2012-01-03 10:44:41
BEZ SKRZYDEŁ, ALE…
 Jak to jest z nami i z Aniołami? – One nie muszą mieć skrzydeł, a my nie musimy być bezbronni i sami…
*
„Czy najróżniejsze lęki, fobie i podskórny strach nie są główną chorobą współczesności? Czy to nie one głównie rządzą nami, choć nikt się do tego (tchórzostwa) nie przyznaje? Czyż pierwszym krokiem do ich pokonania i oswojenia nie jest przyznanie się do nich i opisanie? Tu jest na to czas,  miejsce i pomoc!” – taka była treść plakatu i ulotek, z którymi przyszło do gabinetu psychoterapeutycznego kilkanaście osób. Po niektórych widać było ową chorobę – po ich spłoszonych spojrzeniach, skuleniu, skurczeniu w sobie. Inni ją maskowali. Odbijała jakoś od nich dziewczyna, która przyprowadziła tu przyjaciółkę. Miała na imię Sara, jasne i spokojne spojrzenie i ruchy. Terapeuta powitał wszystkich ciepło i zadał trochę zaskakujące pytanie: „Kto z was wierzy w swojego anioła? Kto może go opisać?” Kilka osób przytaknęło i z oporami lub bez, zaczęli opisywać owe anioły. Wyglądało to trochę na projekcje znanych wyobrażeń malarskich czy filmowych, jakby w stanach lękowych stwarzali oni sobie na siłę te postacie, trochę jak często zostawiane samotnie dzieci. Chyba wzajemnie sobie nie wierzyli i zbyt uważnie nie słuchali. Wspomniana Sara słuchała uważnie i kręciła głową, jakby była pewna, że zmyślają. Podniosła rękę i powiedziała: „Nie powiem, że wierzyłam, czy miałam kogoś takiego. Nie. Swoje lęki i strach pokonywałam ryzykownymi wypadami, jak ten na przedmieściu Archangielska, gdzie odwiedziłam krewnych. Powiedziano mi coś o olśniewających wschodach słońca, jakie można oglądać z odległego dość miejsca. Postanowiłam wyruszyć tam przed świtem w zupełnej prawie ciemności. Szłam przy szosie z rzadko pojawiającymi się samochodami. Nie wiem kiedy, usłyszałam za sobą kroki… To było dwóch mężczyzn z zasłoniętymi twarzami. Odwracali się, gdy mijał nas jakiś samochód i choć mocno przyśpieszyłam, szli za mną coraz bliżej. Nigdy nie bałam się tak jak wtedy. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, zresztą uciekać nie było gdzie. Dygotałam w ślepym strachu… I wtedy pojawił się trzeci mężczyzna, ale z odsłoniętą twarzą z wyrazem budzącym zaufanie. Zrównał ze mną krok i szliśmy ramię w ramię w milczeniu. Był młody, ale jakiś taki… stateczny i poważny. Uspokoiłam się i nawet nie zważałam czy tamci idą za nami czy nie. Wstawało słońce, które bardzo rozjaśniło mu twarz… I tak doszliśmy do przystanku, na który właśnie wjeżdżał autobus do miejsca zamieszkania moich krewnych. Wsiadając do niego powiedziałam do tego mężczyzny: „Nie wiem, co mogłoby stać się ze mną, gdyby pan się nie zjawił.” A on spokojnie rzekł: „Ja jednak wiedziałem.” I zniknął. Nie powiem już nic więcej.” Wszyscy obecni razem z terapeutą jakby zawiśli oczami na wargach Sary i w ciszy, która zapadła nie zabrzmiał żaden głos. Nawet terapeuta nie bardzo wiedział, co powiedzieć, gdy ujrzał w oczach niektórych jakieś rozjaśnienie i ulgę.
*
Nie jesteśmy sami, ale w to nie wierzymy, o tym nie pamiętamy lub pod wpływem mnożących się lęków i strachów – na amen zapominamy. Albo te wszystkie wyobrażenia kiczowatych aniołków uniemożliwiają nam wiarę i zaufanie do tych pełnych jasnej mocy duchów czyli Aniołów Bożych oczekujących na wezwanie, na powierzenie się im, na rzucenie się w ich ramiona, gdy zjawiają się wokół demony rzeczywiste czy urojone.
skomentuj (0)

2011-12-22 13:20:53
USZCZĘŚLIWIONY?
Uważajcie z podarunkami – zwłaszcza cennymi – bo mogą one komuś odebrać to, co bezcenne.
*
Im ludzie zamożniejsi, tym mniej jest szewców, bo któż teraz chce łatać stare buty. Jednak bywają jeszcze gdzie niegdzie i szewcy, i tacy, co ich nie stać wciąż na nowe buty. Przy jednej z uliczek Starego Miasta, gdzie stare kamieniczki szybko zaczęły się zamieniać w stylowe i luksusowe apartamentowce, ocalał taki malutki zakład szewski. Może z kaprysu kamienicznika, bo miał malowniczą witrynę z szyldem „Pod starym chodakiem”. Przez większą część roku, zza uchylonej okiennicy widać było i słychać posiwiałego szewca, do którego zaglądali emeryci, dzieciaki i plotkarki – może dlatego, że potrafił słuchać i czasem śpiewał stare ballady. Ale ten i ów przynosił do niego buty do naprawy, bo szewc robił to solidnie, z ochotą i tanio. Z eleganckiej kamieniczki vis a vis szewskiego zakładu obserwował czasem tego szewca Mister Gold, jak go tu nazywali. Miał tu swój gabinet i apartamenty. Spoglądał ukradkiem, jak szewc pracuje, gada z ludźmi, śpiewa, bo było to coś unikalnego przy tej uliczce. Ów Gold jakby zazdrościł czegoś szewcowi, ale chyba nie naprawiania starych chodaków i biedowania. Któregoś dnia zajrzał do szewca i zaprosił go do siebie na kolację. Szewc przyszedł zdumiony wyszukanymi daniami i trunkami. Gold wyjaśnił, że długo są już sąsiadami i on chciałby szewca czymś uszczęśliwić, skoro jemu się poszczęściło i odziedziczył po babce fortunę. Otóż ta babka zostawiła mu szkatułkę ze złotymi monetami, nakazując mu, by obdarował nią kogoś, komu się gorzej wiedzie. I Gold postawił przed gościem szkatułkę, w której błysnęło złoto. Szewc tak był tym zaskoczony i zmieszany, że nawet nie mógł wyjąkać podziękowania. Gdy już u siebie otworzył szkatułkę i przeliczył monety (było ich równo sto), to pomyślał, że jest posiadaczem skarbu. Po chwilowej radości jednak ogarnął go lęk, bo nie miał tego nawet gdzie schować i co z tym zrobić. Gorączkowo myślał nad jakimś bezpiecznym schowkiem. Prawie nie spał tej nocy. Rano zamknął zakład wywieszając kartkę, że nieczynny, bo bał się, że ktoś wejdzie i odkryje podarowany mu skarb. Na inwestowaniu, lokatach czy akcjach zupełnie się nie znał. Pomyślał więc, że zakopie szkatułkę pod drzewem… że zamuruje… że ukryje pod podłogą… Ale nie… Już trzeci dzień ludzie zaglądali przez zasłoniętą szybę do zakładu, podejrzewając, że szewc chory, a może mu się zmarło. Smutno się bowiem zrobiło w tym miejscu i głucho jakoś… A szewc siedział w środku i gapił się w złoto w szkatułce. Kiedy jednak jakiś dzieciak zawołał, by szewc zaśpiewał piosenkę o starych chodakach starego wiarusa, nie wytrzymał. Chwycił szkatułkę, wpadł do gabinetu Golda i powiedział: „Może pan jest szczęśliwy z tym złotem, ale mnie ono wcale nie uszczęśliwiło. Weź pan je sobie z powrotem, bo odebrałeś mi pan  spokój i lekkość serca oraz bliskość ludzi, których zacząłem się bać. A to jest nieszczęście.” I pobiegł otworzyć zakład. Mister Gold tylko zgrzytnął zębami.
*
- Pieniądze szczęścia nie dają – powtarza wielu, ale kto odmówiłby przyjęcia takiego małego skarbu… Czy jednak pomyślałby on, co traci przyjmując go? Cóż, w świecie pieniądza, kont, walut, lichwiarstwa, nawet trudno to nazwać, a co dopiero ocenić…
skomentuj (0)

2011-11-29 22:34:20
NIC PONADTO
 Była sobie stara, zbawienna, choć nieznana już cnota… A na imię miała dobrowolna prostota.
*
Ponoć arrasy są utkanym mistrzowsko wspomnieniem lub marzeniem o rajskim ogrodzie. A ich piękno tchnie prostotą, czyli brakiem nadmiaru, przesady, czegokolwiek zbędnego. Może owej prostoty brak teraz nie tylko sztuce, ale w ogóle ludziom? – Pomyślałem tak nad baśnią o dawnym  tkaczu arrasów – nie mającym sobie równego mistrzu. Znany był z tego, że każdy arras tkał bardzo misternie i bardzo długo. Dlatego też i nie był bogaty, bo i nie żądał wiele za swoje dzieła, które poprzez kupców trafiały nawet do królewskich pałaców. Tkacz jakoś tym się nie zbytnio nie przejmował. Przejął się jednak, gdy zepsuło się jego jedyne wysłużone krosno. Wyruszył więc do nadmorskiego lasu, gdzie znalazł drzewo silne, proste – w sam raz, by zastąpić uszkodzone części krosna. Kiedy uniósł jednak siekierę, usłyszał szept: „Jestem duchem dawnego bogacza – pokutnikiem – związanym z tym drzewem. Nie wycinaj go, bo nie spełnię swojej pokuty.” Tkacz odpowiedział: „Podobnego drzewa już nie znajdę, a jeśli nie naprawię krosna, nie ukończę arrasu, a wtedy zabraknie mnie i mojej rodzinie na chleb. To ty zmień drzewo i swoje przywiązanie.” Ów pokutnik jednak zaczął go błagać i obiecywać, że spełni wszystko, czegokolwiek tkacz zażąda. Ten pomyślał chwilę i powiedział, że będzie musiał spytać o to swojej żony i ruszył do domu. Po drodze spotkał znajomego kupca i powiedział mu o obietnicy ducha-pokutnika. Kupiec na to: „No to cię szczęście spotkało. Zażądaj od niego, by uczynił cię królem, więc nie będziesz już musiał tkać dla królów arrasów. Niczego ci nie będzie brakować.” Tkacz jednak poszedł zapytać żony, mówiąc też o radzie kupca. Żona na to: „Nie bądź głupi. Co to za szczęście być królem i martwić się o te bogactwa, wieść o nie wojny, mieć zdrajców wokół. Po co ci to? Przecież ty szczęśliwy jesteś, gdy tkasz. Czasem wolisz to ode mnie. Poproś więc ducha o magiczne krosno, które tkać będzie arrasy za ciebie – szybciej i więcej. Nie będziemy już biedni.” Tkacz posłuchał i ruszył z powrotem. Ale po drodze zaczął dumać, że jeśli dostanie takie krosno, to on nie będzie już tkaczem. Nie będzie tworzył obrazów i deseni, a tylko sprzedawał arrasy, jak ten kupiec, który jest tak chciwy, że nieszczęśliwy. On takiego życia nie pragnął. Kiedy więc doszedł do drzewa i znów usłyszał szept pokutnika, powiedział: „Jeśli nie możesz opuścić tego drzewa, to spraw, by moje krosno dało się naprawić bez niego. Nic więcej mi nie trzeba.” Zdumiony duch odrzekł: „Wracaj do domu. Krosno będzie działało jak dawniej.” Tkacz pobiegł do domu i zastał całkiem sprawne krosno. A że stracił sporo czasu zabrał się do pracy zapominając o Bożym świecie, by zdążyć utkać arras ze sceną kuszenia w raju. Po paru tygodniach arras był gotowy i piękniejszy od wszystkich poprzednich. Tkacz stał nad nim zachwycony. – „I czyż ja nie jestem szczęśliwy! – wykrzyknął do kupca – Gdybym został królem, miałbym mnóstwo pieniędzy, ale żadnych przyjaciół. Nawet gdybym sobie kupił arrasy, to lęk i żądza w sercu nie dałaby mi się cieszyć ich pięknem. A tak to jakiś król rzeknie: Jaki szczęśliwy musi być ten tkacz, jeśli coś tak pięknego utkał nie tyle palcami, co duszą.” I oddał arras kupcowi wcale się nie targując. Ponoć każdy następny był piękniejszy, choć tkany długo i cierpliwie.
*
Może ta baśń to lek na drążące teraz nienasycenie ludzi, co pożądają więcej niż im trzeba i można. Lecz ta nienasycona pustka w nich nie pozwala im się cieszyć niczym kupionym czy zdobytym, dlatego nikt z nich nie zna szczęścia ukrytego w dobrowolnej prostocie.
skomentuj (1)

2011-11-25 18:45:39
PRZEOCZYŁEŚ
Zapatrzeni w mnóstwo widm i swoich mniemań, możemy przeoczyć to, co oczywiste i rzeczywiste.
*
- „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, byłbym jak cymbał…” – powtarzał to sobie nieustannie, przekonując samego siebie, że ludziom nie potrzeba gadaniny, ale konkretnej pomocy. Dlatego nie mówił kazań, nie udzielał nauk, ale organizował różne akcje pomocowe dla bezdomnych, dla bezrobotnych, dla wielodzietnych, dla blokersów. W tym realizował swoje bycie księdzem i czuł, że to jest to. Szukał, zdobywał, załatwiał, wydawał – miał pełne ręce roboty, coraz więcej „wejść”, znajomych, funduszów, podopiecznych. Poświęcał czas, zdolności i siły dla potrzebujących ludzi. Dlatego zdziwił go i oburzył nagły i  stanowczy nakaz przełożonego, aby wyjechał na dwa tygodnie rekolekcji do opactwa w górach. – „Jak to? – oponował przez telefon – Mam umówione dwie akcje, festyn dobroczynny, spotkanie z prezydentową… Nie mogę odwołać.” Jednak nakaz był nieodwołalny. Prawie wściekły pojechał zastanawiając się, jak wytrzyma wśród mnichów, w milczeniu i w bezczynności. Tak, to było trudne. Jednak chciał pojąć sens tego czasu tutaj. Jeden z mnichów uważany był za mędrca, który zadawał ponoć celne pytania. Podszedł do niego w wirydarzu, krótko powiedział, co robił na co dzień i że nie wie, co on ma tutaj zrozumieć. Mnich słuchał chwilę i zadał mu pytanie: „Czego oni potrzebują?” I odszedł. Zaczął się więc zmagać z tym pytaniem, wypisywać odpowiedzi, ale nadal nie rozumiał. Przecież to o niego tu chodziło, o jego stan duszy, bo tam, to on wiedział, co, komu, gdzie i jak. Po dwóch dniach znów podszedł do mnicha i poprosił o pytanie dotyczące jego samego. A mnich: „Rozumiem cię, więc odpowiedz sobie, czego oni naprawdę potrzebują?” Pierwszy raz od paru lat był bezradny i bezsilny, ale to go zaczęło uspokajać. Usiłował tak uciszyć swoje serce i umysł, by sam Bóg odpowiedział mu na jego pytanie.Minął już tydzień, gdy którejś nocy poczuł jakąś wielką ciszę w sobie i wrażenie, że Bóg patrzy mu w samo serce i też, jak tamten mnich, pyta:„Co przeoczyłeś?” To nie był wewnętrzny głos, ale coraz głośniejszy szept i głos odbijający się po stokroć od sklepienia i ścian kaplicy: „CO PRZEOCZYŁEŚ?” Nagle poczuł w sobie jakąś straszną pustkę i osamotnienie, jak nigdy dotąd. Zapragnął znaleźć się bliżej jakiegoś człowieka, usłyszeć ludzki głos. Wybiegł z kaplicy i zapukał do drzwi najbliższej celi. – „Co chcesz?” – spytał ktoś zaspany. – „Co przeoczyłem?” – zapytał i usłyszał: „Mnie.” I tak powtórzyło się przy następnych drzwiach i kilku kolejnych. – „Jak oni są zajęci tylko sobą” – rzekł do siebie i rozżalony wybiegł przed klasztor. Wschodziło słońce, więc ku niemu krzyknął” „Co przeoczyłem?” I usłyszał: „Mnie”. Pomyślał, że wariuje. Upadł na ziemię wtulając się w nią z płaczem i tym swoim pytaniem. I od niej usłyszał także: „Mnie”. I wtedy tchnęło go, by zmienić pytanie: „Kogo przeoczyłem?”…
*
To pytanie musi zadać sobie każdy, kto sądzi, że działa, że spełnia coś, że służy, że kocha właściwie, albo tak mu się zdaje… bo się w tym zatracił  i coś/kogoś istotnego z oczu i serca stracił.
skomentuj (2)

2011-11-21 22:16:24
MAGIA ŁATWIZNY
 Magia kusi bezwysiłkowością. Według niej bowiem, wystarczy tak niewiele, by otrzymać aż nazbyt wiele. I to ponoć całkiem darmo… O tym, ile to jednak kosztuje, mówią baśnie.
*
Abu urodził się i żył w tak biednej rodzinie i wiosce, że żadnego swego pragnienia nie mógł zaspokoić, prócz pragnienia czystej wody i powietrza. Dlatego szybko wywędrował stamtąd w świat, by dotrzeć tam, gdzie mógłby w końcu być szczęśliwym, czyli zaspokojonym. A pragnień było w nim wiele. Jednak kiedy tu i tam zaspokajał któreś z nich, wcale nie czuł się szczęśliwy, bo rodziły się w nim pragnienia następne, zwłaszcza jakieś nienazwane. Ciekawiło go więc, jakie pragnienie jest największe i najgłębsze. Kiedy spotkał wędrownego mnicha, zapytał go o to. Mnich odpowiedział dość zagadkowo: „Nie w nasyceniu, ale w głębi wyrzeczeń tkwi wszystko.” Abu nie zrozumiał, ale szedł i dumał nad tym, czując, że coś zaczyna mu się objawiać. Usiadł więc pod rozłożystym drzewem, by pomedytować. Nie miał pojęcia, że jest do Drzewo Spełniających się Życzeń i jakoś nie szło mu myślenie, bo i drzewo, i okolica były aż nazbyt urocze. – „Och, gdybym mógł mieć tu dom” – westchnął i… oniemiał, bo wyrósł przed nim dom, o jakim nawet nie marzył. Przetarł oczy, wszedł do środka, rozsiadł się w fotelu i popróbował jak miękkie jest łoże… - „Brakuje mi tu do szczęścia kobiety” – mruknął i zdumiony ujrzał śliczną dziewczynę, która nazywając go mężem, zapraszała go kusząco do łoża. Lecz Abu poczuł, że jest bardzo głodny, więc zażyczył sobie nieśmiało prostych, a potem bardziej wymyślnych dań, które natychmiast się pojawiły. Wygłodniały Abu zabrał się do jedzenia, częstując dziewczynę i czując, że do zaspokojenia niewiele mu brakuje. Kiedy na kolejne życzenie pojawiły się znakomite trunki i frykasy, Abu zażądał sobie lokaja do posługi  i ten zjawił się natychmiast ze słowami: „Do usług!”. Po paru godzinach, zaspokojony na wszelkie sposoby Abu, wyszedł przed dom, by przypatrzyć się drzewu, bo czuł, że to w nim tkwi ta cudowna lub magiczna moc spełniających się życzeń. Ujrzał wtedy w pniu ukrytą dotąd ciemną dziuplę. – „A może mieszka tu demon? – pomyślał – Tylko, że on mógłby mnie pochłonąć…” I zjawił się ów demon, i uczynił to.
*
Nie wiem, dlaczego jedną z głównych nie pisanych, ale praktykowanych teraz wartości, jest konieczna łatwość wszystkiego. Czy łatwe = dobre? A może to kolejny przejaw kultu niedojrzałości lub zdziecinnienia, z przypisaną mu awersją do trudu, do przezwyciężania siebie i panowania nad sobą, jak u rozpieszczonych dzieci? Czy z obsesji łatwizny nie wyłazi jakieś półdiablę mówiące przymilnie „do usług”?
skomentuj (1)

2011-11-09 21:56:03
WIĘKSZY SKARB
 „Tam jest twój skarb, gdzie serce twoje.”
*
Od paru pokoleń powtarzano tam legendę, że porośnięty brzozowym laskiem wzgórek kryje jaskinię ze skarbami zamkniętą zaklęciem przez strażnika czuwającego wewnątrz. Nie wiadomo dlaczego przypomniała się ona Jadze, kiedy stanęła w oknie chałupy, by wyjrzeć za synkiem Bożydarkiem, który lubił bawić się przy jednej ze skał podobnej trochę do zatrzaśniętych wrót. Westchnęła ciężko. To dziecko pojawiło się jakoś wbrew niej, gdy nie była jeszcze gotowa, by być matką. Tak mało jeszcze zaznała rozkoszy życia, a tak wiele biedy i wyrzeczeń. Boleśniej odczuwała to teraz, gdy coraz częściej pojawiali się jacyś sprzedawcy kobiecych ciuszków, biżuterii, bucików. Niektóre – wiezione ze Wschodu - były tak śliczne, że dziewczyny i kobiety stawały jak urzeczone, a potem używały swoich czarów i uroków, by mąż czy chłopak ich tym obdarował. Jaga była sama. Jej mąż wyjechał za morze, by wrócić z jakimś dorobkiem, ale wieści od niego nie było. A ona znaszała podniszczone suknie, buty i jedyne korale, a o tych cudeńkach mogła zaledwie pomarzyć. I teraz właśnie owładnęło ją takie marzenie, by ubrać się w takie śliczności, przystroić i przyciągnąć spojrzenia chłopów w kościele czy przed karczmą. Młoda była i zgrabna, no i stęskniona za męskimi ramiona. Właśnie odchodził z wioski sprzedawca z pustym kufrem, a więc kolejne zostały przystrojone… Poczuła dławiącą łzę. Z niechęcią spojrzała w kierunku dziecka, jakby winowajcy jej żalu. I wtedy zauważyła, że mały wciska się w jakąś szczelinę z boku skały. Zdziwiona wyszła, by zobaczyć. Mały zniknął… Podbiegła do skały i ujrzała ciasne wejście do groty. Wcisnęła się i ona. Wewnątrz w świetle paru pochodni w otwartych kufrach leżały rzeczy godne sułtańskich księżniczek: suknie, diademy, chusty, szale, futra… Poczuła, że traci oddech, dotknęła, czy nie śni… To było prawdziwe. Bożydarek zabawiał się jakimś misternym diamentowym ptaszkiem, a ona zaczęła gorączkowo zbierać naręcza najkosztowniejszych ubrań… I wtedy usłyszała głos: „Weź, co masz i wychodź, bo wrota się zawrą.” Chwytała więc jeszcze gorączkowo to i owo i w ostatniej chwili przecisnęła się przez szczelinę z powrotem. Patrzyła upojona na kosztowne rzeczy mieniące się w słońcu i jak mogła najszybciej pobiegła, by to ukryć. Kiedy zatrzasnęła kufer, przypomniała sobie, że nie ma synka… Że został w środku. Daremnie szukała szczeliny i dziecka. Została sama ze skarbami, które nagle przestały coś znaczyć. Tej przeraźliwej pustki po dziecku nie mógł zapełnić ów kufer… Cały następny dzień szukała dziecka dookoła wsi głośno płacząc. Bez skutku. I wtedy poszła do pustelnika, by mu wyznać, że dała się opętać głupiej żądzy i zapomniała o dziecku. Starzec spojrzał jej głęboko w oczy i rzekł: „Zapomniałaś, boś co innego kochała. Jeśli chcesz odzyskać dziecko, to śpiewaj mu wieczorami śpiewać i opowiadaj, jakby był na twoich kolanach i wymyślaj mu najładniejsze imiona, no i niczego nie pragnij prócz jego powrotu. A ja powiem o tym Bogu.” I tak zaczęła robić każdego wieczoru i choć serce miała ściśnięte bólem, to coraz mniej rozdarte i niespokojne. Mijały tygodnie i miesiące. Było to przed Bożym Narodzeniem, kiedy więcej owych sprzedawców się pojawiło we wsi. Jaga nawet nie zajrzała do swego kufra, jakby dawne pragnienia gdzieś uleciały. Którejś nocy usłyszała jakby wołanie synka. Wybiegła pod skałę i ujrzała rozwartą szczelinę. Wewnątrz siedziało jej dziecko bawiąc się diamentowym ptaszkiem, jakby od tamtego czasu minęła chwila zaledwie. I wtedy rozjarzyły się w świetle pochodni wszystkie klejnoty, brokaty… A głos powiedział: „Możesz wziąć tylko jedno i wychodź.” Chwyciła dziecko nazywając je którymś z wymyślonych imion i wybiegła. A gdy ujrzała, że synek ma w ręku kosztownego ptaszka, wyrwała mu go i rzuciła w zawierającą się na zawsze szczelinę.
*
Powiedz, jakie skarby potrafisz poświęcić dla jakiego jednego, a to już powie ci, kim jesteś…
skomentuj (2)

2011-10-06 08:29:31
Z CIĘŻKIM CZY Z LEKKIM SERCEM?

 Kto ci powiedział, że naprawdę masz to, co masz? A może twoim jest jedynie to, co oddasz?

*

Czy częstym jest u ludzi zmysł niespodzianki? Niespodzianka to przecież też ryzyko, narażenie się na zyskanie czegoś, ale i na utratę, a tej drugiej nie lubi chyba nikt. U Ady wszystko było przewidywalne, zorganizowane i ułożone – szczególnie święta Bożego Narodzenia, które wymagały przecież wielu rytuałów, a te nie znoszą improwizacji. Dlatego szczególnie przykre było dla niej skierowanie jej do szpitala na operację właśnie wtedy, gdy miała być motorem udanych jak każdego roku świąt. Wszystko: zakupy, prezenty, wypieki, dekoracje… obejdzie się więc bez niej – nie mogła tego znieść. Jednak sam ból przymusił do operacji. Kiedy przebudziła się po niej na dwuosobowej szpitalnej sali, ujrzała wokół siebie mnóstwo kwiatów, adwentowych wieńców, kart świątecznych, ślicznie opakowanych podarków z udekorowaną i rozświetloną ślicznie choineczką. No, mąż, dzieci, teściowie, sąsiedzi i ludzie ze wspólnoty sprawdzili się. I zaraz zaczęli się zjawiać po kolei – zatroskani, współczujący i obiecujący, że o wszystko zadbali, żeby się nie przyjmowała i spokojnie dochodziła do siebie. I zostawiali następne kwiaty i upominki, które pielęgniarka układała tak, by Ada miała je w zasięgu wzroku i powonienia. Przyniosła jeszcze kilkanaście świątecznych kart od bliskich Ady mieszkających dalej. Chyba po godzinie zauważyła zza słonki na drugim łóżku uważnie obserwujące ją i te wszystkie barwne rzeczy oczy. – „No, takich śliczności, to ja w życiu nie widziałam” – usłyszała Ada i zobaczyła twarz tej kobiety z oznakami zespołu Downa. Ona była naprawdę tym wszystkim zachwycona bez cienia zazdrości, jaki malował się na twarzy pielęgniarki. – „Jesteś Ada? – zapytała tamta – Bo mnie jest Gocha.” Ada uśmiechnęła się tylko, bo poruszyć się na razie nie mogła. – „To wszystko strasznie mi się podoba – dodała Gocha – naprawdę podoba. Jutro będę miała ope-e-rację na nogę. Chyba doktor mi jej nie zepsuje…”  Zaczęły rozmawiać o swoich chorobach, ale co i raz ktoś się zjawiał u Ady, więc Gocha chowała się za zasłonką. Do niej nikt nie przychodził, nawet pielęgniarka rzadziej niż do Ady. Gocha bardzo martwiła się o swoją nogę i co i raz dzieliła się obawą, czy doktor jej nie zepsuje. Ożywiła się bardzo, gdy pracownica Ady przyszła z dzieckiem mającym też zespół Downa… - „Co za piękny chłopiec! Oj, co za piękny!” – powtarzała długo po ich odejściu i jeszcze przez następne dwa dni. Pielęgniarkom, salowym i lekarzom pokazywała kwiaty i prezenty Ady z taką dumą i radością, jakby je wszystkie dla niej przyniesiono. Kiedy Ada z pomocą pielęgniarki wstała, zobaczyła ten kontrast: puste ściany, parapet i szafkę Gochy przy natłoku wszystkiego wokół jej łóżka. I nadal nikt się u Gochy nie pojawił, także po operacji, podczas, gdy Adę odwiedziło już kilkadziesiąt osób. Chyba dobrze było z tą nogą Gochy, skoro wypisywano ją tego samego dnia. Ada wstała i rozejrzała się czym obdarować Gochę na pożegnanie. Jeśli jednak odda któreś kwiaty, obrażą się ci, co je przynieśli. Nie wiedziała, co jest w ślicznie zapakowanych paczuszkach… może biżuteria? A nie chciała rozpakowywać przy sąsiadce… Stroiki też były tak śliczne, że już przewidziała dla każdego miejsce w swoim mieszkaniu. Uświadomiła sobie, że nie mogła się rozstać z niczym, choć tak dużo tego było. I wtedy wpadła na salę wolontariuszka z jakiejś dobroczynnej akcji i położyła na łóżku Gochy zielony stroik z aniołkiem. Widząc pełno wszystkiego u Ady, wyszła do innych. Gocha uradowała się podarunkiem jak małe dziecko. Niezgrabnie przytuliła bibelocik i zawiesiła z dumą nad łóżkiem. I wtedy zjawiła się pielęgniarka po Gochę. Ada wstała, by podać jej rękę na pożegnanie, ale jakoś blado wypadły jej słowa, bo czuła się trochę winna. Gocha natomiast uścisnęła ją nadzwyczaj ciepło i powiedziała: „Pani jest miła, jak ci co panią kochają. Wesołych świąt!” Siadła już na wózku tuląc ten swój stroik. Nagle uniosła go ku Adzie, położyła go delikatnie na jej kolanach, uśmiechnęła się i odjechała. Adzie z trudem przyszło wyszeptać: dziękuję. Poczuła w oczach łzy, gdy została z tymi wszystkim znakami miłości, wiedząc, że w samym sercu, Gocha ma jej więcej niż ona.

*

Błogosławiony (to znaczy szczęśliwy), kto nagle z lekkim sercem potrafi podarować to, co przedtem nad czym ciężkim sercem drżał, zbierał i pilnował…


skomentuj (3)

2011-09-24 19:57:01
WŚRÓD KRZYWYCH LUSTER
Pęd do nadzwyczajności i do udziwnienia trafia do perwersji albo do znudzenia.
*
Na rynku starego miasta przygotowywano pokaz mody. Aż dziw, ile do tego potrzeba było samochodów, sprzętu, obsługi, , oświetlenia, nagłośnienia, specjalistów, artystów, wizażystów… Czekano już tylko na przyjazd sławnego kreatora mody i jego „stajni modelek”, jak sam o nich mawiał. Na płytach stały nadnaturalnej wielkości  portfolia modelek –, wygenerowane komputerowe fotogramy z nierealnymi prawie postaciami ubranymi w ekstrawaganckie stroje. Jakby trochę przypadkowo pojawiła się tam może 14-letnia dziewczyna z ojcem. Dziewczyna ubrana była bardzo zwyczajnie, ale miała coś, co teraz spotyka się coraz rzadziej, czyli sporo wdzięku bez nadzwyczajnej urody. Oglądała portfolia modelek, mrugała oczami, jakby dziwiąc się i niedowierzając, i w końcu stanęła przed ojcem, zasłaniając mu jakąś piękność i powiedziała dość głośno: „Weź mnie stąd, tato, bo robi mi się słabo… Ja przy tych boginkach czuję się… żabą.” I to ona pociągnęła ojca do wyjścia.
*
To było w dzielnicy portowego miasta, powoli zamienianej na kilka wielkich lunaparków, czyli miejsca nocnej rozrywki. Ruch, zgiełk, iluminacje zaczynały się tam każdego wieczoru. Dzieci było tam niewiele, ale któraś z pań z obsługi miała dziewczynkę z lekkim porażeniem mózgowym. Nie miała dla niej ani czasu, ani serca, więc dziecko od małego błąkało się w ogrodzonym sektorze między budami, namiotami, karuzelami, strzelnicami… i gabinetami krzywych luster. Podczas, gdy ludzie stający przed tymi lustrami pokładali się ze śmiechu, ta mała patrzyła zdumiona na swoje odbicia, biorąc je za rzeczywiste. Patrzyła potem na ludzi, porównywała się i uciekała gdzieś w kąt, by za kilkanaście godzin wrócić i przypatrywać się sobie wykrzywionej, pyzatej, nieforemnej. Innych luster nie spotkała, więc w końcu, jakby pogodziła się z tym, że tak wygląda i już, że trzeba z tym żyć. Nigdy też nikogo nie zapytała, jak wygląda w ich oczach, bo chyba bała się, że ci piękni i zgrabni, z matką na czele, powiedzą jej coś okrutnego, nie do zniesienia. Kończyła już swoje siedem lat, nadal tak myśląc, tułając się w tej niewielkiej w sumie przestrzeni, która była jej całym światem, bez czyjejś uwagi, troski, czułości. Gdy znów stawała przed lustrem, traciła nadzieję, że może wyglądać inaczej. Najczęściej siadywała schowana w załomie namiotu bajarza i grajka, który na żądanie opowiadał znane bajki i dośpiewywał je. Bała się go trochę, ale znała te bajki na pamięć, zwłaszcza o cudnych księżniczkach malowanych na namiocie. Powtarzała potem je sobie w jakimś nierealnym marzeniu, że i ją ktoś może zaczaruje czy odczaruje i nie będzie już taką pokraką. Może dlatego się wciąż gdzieś chowała, by nikt jej takiej się nie przyglądał. Pewnie tak musiało być – myślała sobie. Któreś wieczoru nad lunaparkiem zawisła granatowa chmura, zerwał się porywisty wiatr i rozszalała się burza. Lało tak, że potoki wody rwały alejkami. Wyłączono prąd i tej nocy mała poszła spać wcześniej. Obudziła się jak nigdy dotąd o świcie. Wstawało słońce. Wyszła i patrzyła zdziwiona na wielkie kałuże. Przykucnęła nad jedną i aż wytrzeszczyła zdumione oczy. Pobiegła do następnej i jeszcze następnej… I nagle zatańczyła w środku kałuży wołając jak mogła najgłośniej: „Jaka ja jestem zwykła! Jaka ja jestem piękna!”
*
Tracimy piękno, bo odchodzimy od prostoty i prawdy. Przesada, ekstrawagancje, szukanie niezwykłości, tanich podniet… to cechy królestwa kiczu i brzydoty. I omija nas wdzięk, czyli gracja, która po łacinie oznacza także łaskę i wdzięczność… Wdzięczność za piękno, jakim ono po prostu jest od wieków stworzone.
skomentuj (2)

2011-09-17 19:39:13
CZARDASZ I SERENADA
Mówi się czasem, że każdy ma swą opowieść albo że jest opowieścią. Czy można byłoby też powiedzieć, że każdy ma swoją melodię, jakiś lejtmotyw życia, którym się wybrzmi u kresu?
*
Życia sobie nikt nie wybiera, ale każdy może zrobić z nim coś lepszego lub gorszego, nawet gdy jest to ciężki los. Tak myślał sobie czasem Janosz, węgierski wieśniak, kiedy go wzięli z maleńkiego gospodarstwa, od żony i dzieciaków, na okrutną wojnę do Rosji. Modlili się za niego w domu co wieczór i jakoś – cudem prawie – wrócił żywy i cały. Długo się jednak domem, a zwłaszcza polem i sadem nie nacieszył, bo jak wszystkim zabrano, co kto miał własnego. Nawet i religię odebrano, bo kościół zamieniono na kino ludowe. Janosz wtedy jakoś zaciął się w sobie i nie klękał do pacierza z żoną i dzieciakami. Zaczął zarabiać na nich grywając na czerwonych skrzypcach, jakie mu jakiś Cygan zostawił za nocleg. Grywał przecież od dziecka, a to na fujarce, a to na okarynie i czasem na skrzypkach próbował, ale własnych nie miał. Teraz trochę się przyuczył przy Cyganach i grywał z nimi w miejskiej gospodzie ogniste czardasze. Potem wypijał sporo tokaju i zjadał wielkie porcje ostrego gulaszu. Gdy wracał do domu nie mówił prawie nic, ale i nigdy nikogo nie skrzywdził. Żona i dzieciaki kochali go takim, jakim był. Któż mógł wiedzieć, co przeżył na tej wojnie i jaki zapiekły ból w sobie nosił po tym, jak mu ojcowiznę odebrali. I tak się postarzał przygrywając niezmiennie w gospodach na tych skrzypkach, robiąc coś w obejściu i chadzając rano po polach. Dzieci porosły, niektóre odeszły, ale respekt do ojca czuły i złego słowa na niego nie dały powiedzieć, choć czasem z kolejną butelką tokaju przesadził. Kiedy zmieniła się w końcu władza i można już było modlić się w kościołach, żona poprosiła, by pojechał z nią do sanktuarium Madonny w Thiany, podziękować za jego powrót z wojny, za dzieci i za jaki taki los. Skinął głową i pojechał. Tam jakoś mocniej dotarło do niego, że to, iż żyje, to jednak cud i coś w nim z wdzięczności stopniało… Padł na kolana i złożył przy żonie ślub, że nie potrafiąc się modlić, będzie co wieczora grał Madonnie to, co potrafi na swych skrzypkach czereśniowych. I tak było, bo kiedy żona wieczorem brała różaniec,  on chwytał skrzypce i grał, dobierając melodie z tych, które znał najtkliwsze. Nie tworzył nowych, bo nie potrafił, a były to melodie, które grywał kiedyś swojej narzeczonej, do tańca w gospodach, na weselach swoich dzieci, przy świętach, kiedy bez kościoła ludzie chcieli jakoś się modlić. Jednak teraz jedna przechodziła w drugą i stawały się jedną, jakby coraz czulszą i gorącą. Takie były jego modlitwy, nie inne. Czasem się ludzie zatrzymywali pod oknami, bo coś w tym graniu było niespotykanego, ale nie wchodzili, słysząc szemranie różańca. Któregoś wieczora osunął się podczas grania i tak skończył swój żywot. Na pogrzeb zjawiły się nie tylko dzieci i wnuki, ale i tłum ludzi, z którymi przecież prawie za życia nie gadał. Żona oplotła mu ręce różańcem, którego nie odmawiał, a przy ramieniu i twarzy złożyła te jego czereśniowe skrzypki. Pochowano go w brzozowej ubogiej trumnie, a ksiądz i żałobnicy śpiewali mu nadzwyczaj wdzięcznie. Żona po pogrzebie zaczęła biadolić, jaki go tam los czeka, skoro tyle lat się nie modlił. Ksiądz jakoś ją pocieszał, ale dopiero uspokoił ją sen, choć zwykle nie śniła. Ujrzała w nim Janosza z perłowymi skrzypcami, jak gra czardasza i swoją serenadę tam, między Aniołami u stóp Tej, której się pokłonił i ślubował w Thiany. I do śmierci słyszała gdzieś po polach te melodie, kiedy co wieczór brała różaniec.
*
Jeśli życie jest opowieścią, jeśli jest też melodią, to gdy było jakoś godne,  stać się może chyba pieśnią…
skomentuj (1)

2011-09-15 15:17:04
WŁAŚNIE TEN MIŚ
Rzeczy milczą na temat, ile naprawdę kosztują, poza swoją detaliczną czy hurtową ceną, a ludzie coraz mniej cenią rzeczy, za które płacą niewiele.
*
Oboje uważali, że ich jedynaczka Kama – musi mieć wszystko, czego zapragnie, zwłaszcza, gdy ich na to było stać. I Kama pragnęła, a właściwie coraz częściej i więcej żądała rzeczy, które po prostu zjawiły się w jej polu widzenia i zachcenia. Przywykła już, że od rodziców nie należy się spodziewać niczego innego prócz rzeczy, choćby najwymyślniejszych. Czasem trochę zdziwiona patrzyła na jakieś dziecko przytulane przez matkę, prowadzone  przez ojca, w ożywionej rozmowie z nimi… Kama tego nie znała, bo miała piastunkę, a oni, gdy wreszcie mieli parę godzin czasu, to zabierali ją do najlepszych sklepów z zabawkami i tam dumni byli z tego, ile nowych zakupów wynosili do samochodu. Te zabawki nudziły się Kamie szybko, więc były następne wyprawy, zakupy i znudzenie, bo nie było z kim się tym bawić. Wysyłano więc te  „nieoswojone” zabawki do domów dziecka, by kupić Kamie nowe.Któregoś niedzielnego ranka Kama zerwała się ze snu z okrzykiem: „Właśnie ten miś!” Okazało się, że śnił się jej jakiś miś „cudny i jak żywy” i że ona tylko takiego chce mieć. Najprościej było wziąć ją do sklepu, by znalazła podobnego. Jednak okazało się, że żaden taki nie był. Poza tym tak była podniecona swoim pragnieniem, że zmuszała ich do wędrówki od sklepu do sklepu i do przerzucania setek miśków, z których żaden nie był „tym właśnie.” Kiedy w końcu trafili do sklepu z bardzo tanimi chińskimi zabawkami, Kama nagle wśród sterty przytulanek wypatrzyła tego miśka ze snu. Kosztował parę złotych i był dość sympatyczny. Kama jednak miała jeszcze jedno żądanie: „Chcę zobaczyć dziewczynkę, która go uszyła.” Z tym był kłopot, bo z Chin przychodziły tysiące takich miśków i nikt nie wiedział z jakiego dokładnie miejsca. Kama była nieubłagana i musiała zobaczyć tę dziewczynkę. Zatrudniono więc detektywa, który po tygodniu różnych działań i poszukiwań, namierzył miejsce, gdzie ta seria miśków została uszyta. Ale nikt nie mógł wskazać wykonawczyni. Kama wpadła w obsesję, z którą sobie nikt nie radził. Zażądała wyjazdu z rodzicami tam, gdzie ten misiek był uszyty. Nigdy nie odmawiali jej niczego, ale to już kosztowało ich zbyt dużo. Jednak wobec histerycznych wrzasków Kamy, jej gorączkowania, stuporów etc. ustąpili. Pojechali do Chin nieoficjalnie, bo detektyw powiedział, że władze nie chcą tam gości. Kiedy w końcu dotarli do fabryczki i weszli tam we czwórkę, stanęli oniemiali. Był to barak nieprawdopodobnie zatłoczony przez kilkunastoletnie krawcowe, które w strasznym zaduchu szyły przytulanki bez przerw przez 15 godzin dziennie. Nie miały też tam niedziel, a za godzinę tej niewolniczej pracy otrzymywały po 33 centy. Kama stała i słuchała, co detektyw mówił jej półgłosem i przecierała oczy. Kończyła się zmiana i detektyw poprosił 13-letnią dziewczynkę, której siostra ponoć szyła pierwszego miśka z serii, z której był „ten właśnie” i prawdopodobnie tenże… Dziewczynka zaniosła się płaczem mówiąc im po cichu, że jej siostra szyła tu przez dwa tygodnie po 16 godzin i właśnie przy tym miśku zmarła z wycieńczenia. Zapamiętała to, bo serię wstrzymano. Kama zbladła i wyszeptała: „Ja ją widziałam we śnie, jak przytuliła tego miśka i znikła… Nie chcę już żadnej innej zabawki. Tylko tego misia będę kochać do końca życia.” Ten sen, ten miś i wyprawa do chińskiej wytwórni zabawek, przemieniły ponoć Kamę tak, jakby ktoś z innego świata cud uczynił. Tak to określili jej rodzice.
*
Tylko przesycone i znudzone dzieciaki (małe i duże), nie myślą, jak wiele może kosztować to, czym gardzą, bo im zbyt łatwo przychodzi.  
skomentuj (2)

2011-09-11 22:11:16
LASKA
Nigdy nie wiadomo, czym może obdarować cię ktoś, kto zjawił się, by cię o coś prosić.
*
W swoim uporządkowanym życiu wieczory miał dla siebie. Wyłączał wtedy telefony, a nawet dzwonek przy drzwiach. – O tej porze – tłumaczył sobie i innym – porządni ludzi odpoczywają i nie składają wizyt. Przyjaciół i znajomych miał on niewielu, więc nikt mu raczej  nie zakłócał spokoju. Tego zimowego wieczoru właśnie odprawiał wieczorną medytację, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Nie chciało mu się schodzić, ale ktoś nadal dzwonił. Zszedł więc  i zerknął przed wziernik. No tak, to ten niby bezdomny, który czasem tu pukał i któremu dawał resztki ze śniadania lub grosiwo z portfelika, bardziej, by się go pozbyć niż ze współczucia. A teraz tamten dawał na migi znać, że chce coś zjeść i że jest mu zimno. Gospodarz wrócił do mieszkania, wrzucił jakieś wiktuały do woreczka, włożył czapkę i kurtkę, i otworzył drzwi wystawiając przez nie jedzenie. Na zewnątrz było naprawdę mroźnie i wietrznie. Od stojącego pod drzwiami poczuł alkohol, więc nie otworzył drzwi szerzej, a gdy tamten zesztywniałą dłonią wziął woreczek, szybko zamknął za nim drzwi. Tamten obrócił się i odszedł bez słowa czy gestu, lekko utykając i podpierając się jakąś laską, której przedtem raczej nie używał. Gospodarz wrócił do ciepłego pokoju, ale z medytacji już nic mu nie wyszło. Usprawiedliwiał się sam przed sobą, czemu nie wpuścił tamtego. Wiadomo, tamten był brudny, chyba trochę nietrzeźwy i kto wie, czy nie chciałby czegoś więcej. Zresztą, coraz więcej jest tych domagających się wsparcia, a czy on może liczyć na kogoś, prócz siebie? – Raczej nie. Z medytacji zostało mu zdanie, że przypadek jest pseudonimem Boga, gdy nie chcę się On ujawniać. – „Ale to był czysty przypadek!” – powiedział do siebie głośno przed snem. Po trzech dniach zadzwonił do jego drzwi mieszkający niedaleko szef ekipy z zakładu pogrzebowego mieszczącego się tuż obok. – „Pogrzebaliśmy dziś tego bezdomnego, który do pana też przychodził po prośbie. Może go pan go lepiej znał?” – powiedział. – „Nie znałem go – odparł - A co mu się stało? Nie stary był jeszcze…” – „Parę dni temu zamarzł tu gdzieś w nocy – powiedział tamten – została po nim laska, może pan ją weźmie, nawet jeśli go pan nie znał? Tyle po nim zostało.” Wręczył mu tę laskę i odszedł, otulając twarz kołnierzem, bo i dziś było bardzo mroźnie. A on stał w otwartych drzwiach jak porażony… Pomyślał teraz o pomieszczeniu na dole domu, z szafą, kranem i starym łóżkiem. Tam było ciepło i pusto, a tamten zamarzł na mrozie… Wszedł powoli do środka i zaczął oglądać czarną laskę po nieboszczyku. Była zapuszczona, ale kiedy lekko ją oczyścił, okazało się, że jest naprawdę piękna, inkrustowana i bardzo wartościowa. – „Warta więcej niż koszt paru nocy w niezłym hotelu – pomyślał. – Ale to, że on wtedy zadzwonił do mnie tutaj, to był przypadek, czysty przypadek!” Tylko jakiś szept z głębi sumienia odpowiedział pytaniem: „A ta laska też?”
*
Przywykliśmy (może nazbyt?), że dzieje się wokół wiele zwyczajnych przypadków… Czy aż tak zwyczajnych (czystych?) Któryś z nich jednak może być starannie zaplanowany i paradoksalny, jak anonimowy Bóg.
skomentuj (1)

2011-09-08 21:24:20
PANI, CZY TO CZŁOWIEK?
Czym zmierzyć, ile jest człowieka w człowieku? Czy to już…czy to jeszcze…czy to koniecznie człowiek? Komu powierzyć to rozeznanie?
*
Miał się nie począć… nie urodzić… nie przeżyć… A jednak był, żył, ale nikomu chyba na pociechę. – „Niewiele ludzkich odruchów” – bąknął lekarz, a sąsiadki patrząc z odrazą na jego potworkowatą twarz i tępy wzrok, współczująco powątpiewały przy matce: „Pani, czy to człowiek?”Ona sama nie miała pewności, bo więcej w nim było ze zwierzątka, gdy łasił się, czepiał jej, ledwie reagował na dotknięcia czy szarpnięcia, gdy wciąż tylko bełkotał… Ale jednak czasem potrafił spojrzeć tak przejmująco,że u żadnego psiaka czegoś takiego w ślepiach nie widziała. Mąż odszedł, była z nim sama. Nazywała go Toto, bo mąż kiedyś tak o nim powiedział.Gdy miał 7 lat budziło się coś w nim na widok motorów. Naśladował ich dźwięk, czasem chciał pobiec, wsiąść, jechać. Marzył chyba o tym po swojemu, bo nawet przez sen bełkotał” „Moto, moto” Potem tak wołał, gdy zobaczył jakiś motocykl. Złośliwe dzieciaki zamieniły to na „Matoł” i darły się tak za nim. Nie reagował. Nie było w nim żadnej złości. Na szczęście, bo był coraz silniejszy. Lubił chodzić z matką do kościoła. Zamierał w nim, jakby tracąc oddech. Kiedy jednak widział, jak dzieci przyjmują Komunię, wstawał, by też pójść i matka musiała go powstrzymywać siłą. Wpatrywał się w księdza z większym zachwytem niż w motocykle. I ciekły mu wtedy łzy, choć nigdy nie płakał. Miał już 12 lat, gdy na jednej Mszy wyrwał się matce i ukląkł na stopniu z innymi. Ksiądz, znając go, uśmiechnął się, pogładził go po głowie i minął. I wtedy Toto naprawdę się rozpłakał. Ksiądz zatrzymał się, wrócił i włożył mu do ust Hostię. Matka usłyszała szepty sąsiadek: „Jak to tak? A na religie chodził? I czy to w ogóle wie, o co tu chodzi?” Ksiądz potem powiedział mimochodem, że Pan Jezus przyszedł także do ostatnich w kolejce po rozum. Toto był po swojemu szczęśliwy i przy tym jeszcze brzydszy. To była jego pierwsza i ostatnia Komunia. Nazajutrz matka jechała z nim z nim autobusem i stał się wypadek. Wielka ciężarówka uderzyła z boku w autobus przewracając go na przejeździe kolejowym. Rozległy się krzyki i jęki rannych, a drzwi znalazły się pod spodem. I wtedy Toto kopniakiem wybił szybę w oknie, wydostał się i zaczął wyciągać matkę. Kiedy stanęła obok pokaleczona, ale cała, Toto chciał wrócić po torbę, ale dostrzegł, że szlaban się opuszcza i spojrzał wzdłuż torów. Była mgła i chyba tylko on słyszał nadjeżdżający pociąg, gdy w leżącym na szynach autobusie nadal ludzie wołali o pomoc. Nagle wydał z siebie odgłos motoru i ruszył po torze, jakby chciał zatrzymać pociąg. Biegł burcząc coraz szybciej, jak szalony. Maszynista w końcu go zauważył, ale za późno, bo była mgła. – „Co za głupek? – krzyknął tylko – Oszalał?” Zazgrzytały hamulce, ale chłopak już wpadł pod koła… Dopiero teraz maszynista ujrzał autobus, rannych i matkę biegnącą z krzykiem: „Toto, dziecko moje!” Pociąg stanął kilka metrów przed leżącym autobusem, z którego słychać było krzyki przerażenia. Potem w grupce gapiów jakaś kobieta powiedziała do drugiej: „Patrz, pani, kto by pomyślał, że się coś ludzkiego w tym obudzi. A może on się tylko bawił w motor?”                                          
*
W niewielu z nas obudziłoby się nagle coś tak ludzkiego, ale jedną z miar człowieczeństwa jest też dostrzeganie coś w pełni człowieczego tam, gdzie… po nie ludzku jakoby tego nie ma.   
skomentuj (1)

2011-09-03 21:41:31
GŁUPOTA I MĄDROŚĆ
Jedynie spokojna toń odbija w sobie niebo i pozwala wejrzeć w swoją głębię. Rozfalowana – tylko szumi i niepokoi.
*
Ponoć biały, który ląduje gdzieś w zapadłej Afryce, powinien pozbyć się zegarka, a nawet kalendarza. Nie każdy jednak chce się z tym zgodzić. Na pewno nie siostra Freneta, która po założeniu kilku nowych placówek w Europie, wybrała się teraz do Kongo, by tam wskrzesić placówkę misyjną.Zaczęła od dobrej logistyki. Kiedy zjawiła się w murzyńskiej wiosce z kilkoma kontenerami, samochodem terenowym i motocyklem, wzbudziła sensację. Przyjechały tam we dwie, ale ta druga Silena, była tylko po to, by gotować, modlić się i wspierać duchowo pierwszą. Freneta rozpakowała sprzęt według kategorii i ważności, dopracowała program i przystąpiła do działania. Trzeba jej przyznać, że talent, energię i umiejętności miała za trzech mężczyzn. W parę tygodni stanął tam domek dla sióstr, duża kuchnia, szpitalik i hala spotkań służąca także za kaplicę. Freneta była niezmordowana. Nieustannie albo w swoim jeepie, albo na motocyklu, albo w biegu z furkoczącym habitem. Mieszkańcom wioski podobało się to, co już zrobiła, ale dziwna rzecz, że szczególną sympatią darzyli Silenę. Do niej przychodzili po rady, z nią się bardzo chętnie modlili, starali się jej pomagać. Freneta za to nieustannie narzekała na ich bierność, nieliczenie się z czasem, lenistwo. Nie zauważała, że prócz tego, że uśmiechali się do niej, to także śmiali się z niej, po cichu przezywając „tarantulą”. Kiedy to do niej dotarło, zapytała Silenę o powód. Ta nieśmiało wyjaśniła, że mieszkańcy wioski, widząc ją wciąż pędzącą gdzieś i zaśpieszoną, szeptali, że chyba ją ukąsiła tarantula, bo właśnie ukąszeni są tak niespokojni i gorączkowi. Zresztą, dla nich taka ruchliwość była i jest oznaką głupoty, więc mimo swoich zasług i umiejętności, Freneta była godna śmiechu, jak dokazujące nieustannie na palmach małpy. I wtedy Freneta znieruchomiała zszokowana tym prawie. Wsiadła do jeepa i zniknęła na kilka godzin. Wróciła jakby inna. Nader spokojnie wysiadła i poprosiła zdziwionego miejscowego katechistę o rozmowę. – „Czy naprawdę  sądzicie, że jestem ukąszona, szalona lub po prostu głupia?” – zapytała. Ten patrząc jej spokojnie w oczy powiedział: „Nie gniewaj się, siostro, ale my tak myślimy, choć tyle ci zawdzięczamy. Zrobiłaś wiele, ale nie ustajesz w bieganiu. I nawet dzieci widzą, że jesteś w tym podobna do małp, do wiatru, do chorego od ukąszenia.” Na to Freneta: „Ale ja tylko oszczędzam czas.” A katechista: „Ale Bóg stworzył bardzo dużo czasu, a ty chyba Mu nie ufasz, jeśli gonisz jak szalona każdą chwilę, zerkając na zegarek. A Bóg robi wszystko powoli i zawsze zdąża na czas.” Freneta odruchowo zerknęła na zegarek, ale zdjęła go i schowała. Zawsze tak pewna siebie, usiadła zawstydzona i siedziała tak chyba z godzinę. Wtedy nieśmiało zaczęły do niej podchodzić dzieciaki, potem ich matki, a nawet niektórzy mężczyźni, jak do Sileny, która od początku nie miała zegarka i nie znała się na logistyce.
*
Tak się w tym naszym świecie przyjęło, że człek jest tym więcej wart, im bardziej mobilny, wielozadaniowy, wciąż gdzieś pędzący, rozchwytywany. Może on i ma sporo wiedzy, umiejętności, inwencji, niespożytej energii, ale czy ma on mądrość? Nie zapytam, czy ma on czas na miłość, która ponoć przede wszystkim ma być cierpliwa?
skomentuj (1)

2011-08-20 19:54:17
KAMIENNA PANI
Lękać się trzeba o serce, co na wietrze uczuć jest jak listek… I choć płaczliwe bardzo, łzy może wypłakać wszystkie…
*
Szkoda, że po zamku na wzgórzu koło Brązwałdu na Warmii nie został kamień na kamieniu, bo ładny był ponoć. Jednak dobrze, że jednemu sercu, które tam skamieniało, ludzkie czucie zostało przywrócone, o czym  ta legenda. Opowiada ona o wdowie, której mąż – pan zamku – przeciw wrogim plemionom wyruszył i w bitwie koło Świętej Lipki w walce poległ. Tak przynajmniej mówili ci, co na pobojowisku tarczę jego znaleźli i żonie ją  przywieźli. A ona młoda była jeszcze i w nim rozkochana. Zaniosła się płaczem tak głośnym, że echo po jeziorach szło i w ludziach żal budziło. W tym płaczu nie ustawała prawie, jakby nim chciała niebo poruszyć. Któregoś dnia umilkła nagle, wyszła do ludzi z twarzą suchą i zimną, a gdy zaczęła rozkazywać, sądzić, karać, ludzie pomyśleli, że serce w niej obróciło się w kamień. Już żadna łza nie błysnęła w jej oku, jak i żadna czyjaś łza, ból czy skarga nie poruszyły jej serca. Zaczęto nazywać ją Kamienną Panią. Jednak ów rycerz, jej mąż, został wzięty w niewolę i po wielu miesiącach z pomocą jakiegoś wajdeloty zbiegł i przez puszcze ruszył w stronę zamku. Kiedy dotarł tam, tak był zabiedzony, obdarty i zarośnięty, że nikt go nie poznał. Stanąwszy przed Panią opowiedział jej o swoich bojach, niewoli, udrękach, ucieczce, ale że jest jej mężem zamilczał. Pozwoliła mu być najemnym sługą i pomagać w drewutni i przy paleniu w piecach. Jednak któregoś wieczoru rozpoznała go stara piastunka, szepcząc tuż za nim jego imię. Drgnął wtedy i przytulił płaczącą, lecz szeptem wyjawił jej, iż w niewoli ślubował Bogu, że nie wyjawi kim jest, dopóki jego żona sama go nie rozpozna. Zachodził wieczorami do piastunki, słuchał jej opowieści i sam opowiadał, ale oboje strzegli tajemnicy. Pani ani razu nie spojrzała w twarz słudze, mimo, że usługiwał przy stole, przy koniu, na polowaniu. I tak minęło parę lat, aż zmogła ją ciężka choroba. I wtedy piastunka pomyślała, że może kończy żywot i zmiękło jej serce, więc wyjawiła jej tajemnicę. Jednak ten kamień w sercu Pani odpowiedział tylko obawą, że mąż pozbawi ją władzy lub zmieni jej sposób panowania. Kazała przykuć go do ściany w głębokim lochu, chcąc go na śmierć zagłodzić. Piastunka jednak karmiła go przez kratę. Pani odkrywszy to, postanowiła otruć męża rękami piastunkami. Podarowała jej placek, który lubił niegdyś jej mąż, mieszając do ciasta truciznę. Jednak nieopatrznie nadgryzł placek kot, który natychmiast skonał. Kiedy Pani ujrzała, że piastunka zakopuje placek, rzuciła się, by ją udusić. I wtedy ta stara kobieta krzyknęła: „Przeklęta bądź i zamień się bodaj w żmiję, byś tak pokutowała za swoją złość, dopóki ktoś nie nazwie cię Bożym stworzeniem.” I tak się stało. Długa i barwna żmija wypełzła z zamku i skryła się pod wielkim krzakiem róży przy drodze. Rycerz objął władzę na zamku i zmienił się los poddanych, bo wszystkie niedole uczyniły jego serce litościwym. Co i raz jednak ktoś spotykał w pobliżu różanego krzewu wielką żmiję, a dzieci ciskały w nią kamieniami. Kiedyś ujrzał to pielgrzym i powiedział do chłopców: „Nie róbcie jej krzywdy tymi kamieniami, bo to też stworzenie Boże.” I wtedy stanęła tam na oka mgnienie piękna pani, która szybko zmieniła się w garbatą staruszkę, prosząc pielgrzyma, by wziął od niej złotą ostrogę jako znak, kim ona jest i żeby poprosił wszystkich o przebaczenie dla niej. I zniknęła. Kiedy ów pielgrzym przejął władzę po śmierci rycerza, zamek zasłynął jako miejsce wielkiego miłosierdzia. Po wielu latach, gdy budowano w Brązwałdzie kościół, wykopaną złotą ostrogę. A ów różany krzak długo jeszcze kwitł przypominając ową legendę.
*
Przekleństwem jest serce niezdolne do łez i współczucia. Może na tę nieczułość sposobem jest tylko pokuta?
skomentuj (1)

2011-08-09 20:26:34
NAGI KRÓL
Gdyby tak rozebrać Pychę z przepychu, tak całkiem do naga, to cała jej przewaga prysłaby jak blaga.
*
Jakże szybko i mocno przywyka się do wygody i luksusu – pomyślał pan X, kiedy musiał wysiąść ze swojej zalanej limuzyny i schronić się w prostej wiejskiej chałupie podczas nawałnicy. Jego kierowca poszedł szukać mechanika, a on siedział w ciasnej i dusznej izbie z kilkunastoma „tubylcami” i coraz gorzej znosił ich towarzystwo. Nie mógł inaczej określić ich w myślach jak „prostactwo”. Dzieliła go od nich przepaść. Ten ich język, tematy, ubiór, styl… Ktoś z nich skinął na niego, by też z nimi pogadał i żeby nie patrzył na nich tak z góry. Wykrztusił z siebie: „Wybaczcie, ale ja na co dzień nie tak rozmawiam, nie tak mieszkam, nie tak jadam… To nie mój świat.” Ucichli jakby zgaszeni, onieśmieleni. I wtedy odezwał się z kąta milczący dotąd staruszek, który budził respekt. „Będzie bajka” – ktoś szepnął i była. – „Ano był raz król, co za boga się miał i bardzo dbał, by tak uważano. A że niedostępny był jego pałac, to widziano go jedynie z daleka na paradach, bo w doliny nie zstępował. Jednak kiedyś poczuł w wietrze zapach morza i zapragnął w nim kąpieli. Kazał dopilnować, aby nikt go nie widział, jak on tam jedzie. Przemykał się tylko z pachołkiem w szatach bogatych, choć nie tak paradnych. Morze było lekko wzburzone. Król zrzucił odzienie, przykrył nim sakiewkę, pierścień i pieczęć, z którą się nie rozstawał i rzucił się w wodę. O jakże mu było rozkosznie nurkować, oglądać podmorski świat, wynurzać się i znów znikać pod wodą. Kiedy wynurzył się kolejny raz, nie mógł uwierzyć, że zniknął pachołek z końmi, jego odzieniem i insygniami władzy. Stał jak go Bóg stworzył, bezradny jak nigdy. Ruszył w kierunku rybackiej chaty, stanął przed nią wołając: „Królem waszym jestem. Dajcie mi odzienie i sprowadźcie służbę z pałacu!” Jednak usłyszał tylko śmiech dzieciaków, bo nikogo dorosłego nie było. Zobaczył jakąś idącą z torbą kobiecinę, która nawet nie chciała go słuchać, krzycząc, że „jakiś obłąkaniec golizną ją straszy.” Gdy zobaczył, jak biegną ze wsi z kijami, uciekł do lasu. Kąsało go robactwo, pokrwawił nogi, unurzał się w kurzu. Gdy zapukał do chatki pustelnika wołając kim jest i rozkazując mu biec do pałacu po służbę, ten mu zatrzasnął wrota przed nosem. Tuż stała brzydka figura Bożego świątka i przy niej zgięły mu się kolana, oczy upuściły łez i tak zaczął żałośnie się modlić, choć nigdy tego nie czynił. O dziwo – im dłużej się modlił, tym bardziej jakaś godność mu na twarz wstępowała. Aż zerkający nań pustelnik narzucił nań jakąś derkę i powiódł do pałacu. Ale przy bramie warta ani myślała wierzyć, że to król. – „Król wrócił i rządzi” – odrzekli. A to ów pachołek ubrał się w szaty króla, włożył pierścień i zawładnął pieczęcią. Wtedy zaczął błagać, aby zeszła tu jego żona. Długo czekał, gdy wokół strażnicy rechotali z niego, jak z przybłędy bez rozumu. Kiedy w końcu zjawiła się królowa, rzekła, że może być ich dwóch, bo ten nowy też jest do rzeczy… I wprowadziła do sali tronowej, gdzie z berłem i w koronie zasiadał pachołek, co już pachołkiem nie był, a teraz mógł zrobić, co mu się podobało z trzęsącym się pod derką golasem. Gdy królowa rzekła, by rządzili we dwóch, nowy król wstał i rzekł: „Tak być nie może. Jesteś pani jego żoną, a on jest królem. A ja to jestem przebrany Anioł Stróż i przysłał mnie Pan Jezus, abym tego pyszałka rozumu nauczył”. I jak gadali, król odmienił się, że nie do wiary.”Staruszek ucichł, a prawie wszyscy uśmiechali się do siebie znacząco, bo pojęli morał, więc spoglądali na nieproszonego, a zarozumiałego gościa. I wtedy wrócił kierowca, ale bez mechanika. – „Jesteśmy zdani na łaskę czy niełaskę tych ludzi – powiedział – pomoc zjawi się jutro rano.”
*
Bogactwo i nędzę, szczęście i nieszczęście, pychę i upokorzenie dzieli czasem tak niewiele, że lepiej nie być pewnym siebie, bo pewność niepewna…
skomentuj (3)

2011-08-06 21:16:28
ZA NIEMIŁOŚĆ
Bywają tak zakręceni wokół siebie samych i tak bezwiednie chorzy na niemiłość, że nieszczęścia potrzeba, co by ich z tego kręćka wytrąciło.
*
Lubię miejsca z przypisanymi do siebie legendami. Szukam wręcz takich, spisuję je. Niedawno w pewnej wsi natrafiłem na kamienną ławę nad strumieniem. Tuż przy niej, nad samą wodą pochylony był omszały głaz przypominający kogoś klęczącego. Ów kamienny jegomość miał przykuty do brzucha łańcuch z mosiężnym kubkiem, Uchwyt łańcucha miał kształt rzeźbionego sztyletu. Kiedy podeszły tam dziewczyny, zapytałem, czy to coś znaczy. Okazało się, że tak. Ponoć ponad sto lat temu do wsi przywędrował parobek Marcyś - nad wyraz urodziwy, lecz jakiś chłodny do dziewcząt. Mało rozmowny, trochę samotnik, A grywał sobie na fujarce tak, że ta gra chwytała za serca dziewuchy nie mniej niż jego niezapominajkowe oczy. Kiedy strzelały do niego ślepiami, zagadywały, spoglądał na każdą prawie że pogardliwie. W niedzielę ubierał się paradnie i szedł do kościoła z nikim nie gadając po drodze i wzruszając ramiona na tęskne spojrzenia dziewcząt. W kościele stawał niezmiennie przy kolumnie z rzeźbionym aniołem, jakby chciał z nim konkurować urodą. Nie ruszał się z tego miejsca do końca i ani razu do ołtarza nie podszedł. W święta lubił  siadać nad tym strumieniem i gapić się wodę. Kiedy dziewuchy podchodziły śmiejąc się i zagadując, spoglądał na nie spojrzeniem zimniejszym niż ta woda. Trwało to już z rok, a on się nie zmieniał. – „Co za dziwadło!” – mówiły jedne. – „Ani serca w nim, ani kropli krwi gorącej” – dodawały drugie. – „Jakże to tak bez miłości żyć może? – pytały inne – Na nikogo przecież cieplej nie spojrzy.” Kiedyś poszedł na jarmark i kupił sobie ozdobny sztylet i pas wyszywany. Teraz w święta stroił się Marcyś w ten pas ze sztyletem, jakby bronić się miał przed kimś, choć nikt prócz dziewcząt na niego nie nastawał. I kiedyś w jakieś święto, kiedy stał w kościele, jak rzeźba cudna, nie uklęknąwszy nawet, znów usiadł nad strumieniem. Musiał coś nagle zobaczyć w wodzie, bo pochylił się gwałtownie, wpatrując się uporczywie…Jakoś tak nieszczęśliwie przechylił się, że wpadł do wody, z której się już nie podniósł. Okazało się, że ów sztylet przebił go na wylot i tak życie stracił. Pochowali go ludzi niedaleko, ale strach padł na dziewczyny, bo która zerknęła tam do wody, by się przejrzeć, jego twarz widziała. „Marcyś straszy” – poszło po wsi i jakoś nie było chętnych spojrzeć tam w wodę, zwłaszcza o zmierzchu. Kiedyś zastano tam głaz, co się osunął ze zbocza i utkwił nad wodą. Jako żywo przypominał postać klęczącego Marcysia, choć on nigdy nie klękał za życia. Omijano to miejsce tym bardziej, choć nie jedna miała chęć ujrzeć tę jego twarz w wodzie. Strach był jednak większy. Co widmo, to widmo. Aż kiedyś gospodyni księdza, co różne wróżbne sny miewała, oznajmiła, że śnił jej się Marcyś na kolanach błagający o jakiś odruch serca i modlitwę wioskowych dziewuch, bo straszną pokutę cierpi tam za to, iż kochaniem gardził i siebie prawie nad Boga wynosił. Zebrały się dziewuchy przy kapliczce, a że maj był, to całą litanię wyśpiewały dodając „Serdeczna Matko”,  za nieszczęśnika pokutującego w zaświatach. No i straszyć przestało. A potem aż nazbyt często dziewuchy sprawdzały, czy twarz Marcysia już się tam nie pokazuje. A kowal, u którego Marcyś mieszkał wziął mosiężny kubek po nim i przykuł do głazu klamrą w kształcie owego nieszczęsnego sztyletu. No i głaz podobny do klęczącego pokornie jegomościa służył teraz ludziom morałem i kubkiem do wody nad wyraz chłodnej i smacznej.
*
A morał? Oby się nam nigdy nie zdarzyło zachorować przewlekle na niemiłość i na samouwielbienie, bo to nieszczęście gorsze niż w widmo zapatrzenie.  
skomentuj (2)

2011-07-22 20:36:45
KOT PROBOSZCZA
Nawet nie zauważysz, jak zachcianki i luksusy oplączą ci jedwabne pęta wokół wolnej duszy.
*
Ponoć między panem i jego zwierzakiem można zauważyć pewne podobieństwa – nawet w wyglądzie. No cóż, kto z kim przestaje… Ciekawe tylko, kto do kogo upodabnia się bardziej? Na tej plebanii, prócz księdza proboszcza mieszkał sobie kot, można by rzec, że z rodowodem – od kociego pradziada bowiem związany z tym miejscem. Ten, prócz czarnej sierści z białą plamką na szyi, zachowywał też stan bezżenny, nie interesując się płcią przeciwną nawet w marcu. Rozumieli się z proboszczem i lubili. Można było owego kota nawet nazwać pobożnym, bo nieruchomiał na czas modlitw pana. Jednak ostatnio proboszcz zaczął częściej pościć, co się jego kotu raczej nie spodobało i pokutnikiem zostać nie zamierzał. Bo czyż może kotu służyć celibat, milczenie i posty? Może tak, ale do czasu. Kot więc postanowił zmienić pana i miejsce zamieszkania. Jako że proboszcz już od pół roku nie korzystał z usług gospodyni, nasz kot powędrował do niej, bo czasem mu coś podrzucała po cichu. Ona jednak była gospodynią w domu jakiegoś bogacza, którego żona przyhołubiła szybko kota, obsypując go nie tylko pieszczotami, ale i sposobnym pokoikiem i frykasami. Kot odrabiał więc zaległości w jedzeniu i spaniu. Tył i rozkapryszał się coraz bardziej, jako że nowa pani kapryśna była też ponad miarę. Część tych kaprysów dotyczyła kota właśnie – jego wyglądu, garderoby, witamin, kosmetyki etc. Kot poddawał się temu bardziej z lenistwa niż z upodobania, bo od jedzenia krewetek, kawioru, ślimaków i żabich udek jakoś stał się ociężały i zobojętniały. Jednak czasem, przejedzony, zaczynał wspominać resztki rosołu proboszcza i kosteczki kurczaka, niedzielne flaki w rosole. Co prawda zawsze ich było mało, ale jakże się po nich oblizywał. A tu? Odbijało mu się tylko. Poza tym, fryzjerki, krawcowe, lekarki, terapeutki, do których go nowa pani prowadzała, stawały się nie do zniesienia. I sam nie wiedział, czy spojrzenia innych kotów kryły w sobie zazdrość, czy pogardę, gdy kroczył w kolejnej kreacji po alejce. Kroczył, bo pani jakoś sprytnie założyła mu śliczną obróżkę i prowadzała go na łańcuszku-smyczy. Teraz nawiedzały go sny o jego dawnych wędrówkach po dachu plebanii przy księżycu, po płotach, strychach, piwnicach – wolny, jak kot, który chadza tylko własnymi drogami. Budził się jednak na poduszce z falbankami, z nowym zapachem szamponu, głaskany przez panią tak, że dostawał niemiłych dreszczy. Kiedy zawiozła go limuzyną do specjalnego hoteliku dla zwierzątek ze ślicznymi klateczkami i wybiegami, bo wybierała się w morską podróż, nie wytrzymał. Zwłaszcza, że mignęła mu gdzieś za płotem mordka dawnego kumpla z nocnych eskapad. Nie, to byłaby hańba, tak się dać zmanierować. Szarpnął smycz-łańcuszek i już go tam nie było. W mieście się zagubił, ale wschodzący księżyc pomógł mu trafić pod drzwi plebanii. Jakże zaskoczony był, gdy ujrzał tam białą kotkę, która zajęła tam jego miejsce. Była zgrabna, wiotka i powabna. Kiedyś ją spotkał, ale udawał, że jest w celibacie. Teraz pomyślał, że jeśli proboszcz nie będzie miał nic przeciw temu, to on zmieni stan, zwłaszcza, że po zapachu z kuchni wywnioskował, iż proboszcz chyba przestał się głodzić i  będzie można wykarmić kocią rodzinę. Kiedy zamiauczeli oboje, proboszcz przerwał modły i wybiegł, jak do syna marnotrawnego z przypowieści.
*
Kto budzi w tobie lenia, snoba i obżartucha, ten pewnie chce zagłodzić w tobie i serce, i ducha. 
skomentuj (5)

2011-05-28 21:52:42
UZDROWIĆ, ZNIECZULIĆ CZY OGŁUPIĆ?
Pytanie może głupie, ale nie do końca: Czy nieszczęśnik może w tym swoim nieszczęściu być szczęśliwy? Czy nie powinien wręcz domagać się współczucia, pocieszenia, znieczulenia,  uleczenia? Bo jeśli nie, to czy coś z nim nie tak…
*
Dyżur pielęgniarki na onkologii prawie nigdy nie jest spokojny i łatwy, ale ten był prawie nie do wytrzymania. I ta pogoda – niskie ciśnienie i wiatr z deszczem. I ci pacjenci, na których bóle już nie działały środki uśmierzające, więc ich jęki rozlegały się na cały oddział. I to niesłuszne zruganie pielęgniarek przez ordynatora. Beata czuła, że zaraz wybuchnie przy kimś Bogu ducha winnym, jeśli choć na parę minut nie schroni się gdzieś i nie ochłonie. Ale gdzie tam – tu dzwonek, tam wołanie, tu histeryczne jęki… I coraz mocniej boląca głowa. Mijając salę z leżącą tam od tygodnia dziwnie pogodną staruszką Filipiną, znów usłyszała jej ciche nucenie – tak jakoś obce wśród tych stałych i męczących odgłosów. – „Dlaczego ona nie jęczy, nie skarży się? – pomyślała – Przecież powinna. Chyba nikt nie wie, jak ona może cierpieć.” No i jeszcze dziś ten kapelan z Odnowy. Lubiła ten jego uduchowiony uśmiech, kiedy był względny spokój, ale dziś, to pasował jak kwiatek do kożucha. Dziś większość pacjentów odwracała się lub udawali, że śpią. Kapelan usiadł przy łóżku pani Filipiny. – „Jeśli pani będzie się modlić bardzo intensywnie – mówił trochę zbyt głośno – to możne nawet i cud się zdarzyć. Cud uzdrowienia! Trzeba tylko wierzyć, bardzo mocno wierzyć!” Beata miała ochotę mu powiedzieć, że tu wiara jakoś nie czyni cudów, ale napotkała uśmiech na twarzy staruszki, jakby ją zdziwiła i rozbawiła ta namaszczona zachęta kapelana. Przyjęła Komunię świętą i jednocześnie pomachała rękę Beacie. Ona nie mogła jej tak odpowiedzieć, bo niosła leki, ale uśmiechnęła się blado. Kapelan wyszedł i pojawili się lekarze. Obchód. I wtedy z sali pani Filipiny rozległ się śpiew. Wyraźnie słychać było „Chwalcie łąki umajone”… Dwóch jęczących nagle przycichło. Beata zajrzała do jej sali. Staruszka patrzyła w szare niebo za oknem i śpiewała teraz już Litanię Loretańską. Beacie skojarzyło się to ze śpiewaniem przy kapliczce ubranej kwiatami i wianuszkami. Uśmiechnęła się do staruszki może trochę z zaskoczenia. Przecież tu nikt nie śpiewał… I wtedy usłyszała: „Siostro, co tam się dzieje?” To ordynator. Do jęków przywykł, ale nie do czegoś takiego. Skręcił ku sali pani Filipiny, a lekarze i siostry za nim. – „Co pani jest? Co się tu dzieje?” – spytał staruszkę. A ta znów z tym swoim uśmiechem dokończyła wezwania „Wspomożenie wiernych – módl się za nami” i umilkła. Lekarz rzucił przez ramię „Perferazynę” (lek przeciw psychotyczny stosowany przy urojeniach). Beata chciała powiedzieć, że przy innych silnych lekach, tego już nie można, ale lekarz odwrócił się i ruszył do wyjścia, zostawiając zdezorientowanych asystujących mu. Litania rozległa się znowu. Za kwadrans był to już duet, bo do staruszki przyszła jak co dzień jej wnuczka, która zawsze wychodziła stąd pogodniejsza niż wchodząc. Beata uśmiechnęła się szeroko, jakby na przekór wszystkiemu, nucąc tę melodię spod majowej kapliczki.
*
„Jest taka czasem cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna” – pisał poeta. A może przy zniewoleniu ciałem, zwłaszcza cierpiącym, zapomnieliśmy, że śpiew ożywionej duszy i z bólem może tworzyć duet?
skomentuj (2)

2011-05-25 19:54:26
UKRYTY ZA IKONAMI
 Ponoć coraz więcej młodych ludzi w USA poddaje się zabiegom chirurgii plastycznej, by upodobnić się do najatrakcyjniejszych celebrytów. Nie chcą mieć własnej twarzy ani tworzyć swojej osobowości, bo wygodniej z cudzą – sławną i wręcz symboliczną.
*
Marnym zajęciem jest chodzenie po ulicach jako człowiek-reklama. Chyba bardziej jako reklama-człowiek, bo tego drugiego nie widać często spod jakiegoś kostiumu czy zza krzykliwych kartonowych tablic. Jednak Nikiemu to odpowiadało – jakby utożsamiał się z postaciami, za które był przebrany lub z zadowolonymi twarzami na tablicach reklamujących to lub owo. Zwłaszcza, że to były twarze mężczyzn graficznie doskonałych. Celowo nawet ukrywał swoją twarz, by nie kontrastowała z tymi przyciągającymi uwagę i aprobatę przechodniów. Niechętnie więc zerkał w domu w lustro, jakby wstydząc się własnej nijakości czy bylejakości. Tym chętniej oglądał filmy z uwielbianymi powszechnie aktorami grającymi wyraziste wręcz mityczne role, zwłaszcza, że ostatnio nosił na sobie plakaty filmowe za najnowszymi kinowymi hitami. To miała być krótka, sezonowa praca, ale jakoś się do niej przywiązał i nawet żałował, gdy firma reklamiarska zrezygnowała z takiej formy. Popadł w marazm, nie szukając zbytnio nowego zajęcia. Kuzyn zaciągnął go na spotkanie religijnej wspólnoty, gdzie bardzo serdecznie go przyjęto i gdzie poczuł się, że jest jednak coś wart. Wszedł w ten krąg dość aktywnie, zwłaszcza, że pomogli mu w znalezieniu pracy przy promocji książek w wydawnictwie drukującym głównie popularne biografie i ikonografie świętych. Musiał je czytać, by zachęcać klientów do kupna. Niektórzy święci wręcz go zachwycali. Opowiadał więc o nich z pasją. Zaczął to robić nie tylko w pracy, ale w każdej rozmowie opowiadał o jakimś świętym, starannie podkreślając jego zalety, cuda, charyzmaty. Angażował się w to tak bardzo, jakby miał bardzo bliski związek z postacią, czasem sprzed kilku wieków. W swoich opowiadaniach o nich, tworzył postacie bardziej heroiczne niż autorzy czytanych przez Nikiego źródeł. Ubarwiał, szukał dodatkowych faktów z ich życia, anegdot, ikonicznych przedstawień. Zebrał ich sporą kolekcję. Nie znający go za dobrze, słuchali chętnie, ale ci, z którymi spotykał się często i wciąż mówił tylko o tych „wybrańcach, herosach Bożych” – zaczęli go unikać. On nie rozumiał tego. Przecież właśnie teraz brakowało wszystkim tak świetlanych, wręcz doskonałych wzorców. A zdawało mu się, że opowiadał o nich najpiękniej, bo jak można inaczej mówić o pięknych postaciach, losach, twarzach. Nawet przynosił na spotkania, wydrukowane w dużym formacie, portrety czy reprodukcje obrazów, scen z życia tych świętych. Kiedyś ów kuzyn, który go w ten krąg wprowadził, powiedział mu: „Ty nie żyjesz swoim, ale ich życiem. Owszem, pięknym, wręcz legendarnym, ale nie zauważasz, że przy opowieściach o nich, przy ich prezentacjach, sam jesteś tym bardziej nijaki i tym mniej podobny do któregokolwiek z nich? Nie kryj się za ich ikonami, ale twórz swoją własną twarz, bo może nie zdążysz jej mieć.”
*
Kiedy teraz pytają nas wierzących w Polsce, jacy jesteśmy i jaka jest ta nasza wiara, to my wyjmujemy ikonę JPII i opowiadamy o jego wielkości, choć nie bardzo się do niej umywamy. Nie zauważamy jednak, że narzuca się komuś wtedy nieuchronnie porównywanie jego z nami… I marnie chyba wtedy wypadamy.
skomentuj (2)

2011-03-19 11:59:37
ANIOŁY I KOZA
Ponoć teraz „dzieci wyrastają bez myśli i marzeń na zgorzkniałych ludzi – nie mających spokoju w duszy, Aniu uczucia w sercach, ani chęci do życia, ani odwagi śmierci.” (autor „Księgi z San Michael”)
*
 Pod spory klasztor z przyległym gospodarstwem zajechał „Luksus” i wysiadł z niego dojrzały mężczyzna rozglądając się wokół, jak po egzotycznej krainie. Zapukał do furty z prośbą o widzenie się z „jakimś szefem młodych braciszków”, jak to określił. Kiedy zjawił się w brązowym habicie mistrz nowicjatu, ów pan bez wstępów i ceremonii zapytał: „Czy już kończą się kolejne fanaberie mojego syna Klaudiusza? Jest tu najdłużej, bo chyba ksiądz wie, że bywał w wielu miejscach i próbował już różnych „doświadczeń duchowych”. Nawet na bilet do Kaszmiru mu dałem, ale wrócił po tygodniu. To taki wiek poszukiwań i podrygów – rozumiemy to obaj. Ale postanowiłem to już skończyć. Mam dla niego miejsce na Harvardzie i przyjechałem, by go zabrać. Niech się pakuje.” Mistrz uśmiechnął się i powiedział: „A jego samego pan nie spyta? On zaczyna się tu czuć dobrze. Owszem, gdy przyszedł, to coś go nosiło i był jakiś taki zgnębiony. Nigdzie nie mógł wytrzymać dłużej i spokojnie, by zaraz potem wpadać w senność i totalne zobojętnienie. Kiedyś jednak powiedziałem mu, by w końcu obudził w sobie mężczyznę i wytrzymał noc w kaplicy – sam, jak na warcie czy na placówce. I wiem pan, rano zastałem tam już innego chłopaka. Jakby przedtem żył poza sobą, a teraz wreszcie wstąpił w siebie. I jest. Nie wiem, gdzie go możemy teraz zastać, ale podejrzewam, że w kościele. Śpiewa tam ostatnio samotnie chorał anielski – tak sam z siebie.” Gość niechętnie ruszył za zakonnikiem. Kościół był pusty, a z chóru słychać było bardzo czysty głos śpiewający łaciński chorał. Gość zdziwił się. Pewnie nie słyszał jeszcze syna śpiewającego. Jednak bynajmniej tym się nie ucieszył. „Anioła udaje, ekscentryk” – mruknął. I wtedy śpiew ucichł i tylko niosło się echo po nim i po odgłosie zamkniętych drzwi. – „Chodźmy do obejścia – szepnął mistrz – zastaniemy go teraz przy pracy.” Ruszyli. Gość patrzył na stare, lecz bardzo zadbane mury, studnię, zabudowania i wzruszał ramionami, jakby nie rozumiejąc czegoś. Kiedy weszli na teren gospodarstwa, gość oniemiał. Zobaczył bowiem syna w jakimś okropnym fartuchu dojącego kozę. Nawet ich nie zauważył, tak był tym zaabsorbowany i rozbawiony. Kiedy gość podszedł i krzyknął wręcz: „Klaudiuszu, czy ci rozum odjęło? Rozumiem, śpiew, anioły, łacina, ale…koza? Hańba dla rodziny! Zbieraj się, Harvard czeka.” Chłopak zamrugał  zaskoczony pojawieniem się ojca, ale szybko się opanował i powiedział: „Tato, ja tu zostaję – na zawsze. Ja tu zacząłem żyć – naprawdę! I uśmiechnął się tak, że z kolei ojciec zamrugał, bo takiej twarzy u syna nie widział. Jednak odwrócił wzrok, zaklął i rzucił w stronę mistrza: „To sekta jakaś, pranie mózgu, syna mi w obłęd wpędzili”. I ruszył w stronę parkingu. A syn oparł czoło o brzuch kozy i śpiewał cicho już po polsku coś z piosenki Cohena: „Pan Jezus był żeglarzem, gdy przechadzała się po wodzie… wzgardzony, niemal ludzki… Tak byś za Nim powędrował, powędrował gdzieś na oślep, bowiem dotknął twego ciała myślą swą.”
*
„Połóż dłoń na człowieczej trzcinie i obudź w niej muzykę nowego życia, Boże.”
skomentuj (2)

2011-03-12 17:38:03
NIEMIODOWY MIESIĄC

Zakochanie nie jest niczym innym, jak oczarowaniem, za którym - nieuchronnie jak cień - idzie rozczarowanie. Ale o nim raczej nie mówią liryczne wiersze i nie wyśpiewują go miłosne piosenki. Niedojrzałe słodkie wino szybko jednak może przemienić się w ocet.

*

Królewny jakby z natury są niedostępne, tak jak nie są dostępne dla byle kogo pałace, w których mieszkają zwykle z królem, królową i dworem. Nie mają też zwykłego dzieciństwa, a przebywając wśród koturnowych i kostiumowych postaci poddają się raczej hodowli lalek, na takie często wyrastając. Chyba, że coś lub ktoś obudzi w nich żywe istoty i upuści powietrza z rozdętego mniemania o sobie. Ta królewna była też jak lalka doskonała: śliczna, świetnie wyedukowana, przemądrzała i bardzo wyniosła. A przy tym niezwykle kapryśna, co tolerowali królewscy rodzice i dwór, bo to taka królewska przypadłość. Z kapryśnego dziecka stała się kapryśną dziewczyną, więc  coraz częściej pojawiali się w pałacu ci, co zwabieni wieściami o jej urodzie, jak i bogactwie jej ojca, zamarzyli sobie ożenek z nią. Jednak ona bawiła się nimi, jak figurkami szachowymi i każdemu kandydatowi niezwykle elokwentnie dawała znać, że nie ma on szans ani teraz, ani nigdy. Może też i dlatego, że paradowali oni przed nią, jak woskowe figury, czy usztywnieni dostojnicy z jej otoczenia, a więc nie budzili w niej zaciekawienia czy fascynacji. To odprawianie kolejnych trwało zbyt długo i nawet w kaplicy zaczęto wznosić modły o kogoś, kto wreszcie trafi w gust kapryśnicy. I nagle, z dnia na dzień, oświadczyła ona królowi, że jest już wybraniec serca i rozumu, którego ona kocha z wzajemnością i że nie trzeba go wzywać z daleka, bo mieszka w tym pałacu. Kiedy padło od razu ileś tam pytań o jego imię, stan, wiek, stopień dostojeństwa, królewna z przekornym uśmiechem oznajmiła, że jest to jej rówieśnik, chłopak stajenny, który ostatnio uczył ją jeździć konno. Król z królową zaniemówili, a dworzanie nie kryli oburzenia. Jednak królewna nawet nie usiłowała słuchać perswazji w rodzaju, że chłopak jest niepiśmienny, że z podłego stanu, że nawet na pokojach i salach nie bywa. Odpowiedziała, że jest to drobiazg i że ona go wszystkiego nauczy, a miłość pokona wszelkie różnice i wystarczy za wszystko. Król wpadł w panikę. Iluż odrzuconych przez nią królewiczów odwróci się z pogardą od tego królestwa – myślał. Iluż władców przestanie utrzymywać stosunki dyplomatyczne, nie chcąc bywać w pałacu, gdzie następcą tronu jest stajenny. Już plotka zaczęła się roznosić i przybyli posłańcy z pytaniami o ożenek królewny. Król zasiadł ze starym radcą, szukając wyjścia. Radca jednak powiedział, że lepiej się kapryśnicy nie sprzeciwiać, bo zrobi jeszcze więcej nieodwracalnych głupstw. Król jednak nie chciał słyszeć o zgodzie. Radca z tajemniczym błyskiem w oku zaproponował, by zgodził się pod warunkiem, że młodzi przed ślubem zamieszkają ze sobą, ale zamknięci na cały miesiąc w jednej komnacie. Król niedowierzał owej próbie, ale radca założył się z nim o mieszek złota, że skutek będzie. Zakochani wpadli w euforię. Nawet o tym nie marzyli. Jak na skrzydłach pobiegli do owej komnaty, którą zaryglowano, zostawiając okienko na pokarm. Król z radcą podchodzili co i raz do owego otworu w ścianie komnaty i podsłuchiwali. Pierwszy tydzień słychać było zachwycony sobą wzajemnie świergot, śpiewy, westchnienia. Jednak już potem zaistniała sprzeczka, milczenie… Po dwóch dniach kłótnia, znów złowrogie milczenie.. A w końcu płacz, przekleństwa i szarpanina. Królewna zaczęła dobijać się do zaryglowanych drzwi i krzyczeć, żeby pozwolono jej stąd wyjść i żeby uwolniono ja od tego potwora. Chłopak zaś wołał przez okno, że jeszcze dzień z tą wiedźmą, a skoczy w dół na złamanie karku. Kiedy otwarto komnatę po dwóch tygodniach, królewna upadła wręcz na kolana przed królem, obiecując solennie  koniec szaleństw i kaprysów. Stajenny czmychnął z pałacu, by tam już nigdy nie wrócić. Król uszczęśliwiony chciał wypłacić potrójnie radcy, ten jednak nie przyjął złota, ciesząc się, że jeszcze raz mógł się przydać królowi, królewnie i królestwu ze swoją mądrością.

*

Człowiek zakochany oddaje swój rozum w depozyt czarowi i iluzji. Anna Kamieńska pisząc swój dojrzały „Notatnik” zwierzyła się, że dopiero wtedy pokochała męża, gdy przestała być w nim zakochana. Ale w naszej poezji, filmie i piosence, wciąż zakochanie bierze się za miłość…


skomentuj (5)

2011-02-10 13:17:16
PERŁA
Trudno nam uwierzyć tej dziwnej logice, że tylko oddane jest naprawdę zyskanym – niekoniecznie w tej samej materii.
*
Ludziom bogatym chyba trudniej o przygodę, bo starannie izolują się nie tylko od biedniejszego świata, ale i od niespodzianek. Wszystko nieprzewidziane jest więc niemile widziane. Tak i teraz w tej luksusowej limuzynie nie czuć i nie widać było listopadowej pluchy i chłodu. Wytłumione wnętrze wypełniała cicha klasyczna muzyka, a pani Elwira, oddzielona szybą od kierowcy, bardziej była w świecie myśli i obrazów, niż tu i teraz. Trzymała w dłoniach śliczne puzderko z kości słoniowej i korali tak, jakby chciała to i zachować, i odrzucić. W pewnej chwili  ujrzała tuż za zaciemniona szybą mokrą twarz dziewczyny. Miała ona w sobie tak żarliwą prośbę, chyba o podwiezienie jej, że wbrew swoim zasadom, pani Elwira kazała zatrzymać wóz. Zanim jednak kierowca wysiadł,  przemoknięta i zziębnięta dziewczyna sama wskoczyła do wnętrza, patrząc trochę z konsternacją na białą skórzaną tapicerkę. Twarz pan Elwiry jednak pozostała nieruchoma tak, jak od już kilku miesięcy. – „Oj, jak ja pani dziękuję! – powiedziała kilkunastoletnia dziewczyna – Marysia jestem i tak podróżuję, bo jeszcze są dobrzy ludzie na świecie.” Pani nie odpowiedziała nic patrząc na autostopowiczkę beznamiętnie. Z jej włosów i kurtki kapało, ale ona była dziwnie pogodna. Nie zrażona milczeniem, spojrzała na puzderko i szepnęła: „Czy tu jest jakiś skarb? Ciekawa jestem jaki i ile wart? Pani Elwira mruknęła zimno: „Więcej niż ty.” Co Marysia zbyła: „E, tam…” i wpatrzyła się w puzderko z takim zaciekawieniem, że właścicielka z próżności chyba uchyliła wieczka. – „Cóż to jest tak  pięknego?” – wykrzyknęła Marysia. – „Drogocenna perła w równie cennej oprawie” – usłyszała wyniosłą odpowiedź. Marysia wpatrywała się zafascynowana w rodzaj diademu, którego sercem była wielka różowa perła wśród maleńkich brylantów i rubinów. – „Jeśli otrzymała to pani od kogoś, kto panią kocha, to musi to być wielka miłość, a pani powinna być niezmiernie szczęśliwa!” – oświadczyła Marysia. Lekko rozpogodzoną twarz pani Elwiry skuł nagle grymas nienawiści i goryczy. – „Nie jestem szczęśliwa – powiedziała zimno – a ten, kto mi to podarował, zdradził mnie. To jest perła naznaczona zdradą i nieszczęściem.” Na to Marysia: „Jak taka perła może być naznaczona nieszczęściem! Ona rodziła się z bólu, a więc może być naznaczona odkupieniem zdrady.” I zrobiła ruch, jakby chciała dotknąć perły, ale właścicielka zamknęła ją i odsunęła. Marysia westchnęła tylko: „Szkoda, ja byłabym szczęśliwa, bo bym przebaczyła. Wolałabym żyć bez perły niż bez przebaczenia.” I wtedy coś w pani Elwirze pękło czy załamało się. Nie panowała już nad twarzą ani nad łzami. Otarła je i powiedziała sama siebie nie pojmując: „Tak? To daruję ci ją i bądź szczęśliwa, a okruch tego szczęścia podaruj mnie.” I wyciągnęła dłoń z puzderkiem. Marysia trzepotała powiekami nie wierząc, ale gest był stanowczy, a na twarzy właścicielki  pojawił się jakiś cień światła. Położyła puzderko na kolanach dziewczyny, wyciągnęła jakąś opieczętowaną kartkę, napisała coś i podpisała, mówiąc: „Jest twoja. Bądź szczęśliwą!”Kiedy dziewczyna wysiadła w najbliższej miejscowości, pani Elwira kazała zatrzymać wóz na jakimś zjedzie do lasu. Wyszła na deszcz, stanęła w kałuży i podniosła twarz i ramiona ku szaremu niebu, śmiejąc się głośno i płacząc. Z samochody patrzył na nią oniemiały kierowca.
*
Nieszczęściem jest nie umieć oddać ciężaru, który dźwiga się w sercu czy w sumieniu. Oddane przecież wróci – przemienione.
skomentuj (3)

2011-02-04 20:40:39
PANOWIE BEZ SMYCZY
Między panem i niewolnikiem może być bardzo niewielka różnica, a czasem ktoś może być jednym i drugim jednocześnie. Oficjalnie niewolnictwa nie ma i jesteśmy przekonywani, że każdy jest panem samego siebie. Wielu świetnie panuje nad firmą, nad cudami techniki, nad drugim człowiekiem… Panuje? Czy jest w niewoli?
*
To było w Andach, na wysokim płaskowyżu, późna jesienią. Pojawił się tam niewielki, luksusowy samolot, który zataczał koła nad prawie dziewiczą krainą coraz niżej. Silnik miał chyba defekt i na szczęście znalazło się miejsce do lądowania. Wyskoczyło z niego trzech młodych mężczyzn rozglądając się dookoła. Zasięgu telefonii tu nie było, więc ruszyli przed siebie chcą  napotkać jakichś ludzi i łączność ze światem.Jednak gdy napotkali grupę indiańskich pasterzy, ci obrabowali ich ze wszystkiego i jeszcze poturbowali. Sytuacja była rozpaczliwa, a oni całkiem bezradni, zwłaszcza, że zaczął padać śnieg. Cudem chyba natknęli się na małą kamienną chatkę i pustelnika z Europy. Kiedy zapytali, jak mogą najszybciej dostać się do jakiejś stacji, poczty, ten stwierdził, że ten śnieg zawali dolinę na całą zimę i muszą czekać tu do wiosny. Ci trzej byli przerażeni. – „Co ja zrobię bez komputera?” – wykrzyknął jeden. – „A ja bez swojej  firmy!” – jęknął drugi. – „A co ja pocznę tu bez moich dziewczyn?” – zawołał trzeci. Pustelnik tylko mruknął:” A co ja zrobię tu z wami  trzema?” Głośno i spokojnie jednak rzekł, by zabrali się do budowania sobie chatki, jeśli nie chcą zamarznąć na śmierć, bo śnieg padał coraz mocniej. Ani im było w głowie go słuchać. Zaczęli się kłócić, skoczyli ku sobie z pięściami, a pustelnik zamknął się u siebie. W końcu, zmarznięci i głodni przyszli go prosić o pomoc. Pierwszą noc przespali u niego, choć było strasznie ciasno i niewygodnie. Rano, nieporadnie zabrali się do budowy wybuchając co chwilę bezradną złością. Na szczęście pustelnik znał się trochę nad tym i jakoś dyrygował. Górował nad nimi niesamowitym spokojem i samym spojrzeniem wyciszał ich wybuchy i żale. W kolejne dni, mimo strasznego kryzysu, jaki przechodziła ta trójka pozbawiona swoich znamion mocy, uczył ich strzelania z łuku, polowania, palenia ognia, gotowania. Bez tego chyba wpadliby w obłęd. I bez tego spokoju pustelnika, który bezwzględnie przestrzegał rytmu swoich modlitw i medytacji, głuchy wtedy na to, co oni robili czy co wołali. Kiedy któryś z nich zapytał, jakim cudem on tak panuje nas sobą i nad nimi, odpowiedział: „Pan nade mną i Pan we mnie”. Nie rozumieli, byli bowiem niewierzący. Mijały tygodnie, a oni powoli wrastali w tę dziką i niedostępną krainę. Uczuli się także siedzieć godzinami przy ogniu, rozmawiać, śpiewać, słuchać. Coraz rzadziej mówili o tym, bez czego nie wyobrażali sobie życia, czując dziwny respekt do tego pustelnika chudego, milczącego, a panującego nad każdym swoim gestem, słowem, krokiem. Prosili go, by powiedział o tym swoim Panu, a on kazał im słuchać, patrzeć i odgadywać Go. Nie mogli pojąć, jak się podporządkowali temu starcowi, choć on ani o to nie zabiegał, ani nie wymagał. I tak przyszła wiosna i śnieg zaczął spływać odsłaniając dolinę i drogi, ale oni jakoś nie śpieszyli się do zejścia w dół. Jeszcze słuchali, jeszcze patrzyli w ogień, jeszcze powtarzali za pustelnikiem krótkie modlitwy. Kiedy zagadnął ich, czemu nie śpieszno im do komputera, firmy i dziewczyn – milczeli. Wtedy rzekł: „Myśleliście, że panujecie nad tym wszystkim, ale to tamto panowało nas wami, a wy byliście, jak panowie na smyczy swoich psów. Teraz możecie wracać, bo już nauczyliście się panować nad sobą. A kiedy zapragniecie Pana, On będzie tam, gdzie wrócicie. On was nie zniewoli. Ruszajcie!”
*
Jak trudno pojąć współczesnym, że „wyzwalając” się od Boga, stają niewolnikami wszystkiego. Kto ich z tego wyzwoli?
skomentuj (2)

2011-01-29 11:22:05
CZARNE DUSZE?
Ludziom z twarzą przy ziemi najbardziej potrzeba widoku nieba, a przeglądającym się wciąż w krzywych zwierciadłach – czystego lustra wody odbijającej błękit.
*
Ponoć artyści widzą więcej, a na pewno inaczej, więc trudniej ich zrozumieć i porozumieć się z nimi; a nie każdego stać wobec nich na wyrozumiałość. Tym bardziej w zakonie. I tak było z siostrą Agnes, mającą opinię ekscentryczki i kontestatorki. Kiedyś była malarką i przesiąkła trochę tamtym środowiskiem, a obecne nie miało wiele z tamtym wspólnego. Z ulgą chyba przyjęto jej prośbę o pracę na misji w Afryce. Po cichu myślano, że Afryka „wyleczy” ją z jej dziwactw, zwłaszcza praca w prymitywnym dość szpitalu. Jednak siostra Agnes i tu miała swoje pomysły. Zaczęła nalegać, by pozwolono jej pracować na oddziale dla chorych wenerycznie. Leżały tam w większości prostytutki i wcześnie zdeprawowane dziewczyny. Towarzystwo więc dla zakonnicy jak najbardziej niestosowne. Jednak ona potrafiła jakoś szybko się z nimi dogadać podczas zastępczych dyżurów. Pozwolono jej na okres próbny bardziej z braku personelu niż z chęci ustąpienia jej prośbom. Siostry stroniły od tego oddziału, bo było tam najhałaśliwiej i najwulgarniej. Czekano, jak to zacznie wpływać na tę siostrę. Jednak ona chyba więcej jeszcze się teraz  modliła i więcej było w niej radości. Może przebywanie wśród tych wykolejonych kobiet zaspokajało w niej jakieś „niezakonne” potrzeby? – myślały niektóre z sióstr. Jednak Agnes nie stawała się wulgarna ani gorsza. Wręcz przeciwnie – to przy niej te kobiety hamowały się, czasem nawet rozczulały, a niektóre i modliły się z nią, zwłaszcza, gdy było coraz gorzej. I zdarzyło się, że przyjechał tam z wizytą biskup z Kanady. Objeżdżał placówki misyjne z zamiarem organizowania pomocy. Siostra Agnes opowiadała mu z entuzjazmem o szpitalu, ale gdy biskup dowiedział się, jaki ona ma oddział pod sobą i usłyszał, jak się tam niektóre pacjentki zachowują, nabrał dystansu. Kiedy odwiedził inne oddziały w tym szpitalu, na prośbę siostry, by przeszedł i do jej podopiecznych, chłodno powiedział: „Ależ siostro, to są chyba jednak czarne dusze… To słychać…” Jednak siostra odrzekła: „Może i czarne… Może i słychać… Ale trzeba też z bliska zobaczyć.” I wzięła go pod ramię prowadząc na oddział. Kiedy weszli, niektóre pacjentki przywitały gościa niezbyt pięknie, ale uciszone przez siostrę potrafiły zaśpiewać jedną ze swoich pieśni, którą razem ułożyły zamiast modlitwy. Biskup rzucał płochliwe spojrzenia i jak najszybciej wyszedł. Na korytarzu zapytał siostrę: „Cóż to za fizjonomie ktoś narysował i powiesił nad ich łóżkami? Niewątpliwe piękne i subtelne.” Na to siostra: „To są moje rysunki ich dusz – jakimi je może Pan Bóg chce widzieć. A one muszą dopiero w to uwierzyć. Wbrew pozorom są jednak jasne i nie jedna już tu wybielała, choć twarze, jak to twarze…”
*
Grzechem jednak jest zapominać, że nikomu Pan Bóg nie odmawia swego podobieństwa, choć tak niewielu potrafi to przypomnieć tym jakoby najmniej podobnym.
skomentuj (0)

2011-01-21 19:52:45
AMATORZY PIEKŁA
Gdy już prawie nikt nie mówi o sądzie ostatecznym, bo komu, jak komu, ale Panu Bogu też nie wolno oceniać i osądzać (według dyrektyw pop-psychologii). No i sprawę istnienia piekła też anulowano, bo Pan Bóg musi być miłosierny bezwarunkowo. - To wszyscy idą do nieba, jak im się ponoć należy… Ale czy wszyscy chcą?
*
Według pewnej legendy spod Góry Ślęży, kiedyś w poranek Wielkanocny, pewien młody mnich, po kościelnych ceremoniach, zapragnął wyjść na górę, by poczuć bliżej wiosenne niebo, wiatr, słońce i Boga. Dróżkę znał na pamięć, ale tym razem jakoś ją zgubił i zaczął błądzić po lesie wśród skał. Znużył się tym bardzo i kiedy przysiadł, ujrzał między kolczastymi krzewami coś, jak wejście do groty. Przecisnął się do środka i odkrył loch jakiś. Coś mu nakazywało iść nim w głąb. Poszedł więc prawie po omacku. Nagle ujrzał trzy postacie skulone przy ledwie tlącym się ogniu – zarośnięte, niechlujne, ślepe prawie… Pozdrowił ich: „Pokój wam!”. Skurczyli się, a jeden odmruknął: „Tu nie ma pokoju.” Mnich jednak zawołał głośniej: „Pokój wam w imię Jezusa Chrystusa!” Trzy postacie jak zjawy zaczęły trząść się, wyginać, stękać, ale bez odpowiedzi. Mnich zapytał: „Kto jesteście?” – „Sami siebie nie znamy”- odmruknął jeden. – „To co tu robicie” – pytał mnich dalej. – „Na sąd Boży kazano czekać.” – odrzekł największy z nich. – „To pewnie wiele wina macie?” – zagadnął mnich i wtedy płomień ogniska buchnął mocno i na ścianie jaskini, jak w teatrze zaczęli się jawić zabici przez nich, męczeni, gwałceni najokrutniej. Mnich stał wstrząśnięty. – „I to są zbrodnie wasze?” – spytał, a tamci: „Takie było prawo wojny, pięści i nienawiści.” Mnich pojąć nie mógł. – „I krew ich wszystkich macie na rękach? A oni do nieba o karę dla was wołają?” – pytał ich sumień. Skinęli tylko kudłatymi łbami. Mnich wielu już rozgrzeszył, więc i tych z trudem też mógłby, więc spytał: „A czy wobec tych strasznych zbrodni czujecie żal i skruchę?” Popatrzyli na siebie i na niego: „Nie znamy takich słów” – rzekli razem i nawet wybełkotać ich nie potrafili. A ich twarze zaczęła wykrzywiać wściekłość. Mnich jeszcze raz spróbował: „Wielkanoc dziś – rzekł – zbawić może was łza żalu i choć jeden dobry czyn pokuty.” I znów buchnął ogień ukazując ich zbrodnie tak, iż wycie ofiar rozległo się przeraźliwym echem. Zbójcy zasłaniali się przed ogniem, który zaczął ich dosięgać. Wtedy mnich jeszcze raz łagodniej spytał: „A może macie jakieś jedno życzenie, które mógłbym zanieść przed ołtarz Pana?” Spojrzeli na niego wrogo i teraz już wyraźnie i wrzaskliwie wysłowili życzenia: „Abyś nas tu przestał już męczyć tą nie naszą mową!”; „Abyś zostawił nas samym sobie!”; „Abyś się wyniósł stąd precz!” Ich wrzask upodobnił ich do wściekłych zwierząt, gdy przekrzykiwali się „Precz! Precz! Precz!” Mnich wycofał się i wracał myśląc, że są ludzi tak w złu zapamiętali, że każde przebaczenie odrzucą, bo poprosić o nie nawet nie przejdzie im przez głowę i zapiekłe serce. Takim do piekła zawsze bliżej, bo noszą je już w sobie.
*
Tajemnica ludzkiej nieprawości obala zbyt optymistyczny wizje pięknoduchów o wędrowaniu hurtem do nieba także tych, którym tam nie po drodze. 
skomentuj (3)

2011-01-17 17:59:55
STRAŻNIK PORANKA
Noc i ciemność jest czasem jak ogromna zasłona, przez którą prześwituje gdzie niegdzie światło poranka.
*
Do stacji badawczej na Biegunie Południowym w czasie zimy, a więc i nocy polarnej, przyjechało kilkudziesięciu badaczy - naukowców z różnych dziedzin. Byli to w większości pasjonaci mający nadzieję na odkrycie nowej wiedzy o tym niedostępnym i wciąż niezbadanym lądzie. Znalazł się między nimi ktoś, kogo przezwali Strażnik Poranka, a kto miał zbierać dane o zorzy polarnej. Był to zagubiony trochę ksiądz. Przed seminarium studiował fizykę i pisał o naturze światła. Brak owoców duszpasterskiej pracy chciał może zrekompensować sobie jakoś naukowymi badaniami, jakimś odkryciem i męską przygodą. Początkowy entuzjazm zapaleńców zaczął jednak zwolna gasnąć, bo jednak noc nie tylko udaremniała niektóre prace badawcze, ale i coraz gorzej wpływała na ich samopoczucie. Wyglądało na to, że wszyscy prócz księdza byli niewierzący, nikt z nich przynajmniej się nie ujawnił. Tym bardziej pokpiwali sobie z księdza, gdy wstawał regularnie i starannie badał i opisywał światło zorzy. A także, gdy w maleńkim namiociku medytował czy modlił się przy lampce. Ten rozświetlony namiocik na zewnątrz stacji jednych śmieszył, innych denerwował. W rozmowach, które stawały się często kłótniami, starali się podważać z pozycji swojej naukowości każdą prawdę wiary, której chciał bronić ksiądz Strażnik Poranka. On sam zaczął powoli wątpić w sens swoich badań, argumentów w rozmowach, jak i przebywania tutaj, bo odbierał prośby o powrót ze swojej parafii. Czuł się coraz bardziej osamotniony i osłabiany przez tę noc dookoła. Większość z jego kolegów zaniechała badań i wychodzenia na zewnątrz, pijąc lub śpiąc. On jednak uparcie wstawał, wychodził, śledził światło i zamykał się w namiociku z lampą. Zniechęceni, sfrustrowani, rozdrażnieni badacze czekali już tylko na samolot i powrót do normalnego świata i światła. Ksiądz też już się nie łudził, że warto było stracić ten miesiąc czasu tutaj. Niczego nie dokonał ani nie odkrył, nikogo nie przekonał ani nie nawrócił. Kiedy jako jeden z ostatnich zbierał swój bagaż przed odlotem, podszedł do niego jeden z największych oponentów i kpiarzy, i powiedział: „Wiesz, my wszyscy odkryliśmy tutaj i doświadczyliśmy, czym jest brak światła albo tylko jego namiastka w zorzy. Ty się zajmowałeś i karmiłeś chyba tym nikłym światłem, jak brzaskiem przed świtem. I trwałeś przy tym świetle swoich prawd wobec naszych ataków i kpin. Niewiele tu zrobiliśmy i niczego nie odkryliśmy. Ale jednak niektórzy może tylko po to tu przybyli, by odkryć to twoje światło. Życz mnie i tym niektórym doczekania takiego prawdziwego Poranka.”
*
Ciemność też bywa potrzebna czasem, by zbierać resztki światła z dni minionych, ale żeby także szukać światła w sobie samym w nadziei na Poranek, bo przecież jednym z imion Boga jest Światło.
skomentuj (1)

2011-01-08 23:08:10
KAMIENNY SPOKÓJ
Jeszcze dobrze żyć nie zaczęli, a już swym życiem tak zmęczeni… Niby nie chcą się całkiem od ludzi oddzielić, ale nie chcą być przez nich niepokojeni… Niechętni do bycia w tyglu – zawsze lepiej z boku, a z rzeczy świętych, to chyba jedynie… święty spokój.
*
Na poboczu pewnej legendy zaistniało mimochodem coś jak przypowieść. Może całkiem  nieważna, ale może też jednak kogoś zaniepokoi. Otóż zjawił się tam jakby przypadkiem – młody, choć z cieniem goryczy na twarzy. Nie wyglądało, by uciekał przed czymś, ale też nie żeby dążył dokądś czy do czegoś. Jeśli szukał schronienia, to może jak zwierzęta przesypiające zimę, choć właśnie zaczęła się wiosna. Zakątek na skraju lasu z opuszczona drewniana chałupką uznał za swój azyl i tam został. Miejscowi pasterze czasem go zagadywali, gdy widzieli, jak krząta się lub wraca idzie po wodę do źródła. Odpowiadał, ale nie widać było w nim chęci do pogadania. – Odludek jakiś – powiedział ktoś i dali mu spokój, bo tego chyba pragnął. W nie tak odległej wiosce działy się ludzkie dramaty i radości, ale on wolał ich nie znać, bo nie po to schronił się na uboczu. Jakoś tam dbał o to, co by zjeść i czym napalić na kominku, a czy co robił więcej – nikt nie wiedział. Minął rok i kilka, we wsi najstarsi umierali, dzieciaki rosły, były nowe śluby, wesela, chrzciny, a on tkwił u siebie – ani szczęśliwy, ani nie. Wystarczało mu to, co miał i jakim był. Nawet za bardzo się nie zmieniał, bo zmarszczek ani siwych włosów nie miał mu kto przyczyniać. Sypiał sporo i twardo, bo lubił, a nie budził go nikt, nawet ptaki, które chyba wypłaszał. I tak ubiegło mu życie. Przygarbiły mu się plecy, włosy zrzedły, oczy choć nigdy nie błyszczały, to bardziej przyblakły. Czuł coraz częściej niemoc w kościach i to zaczynało go niepokoić. Podobnie jak obawa, że to wygodne gniazdko w chatce, może będzie musiał utracić i kto inny mu ją zajmie, a on tak bardzo się do niej przywiązał, że ani w głowie mu było stąd odejść. Jeśli czegoś żałował, to nie życia nijakiego trochę, czy nie odczutej nigdy miłości, braku bliskiej istoty – nie. Ale żal go ogarniał na myśl o utracie tego spokojnego kąta. Nigdy jakoś szczególnie się nie modlił i nigdy nie wydobył z siebie nawet śladu wdzięczności za ów spokój tutaj. Teraz jednak odezwał się do Boga: „Jeśli jesteś wszechmocny, to spraw, bym mógł zostać w tej chałupce także po śmierci, bo gdzie mi będzie lepiej. Po to ją urządzałem i pokochałem.” Bóg ma litość dla grzesznika, to i dla odludka czy samotnika także, więc przychylił się do tej prośby. I po srogiej zimie, kiedy śniegi były tak wielkie, że przysypały chałupkę zupełnie, ludzie na wiosnę zastali tam wielki głaz w kształcie chaty z wyraźnie zarysowanymi drzwiami i oknami. Kiwali głowami, że to jakie kto miał życie, tak i po śmierci ma. Dziwnie cicho przy tym głazie-chałupce było, jakby dawny mieszkaniec i teraz dbał tu o spokój. Jakoś deszcze i wiatry nie naruszyły twardości i obłych kształtów głazu, ale gdy budowano drogę, przyjechali kamieniarze i rozłupali głaz na kawałki do budowy. Mówiono jednak, że ktoś ich nocami niepokoił przy pełni księżyca. Ale może to tylko ich własne niepokoje serca, bo w końcu, kto może żyć na świecie w kamiennym spokoju.
*
Ostatnio ludzie jakoś częściej życzyli sobie spokoju. Pewnie wszyscy go potrzebują mimo braku wielkich niepokojów i wojen. Jednak chcieć od życia tylko spokoju, to czy nie jest to przedwczesne budowanie grobowca, od którego nawet ptaki trzymają się z daleka? 
skomentuj (2)

2011-01-02 23:03:17
PUSTA BARYŁKA
Ileż to nie jeden człowiek naugania się po świecie, głupstw narobi, zła nawyrządza innym i sobie, żeby zapełniać jakoś tę pustkę w sobie – jakby ona była bezdnem jakimś… A sposób na nią jest zgoła inny i jakiż prosty!
*
Najgorzej, gdy ktoś mający być uosobieniem szlachetności, prawości, bohaterstwa w obronie słabych, a i szczodrości, staje się żywym tego zaprzeczeniem. Tymże był ów Rycerz (przemilczmy jego imię), który wybudował wielki zamek warowny, lecz nie po to, by strzec dróg, podróżnych i mieszkańców okolicy, ale by wyprawiać się z niego jako rabuś, rozbójnik, gwałciciel, świętokradca, bluźnierca. Nie oszczędzał nikogo, a tym okrutniejszy był dla mnichów wędrownych, mniszek w klasztorach, nadobnych dam i wielebnych dostojników. Noga jego nie stanęła nigdy w kościele, ani nie zgięło się jego kolano przed ołtarzem. Jakie tylko mógł złamać przykazanie – łamał. Jaką świętość podeptać – deptał. Jakby światu chciał wykrzyczeć, że Boga się nie boi i drwi sobie z Niego. Jednakże kiedyś napotkał gromadę dawnych druhów, co to podążali do jakiegoś świętego pustelnika, by dusze u niego obmyć w spowiedzi. Ośmiał ich Rycerz, ale ruszył z nimi, by mieć okazję do szyderstw. Oni pieszo, on konno. I stanęli przed chatką mnicha, a ten wyszedł i zaprosił Rycerza, by wszedł do środka i porozmawiał z nim. Rycerz poczytał to za obrazę i już chciał użyć miecza, lecz dla zabawy wszedł za mnichem. Ten poprosił, aby Rycerz dokonał spowiedzi. I znów chciał użyć miecza, by pokarać mnicha, ale nagle rechocząc, zaczął wymieniać swoje zbrodnie, krzywdy i bezeceństwa – wręcz z lubością i ze szczegółami. Mnich słuchał bez drgnienia i gdy tamten ucichł, zapytał go, czy żałuje. Rycerz parsknął śmiechem, ale mnich rzekł, że bez żalu i skruchy nie może być rozgrzeszenia, więc potrzeba, by winowajca odbył pokutę. I zaczął wymieniać rodzaje pokuty: posty w piątki przez rok, chodzenie boso lub we włosiennicy, wymierzanie sobie razów biczem, odbycie pielgrzymki pieszo… Rycerz odmawiał zniecierpliwiony. W końcu mnich powiedział, że jeśli go nie stać na wielkie pokuty, to da mu taką: niech weźmie małą, pustą baryłkę, napełni ją u źródła wodą i przyniesie. Rycerz jak rozbawiony chłopak chwycił baryłkę, zanurzył ją całą w wodzie, ale ani kropla nie przeniknęła do środka. Pomyślał, że to sztuczka, ale zawziął się i dał słowo, że ją napełni. I ruszył przed siebie mimo, że mnich wołał za nim, że wystarczy mu otworzyć serce przed Bogiem w prostocie, a baryłka będzie pełna. Jednak Rycerz zawzięty i wściekły na oczach dawnych druhów ruszył ku głębokiej rzece. Lecz i tu baryłka pozostała pusta. Zaczął więc szukać innych rzek, strumieni, jezior i próbować – bezskutecznie. Stracił pieniądze, rycerskie odzienie i zbroję, zmieniał się powoli w łachmaniarza i żebraka, owładnięty jedynym pragnieniem napełnić baryłkę. Wystawiał ją na deszcz, pod wodospady, rynny; zatapiał, wlewał wodę z cystern, cudownych źródeł… Jednak ani kropla nie dostała się do środka. Mijały tygodnie i miesiące, nikt w wychudłym, brudnym i zarośniętym włóczędze nie rozpoznałby rosłego, urodziwego i butnego wielmoża. Pochylony coraz bardziej do ziemi z baryłką uwiązaną u szyi, z oczami z ogniem obłędu, wrócił bezwiednie w swoje strony. I trafił na chatkę mnicha. Był właśnie Wielki Piątek. Mnich rozpoznał go jedynie po baryłce – wciąż pustej. – „Ależ się nacierpiałeś – rzekł z litością – i to na próżno!” A Rycerz ogarnął pamięcią te wszystkie doznane cierpienia, przy których wszystkie tamte pokuty były niczym. I te słowa mnicha, że wystarczy otworzyć serce na Miłosierdzie… Wystarczy? Za tyle zbrodni? Coś w nim drgnęło i jedna łza wymknęła mu się, spadając do otworu baryłki, która nagle zaczęła się przelewać…
*
Pycha, próżność – to rozdęta próżnia w człowieka, pustka nicości, w której wszystko staje się niczym i nic tam nie przenika. A wystarczy jedno drgnienie serca i łza… i jest Pełnia.
skomentuj (0)



---------------------------------------------
Lay by Alien
A może szablon na zamówienie?
Księga Gości
Zobacz
Zostaw ślad

Przeszłość
2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień


Linki
mail: brattadeusz@interia.pl

Linki
Znajoma Polonia
MM
Anula
Mada
Siostra