bratt blog

Twój nowy blog

Ponoć nikt nie zna dokładnie czasu swojego odejścia stąd. Są więc tacy, co to odejście nazbyt przyśpieszają, jak i ci, co uporczywie, za wszelką cenę ten czas odwlekają. Czy to jednak chodzi o wyznaczony nam dzień i godzinę, czy może o coś innego?
*
To była mała wieś z zaskakująco dużym starym pałacem. A pałac miał swoją legendę, ale nie o jakimś upiornym widmie, lecz o dziwnym aniele,który przybrać miał też postać małej dziewczynki. No tak, ale od początku.Hrabia, który nabył te dobra, chciał żyć w miarę daleko od miast i innych dworów, bo zmęczyli go ludzie, wysokie urzędy i podróże. Nie wiadomo więc czemu wybudował tak duży i piękny pałac, jeśli nie chciał w nim gościć wielu. Dookoła było z dwie setki chłopskich chałup, ale Hrabia nie bywał tam wcale. Dbał o wystrój komnat, o bogatą  bibliotekę i wymyślny park oraz ogród. Jakby to był cały jego świat. Mieszkał tam z żoną i ze służbą już kilka lat i bardzo rzadko wyjeżdżał gdziekolwiek. Wieczorami przesiadywał w bibliotece pod wielkim zegarem z aniołem trzymającym w ręce wahadło. Kiedyś przeciągnął czytanie w noc i przez okno ujrzał jakieś światło w piwnicach. Zaciekawiony zszedł tam widząc w ścianie szczelinę, której tam nigdy nie było. To z niej dobywało się światło, które zaraz zgasło, jakby ktoś nagle odszedł. Gdy zaczął oglądać to miejsce uważnie, znalazł na posadzce zwiniętą kartkę, a na niej pięknym pismem dwa zdania: „Twój czas powoli się zbliża. Spełnij to, co masz jeszcze do spełnienia.” Tej nocy nie mógł zasnąć, bo pierwszy raz pomyślał o śmierci.Ale co miał do spełnienia? Rano zdawało mu się, że to mu się śniło, bo i żona miała sen o jakimś dziecku w jamie śpiącego niedźwiedzia. Trochę zaniepokoiło to ich oboje. W południe Hrabia ujrzał stojącą przed bramą bardzo wychudzoną dziewczynkę, która poprosiła go o wsparcie, bo przymierają z głodu w niedalekiej chacie. Poprosił, by zaprowadziła go tam. Dziwił się, jak lekki miała krok. Gdy zobaczył bardzo ubogą chałupę, pomyślał, że on nic nie wie o ludziach żyjących tuż tuż. Jakby zamknął się w twierdzy, ale przed kim? Ta dziewczynka pokazała mu biedne wnętrze i powiedziała, że tu nikt nikomu nie pomaga, że ludzie jakby się pozamykali w swoich chatach, zagrodach, patrząc wilkiem na siebie wzajemnie. Hrabia poczuł ukłucie w sercu, bo pomyślał o swoim zamknięciu – w pałacu i w sercu. Wziął małą do pałacu i obdarował, każąc słudze zanieść jeszcze to i owo do chaty. Od tego dnia zaczął obchodzić swoje włości, poznawać mieszkańców, słuchać o ich dolach i niedolach. A w niedzielę zabrał głos po Mszy, że będzie pomagał tym, którzy innym pomogą. Chciał, by ludzie trochę się otwarli. Nie mógł jednak jakoś spotkać tej dziewczynki ani trafić do tamtej chaty. Może ją odnowili i zmieniło się obejście? Wiele zresztą zmieniło się w tej wiosce przez kilka miesięcy. Hrabia nagle zaniemógł, wezwano doktora z miksturami, ale i ludzie przynosili coś z serca życząc mu zdrowia. Leżał w łożu już parę dni i tej nocy miał sen, w którym ujrzał tę dziewczynkę, jakby już o kilka lat starszą, piękną i z jasnym wzrokiem, stojącą pod ładną, nową chałupą i dziękującą mu za otwarcie serca i serc. Zobaczył też, jak ona zbliża się do jego pałacu i wchodzi do tamtej piwnicy… Zbudził się i mimo gorączki i próśb żony zszedł tam. Właśnie gasło światło w tej szczelinie, pod którą znów leżała kartka, a na niej słowa: „Dopełniłeś czasu swego.” I ujrzał, jak jasny Anioł z twarzą tej dziewczynki wyciąga ku niemu ramię, by go poprowadzić… Mówił o nim, gdy przybiegła za nim żona. Tej nocy umarł bardzo spokojnie. We wsi płakano po nim.
*
Czas życia jest dany i zadany. Iluż z nas go traci lub chce go przedłużać, ale nie spełniać. Może trzeba prosić Anioła o znak, by móc potem spokojnie z nim odejść?

O ideale wychowawcy ktoś napisał: „Być jak cień – świadek Światła – nie zasłaniać, nie narzucać się, ale i nie opuszczać.”
 
*
Jeśli istnieje smutek Aniołów, to może tych, których podopieczni zrobili wszystko, by nie trafić do nieba. Tym chętniej więc może spoglądają oni ku tym, z którymi inne Anioły kłopotu nie mają. Jeden taki człowiek zwracał ich szczególną uwagę. Niby nie było w nic szczególnego – pracował ciężko i solidnie, pomagał jak mógł innym, każdego wieczoru wybaczał każdemu doznane przykrości i ani mu przez głowę nie przeszło, że w niebie myślą o nim jak o świętym. Owi Aniołowie, których podopieczni świętymi zostać nie chcieli, poprosili Najwyższego, żeby obdarował tego człowieka czymś, czego szczególnie pragnie. – „Uczynię to – rzekł Bóg – ale zapytajcie go o to.” Aniołowie, którzy wobec innych ludzi nie mogli pojawić się nawet cieniem na ich drodze, przez tego człowieka zostali od razu zauważeni i rozpoznani. Zapytali go więc wprost, czy nie chciałby zostać cudotwórcą i uzdrowicielem. Tamten jednak pokręcił głową. – „Ja? – odrzekł zdumiony – Przecież to Bóg uzdrawia. Co Mu po mnie?” Aniołowie jednak chcieli coś dodać do jego świętości, więc spytali, czy nie chciałby zostać prorokiem. Ten jednak wzruszył tylko ramionami. – „Prorokowanie to robota Ducha Świętego – rzekł – Co Mu po mnie?” Aniołowie pamiętający, jak chciwi na wszystko byli ich dawni podopieczni, zapytali o jego największe pragnienie. Człowiek ów uśmiechnął się i odpowiedział cicho” „Pragnąłbym robić ludziom coś dobrego, ale tak bezwiednie, mimochodem, jak wy, by ani ja, ani oni o tym nie wiedzieli.” I wrócił do swojej pracy. Aniołowie spojrzeli w stronę uśmiechającego się Boga, a On sprawił, że ów człowiek – nie wiedząc o tym – uzdrawiał i pocieszał ludzi samym swoim cieniem. I zaczęło się dziać tam wiele dobrego. A choć ani ten człowiek tego nie był świadomy, ani obdarowani czymś wprost tego nie wiedzieli, to jednak zaczęto go tam nazywać Świętym Cieniem. Być może za sprawą Aniołów, którzy krzątają się nader pracowicie wokół takich ludzi, więc ten i ów jakąś jasność dostrzega.
 
*
Ponoć Michał Anioł, rzeźbiąc czasem także nocą, przytwierdzał sobie do kapelusza niewielką latarenkę. Każde inne oświetlenie bowiem sprawiałoby, że rzucałby na rzeźbę swój własny cień, który przesłaniałby ukryty w marmurze, a odsłaniany przez niego kształt. Są bowiem cienie ludzi zasłaniających Światło, rzucających na wszystko piętno swojej ważności. Ale są też cienie tych, którzy stają się tak bezwiedni i przeźroczyści, że pozwalają Anioł zostawiać w powietrzu jasne ślady swoich uśmiechów.

Nie jedna twierdza zdobyta została przez zaskoczenie; nie jedno niezdobyte serce – zdobyte wzruszeniem; nie jedno milczenie –  pragnieniem współbrzmienia.
*
Niewielkie to było miasto i niewielki kościół, ale nad podziw duża była przy nim dzwonnica z wielkim dzwonem. Ufundował ją jakiś hrabia, a dzwon odlany został w dalekim mieście przez mistrzów w tym fachu. I dźwięk miał on wyjątkowo głośny i piękny, jednak rozkołysać go było bardzo trudno. Dzwoniono więc weń, jak to się mówiło „od wielkiego dzwonu”. Niektórzy gadali, że to może dzwon pokutny, więc ciężki jak grzechy jakieś nie wyjawione… Ale  że jakoś pomyślny czas nastał dla miasta, to nie dzwoniono prawie wcale. I przyjechał ów hrabia fundator, a kiedy dowiedział się, że dzwon milczy, bo zbyt dużego wysiłku trzeba, by go rozśpiewać, rozsierdził się, zdjął zeń sznury, a dzwonnicę kazał zamurować. Mieszkańcy wzruszyli ramionami i tylko pleban przejął się trochę, bo szkoda mu było świąt z milczącym dzwonem. Jakoś i czas pomyślny dla miasta minął i zaczęły mnożyć się nieszczęścia, pożary, powodzie, napaści. Częściej więc i tłumniej zjawiali się ludzie w kościele i chętniej by uderzyli w dzwon na przebłaganie Boga, gdyby był do niego dostęp, ale nie było. Pleban nie raz w kazaniu mówił, że Bóg milczy jako i ten dzwon, bo ludziom w dobrobycie nie był potrzebny. Kiedy na miasto przyszła jakaś zaraźliwa choroba, to sam pleban zaczął dumać, czy nie uderzyć w ten dzwon… Ale jak tak wbrew woli fundatora? I zdarzyło się to w święto, kiedy kto jeszcze zdrowy w mieście był to przybył do kościoła czy pod kościół, że jakiś kilkuletni pastuszek nieznany nikomu tam się przybłąkał. Usiadł na murze przy dzwonnicy, wyjął niewielki drewniany flet i wydobył z niego ton tak czysty i przejmujący, że płacz i żal niewypowiedziany wstrząsnął wszystkimi. A gdy kolejne, coraz wyższe tony płynęły pod niebo, to nagle jakby mruknęło coś w dzwonie i odezwał się w nim taki ton, jakiego nikt nie pamiętał, a tak głośny, że wszystko wokół drżało. Ponoć chorzy i umierający zerwali się z posłań i biegli ku dzwonnicy. Zaraza minęła, a mieszkańcy gotowi byli usynowić dzieciaka flecistę. Ten zamieszkał na plebanii i każdej niedzieli swoim fletem pobudzał dzwon do pieśni. Pleban mówił, że to znak, iż Bóg dał się przebłagać i wzruszyć czystym tonem dziecka. I wrócił dobry czas do miasta. Jednak któregoś dnia pastuszek znikł, choć zostawił na stopniach dzwonnicy swój flet. Było trochę w mieście grajków, ale żaden nie odważył się sięgnąć po ten flet, bo wszyscy pamiętali anielskie spojrzenie chłopca i anielskie tony, jakie z fletu wydobywał. Złożono więc flet przy ołtarzu w kościele i uradzono, że może paru mieszkańców wyruszy odnaleźć fundatora z prośbą, by otworzył dzwonnicę, a mieszkańcy już nie będą się ociągać, by z dzwonu wydobywać jego modlitwę –  nie tylko „od wielkiego dzwonu”.
*
Kiedy milkną w miastach dzwony, a w ludziach śpiew i modlitwa, to i milknie Boże błogosławieństwo, jako odpowiedź… Czy znajdzie się wtedy tak czysty ton, by przywrócić to współbrzmienie? Czy błagać trzeba będzie o Anioła?

 Nie wiem czemu, ale ostatnio, gdy komuś znanemu się umrze, to prawie wszyscy gadają, że poszedł do nieba. Czy wierzył w to niebo, czy nie; czy chciał tam iść czy nie; czy zasłużył na nie, czy nie – iść musiał, bo piekła to nie ma lub jest puste. Skąd taka pewność? Przecież nawet wielcy święci mieli co do tego obawy, choć też i tęsknoty…
*
Ten mnich przebywał na pustyni Sketis już sporo lat. Od czasu, gdy uciekł z grzesznego miasta, by stracić z oczu i uszu jego uroki i pokusy. Jednak one szybko dopadły go i tam -  atakując z wnętrza serca i wyobraźni. Miał on wobec nich jedną broń: post i modlitwę. Zaprawiał się więc w tej walce jak stary wojak w wojaczce. Czasem czuł, że walczy z piekłem. Ale że był bezlitosny wobec siebie i wzywał często na pomoc swego Anioła – obaj dawali radę demonom, które z wolna ustępowały. Po tym czasie walki, nadeszła też i pora spokoju. Mnich nauczył się medytować i lewitować, a bywało, że miał poczucie coraz większej bliskości nieba. Wyposzczony, wychudzony, lekki – zdawał się unosić coraz wyżej, zdziwiony tylko, że jego Anioł jakby pozostawał w dole. – Czyżbym był już lżejszy i świętszy od Anioła? – pytał czasem siebie, ale odpędzał tę myśl jak pokusę. Jednak ona powracała, zwłaszcza, gdy zapominał o tym, kim kiedyś był, jak i o pokarmie, śnie i ziemi. Myślał, że żył tu najdłużej, że pościł najbardziej, a modlił się najżarliwiej – nie może być więc na tej pustyni i  w tym kraju mnicha tak bliskiego nieba jak on. Dziwił się tylko, że wtedy Anioł znikał, jakby nie chciał być świadkiem tych myśli… Może był zazdrosny? – dumał mnich i coraz niecierpliwiej oczekiwał, że zostanie porwany do nieba przynajmniej tak, jak prorok Eliasz, ale jakoś to nie następowało. Którejś szczególnie rozgwieżdżonej nocy mnich zaczął wołać ku niebu: „Panie Niebieski, czy jest gdzieś tu ktoś bliższy nieba niż ja? Jeśli tak, to mi go pokaż, a jeśli nie, to mnie weź do nieba.” I wtedy zjawił się jego Anioł milczący i poważny. Dał mu znak, by szedł za nim. Mnich ruszył za nim, ale gdy zaczęli się zbliżać do grzesznego miasta, zaczął się dziwić i niepokoić. – Czyżby tam mógł być ktoś bliższy nieba niż on? Anioł milczał i szedł przed nim do najbardziej grzesznej dzielnicy miasta. Mnich zamykał oczy, by nie patrzeć na kurtyzany, hazardzistów, rzezimieszków i typów spod ciemnej gwiazdy. – Po to kiedyś stąd uciekł, by teraz wracać? Ale po co? I wtedy usłyszał śpiew w zaułku ulicy czerwonych latarń. Ktoś śpiewał nie tak jak tu zwykle śpiewano… To był jakiś biedny szewc reperujący buty i spoglądający przez okno na pełną występku ulicę. Cóż ona śpiewał? Mnich zdumiewał się kolejnymi słowami: „O Panie nasz, jeżeli chcesz, do piekła  mnie weź, ale uratuj od niego tych, co tu nie wiedzą, co czynią.” I tak śpiewał czystym, spokojnym głosem. I wtedy mnich pojął, czemu Anioł go tu przywiódł, zwłaszcza, gdy spojrzał w pełne nieba oczy szewca i usłyszał, jak ostatnim słowom jego śpiewnej modlitwy cudnie wtóruje Anioł.
*
Niebo nikomu się nie należy, choćby tak uznał on sam lub inni mu podobni. I choćby nawet tęsknił za nim, jak uciekinier ze świata. Trafiają tam (może zdumieni) raczej ci, co całym sercem ratowali tu innych przed piekłem.    

Dzieciom, których oczy mamione są teraz mrocznością, fajerwerkami czy błędnymi ognikami, tym bardziej potrzeba świateł stałych, jasnych i dobrze widocznych, a które niosą im Anioły, bo takie Światło jest ich żywiołem.
*
- „Skąd w nim takie zapatrzenie?” – pytali siebie rodzice pięcioletniego Kacpra, gdy zamieszkali tuż nad morzem, a dzieciak stał godzinami w oknie lub na plaży i wpatrywał się w morze, w niebo, w okręty. Przyjechali tu z miasta, gdzie za oknami były tylko obskurne bloki, więc bezmiar morza co dzień innego zafascynował chłopca bez reszty. Mijał kolejny tydzień, a on za dnia, a bywało, że i nocą wpatrywał się w horyzont. – „Pewnie widzi tu więcej niż my” – mówiła matka, gdy Kacper przynosił kolejną muszlę czy kawał bursztynu, ale pojąć nie mogła, czemu chłopiec stoi często w ciemności, wpatrując się w światło zwykłej latarni morskiej. Wypytywał czasem ojca o jej światło, latarnika, widoczność, znaczenie dla okrętów. – „Latarnia musi być dobrze widoczna, stać na stałym miejscu i nie może zgasnąć, zwłaszcza podczas sztormu – tłumaczył ojciec – dlatego latarnik nie może być śpiochem.” Kolejnego dnia od rana zanosiło się na sztorm. Wszyscy byli trochę podrażnieni, a chłopiec trudny do zniesienia. Spoglądał na niskie chmury i fale, złoszcząc się, że nie może wyjść na plażę. Wieczorem wyszedł na balkon wpatrując się w ciemność i słuchając huku fal. I wtedy zauważył, że latarnia morska nie świeci. Chwycił lornetkę, ale żadnego światła z tamtej strony nie było. Widząc, że rodzice już położyli się, włożył sweter, pelerynę, wziął zapałki i wyruszył w kierunku latarni, przypuszczając, że latarnik zasnął, a statki mogą się rozbić o skały. Szedł dość długo, ale było coraz ciemniej i zaczęło padać.Ledwie opierał się wichrowi, coraz bardziej wyczerpany i zrozpaczony. Wiedział, że się zgubił i bał się, że morze wzbierze i fale go porwą. I wtedy zobaczył jakieś maleńkie światło… Błyskało jak światło latarni, ale  poruszało się i przybliżało. Zobaczył w końcu idącego plażą mężczyznę  niosącego latarnię, jakby miniaturkę tej morskiej. – „Jesteś latarnikiem?” – spytał chłopiec. – „Tak, wyszedłem, aby cię odszukać.” – odpowiedział tamten podnosząc latarnię do ładnej, uśmiechniętej twarzy. – „Ale nie możesz pozwolić, by latarnia zgasła! – zawołał mały – Statki się rozbiją i marynarze potoną.” Na to ten mężczyzna: „Patrz, latarnia się świeci, jest tam mój zmiennik. To może w tobie coś zgasło, więc nie widziałeś jej światła… A teraz ruszajmy do twojego domu, żebyś ty nie został rozbitkiem.” Ogarnął ramieniem chłopca i nie wiadomo kiedy znaleźli się przy jego domu. Kacper chciał zaprosić do środka dziwnego latarnika, ale on zakołysał latarnią i… znikł. Kiedy potem chłopiec opowiadał to rodzicom, trochę niedowierzali, zwłaszcza, gdy mówił, że ta latarnia, którą tamten niósł, nie miała nic, co wyglądałoby na baterie czy paliwo… – „To jakby od jego wzroku palił się ten płomyk” – mówił chłopiec. – „Chyba nie powiesz, że to był Anioł?” – powiedziała mama, ale umilkła, bo pomyślała, że ich synek naprawdę mógł nie wrócić do domu tej sztormowej nocy.
* 
Światła są, ale czasem w nas coś gaśnie, więc tracimy je z oczu i z serca… Trzeba wtedy wzywać Anioła latarnika.

 Im brzydsza jest wewnętrzna twarz, tym mniejsza skłonność do ujrzenia jej w jakimkolwiek lustrze.
*
Im ktoś bogatszy czy bardziej wpływowy, tym mniej szczerości wokół niego, a jemu też nie zależy na prawdzie o sobie, bo bywa ona nie piękna. O arabskim kupcu Beju mówiono, że złoto utwardza mu serce, więc demony mnożą mu to złoto. Bo od początku, kiedy okradł biednego ojca, opuszczając go i skazując na śmierć w nędzy, Bej zdobywał fortunę tracąc duszę. Posiadł wiele statków, plantacji, sklepów, jak i znajomych, ale żadnych przyjaciół. Jedyna krewna, owdowiała Tafta z trójką dzieci, pożyczyła od niego pieniądze, by uratować zastawiony przez męża dom. Kiedy jednak nie mogła spłacić długu, Bej wyrzucił ją z domu, który sprzedał wraz z jej dziećmi w niewolę. I nawet nie drgnął, gdy zrozpaczona Tafta całowała mu sandały, błagając, by tego nie robił. Parę tygodni potem umarła z głodu pod mostem. Podobnie potraktowanych przez niego dłużników było wielu, a więc i przeklinających go także. Gardził tym, bo fortuna mu rosła, a również znaczenie, tak że liczyli się z nim książęta i królowie. Jednak gdy odkrył, że z majątku pod jednym zarządcą zyski są mniejsze, podejrzewając go o oszustwo, sam wybrał się tam w przebraniu, by nakryć go na tym. Nade wszystko bowiem cenił uczciwość, ale u innych. Już kilka dni podróżował konno i ostatni kawałek drogi wiódł wokół mrocznego lasu. Postanowił pojechać wprost przez ten las, by skrócić drogę, mimo, że napotkał dziwny napis: „Niech trzyma się z dala od tego lasu ten, co nie poznał siebie.” Napotkany wędrowiec spojrzał tylko na las trwożliwie i ostrzegł przed wstępowaniem tam. Jednak Bej gardził wszystkim zabobonami i przestrogami, wszak nie zdobyłby fortuny, gdyby się tego obawiał. Ruszył przez las coraz mroczniejszy i gęstszy. Jego koń był coraz bardziej niespokojny, a w pewnym momencie nagle zarżał trwożliwie, zrzucił Beja i pocwałował z powrotem. Bej zaklął i pomyślał, że zatłucze konia na śmierć, gdy go dopadnie. Wściekły, że z zaskoczenia nadzorcy może nic nie wyjść, ruszył szybko przed siebie. Jednak las jakby ożył, by mu utrudnić drogę. Coraz trudniej było pokonać gęstwinę. Mrok gęstniał, bo zbierało się na burzę, ptaki i owady ucichły…I wtedy niedaleko za sobą usłyszał ryk – ni to ludzki, ni zwierzęcy. Gdy ryk powtórzył się bliżej, Bej zadrżał. Czuł, że ktoś/coś idzie jego śladami, a może go ściga. Chciał już biec, ale chaszcze nie pozwalały… Wreszcie gęstwina się skończyła, ale przed nim wyrosła skalna ściana. Panicznie uciekając zaczął się na nią wspinać, ale odpadł i runął z powrotem. I wtedy pochyliło się nad coś strasznego. Dygocąc ujrzał jakieś w nim podobieństwo do siebie… Ale to był potwór… bestia! Jej spojrzenie było zimne i okrutne, śmiech szyderczy… Usłyszał jakby swój głos w tym ryku:„Przyjrzyj mi się! Jestem ulepiony z twoich grzechów, łajdactw i bezeceństw. Jestem twoją ohydną miłością do złota, twoją bezwzględnością. Chowałeś mnie w sobie starannie, a ja rosłem i potworniałem. A wiesz po co? By cię w końcu dopaść, ukazać ci się i skończyć z tobą tak okrutnie, jak ty z innymi!” Bej zaczął błagać, skamleć, obiecywać góry złota, ale odpowiedział mu szatański chichot i straszliwe szpony wbiły mu się w gardło. Obudził się, miotając i zasłaniając, ale nikogo przy nim nie było, tylko ten sam las wokół. Czy był to sen, widmo, czy jawa, już nie myślał, bo wiedział, że to jakaś ostatnia przestroga i prawda o tym, kogo on w sobie wyhodował. Zrezygnował z celu podróży, ruszył śpiesznie z powrotem, bo wiedział, od kogo można wykupić dzieci Tafty i jeszcze kilku dłużników nędzarzy. A potem trzeba będzie jeszcze wiele zrobić, by móc tu wrócić bez lęku.
*
Im bardziej nie chce się wiedzieć o swojej ciemnej stronie, im bardziej się ją spycha w głąb i ukrywa, tym mniejsza szansa na to, by ją ujrzeć, nazwać i od siebie oddzielić. A zwierciadła są. Ot choćby, w długiej ciszy i milczeniu… W dłuższym spojrzeniu w oczy skrzywdzonych przez siebie… W bezbronnej prośbie do Boga o prawdę o sobie i ratunek przed sobą samym.

 Kiedy jest się najbardziej samotnym? Czy nie boimy się bodaj najbardziej opuszczenia przez wszystkich? Kto wtedy może być ci bliski?
*
Przyroda bywa matką, ale i macochą, jeśli w ogóle tak myśleć o niej można. Nieludzka jest w tropikach, ale i na północy też, gdzie ciężkie i długie zimy przetrwać mogą tylko najtwardsi, zwłaszcza na odludziu. Takim był Drwal życzliwy ludziom, ale mieszkający od lat sam jak pustelnik. Ludzie z najbliższej osady znali go, lubili i czasem odwiedzali, jak i on ich. Jednak podczas cięższych zim było to trudne lub niemożliwe. Drwal był jak stara sękata i mocna jodła. Radził sobie w swojej samotni, bo kochał ciszę, spokój i samotność. Tego roku wróżono zimę stulecia i radzono Drwalowi, by zamieszkał w osadzie. Odmówił. Kiedy spadły wcześniej śniegi, zakupił więcej niż zwykle żywności i innych niezbędnych rzeczy, narąbał drewna dwa razy więcej niż innymi laty i uwziął się nie dać zawieruchom i mrozom. Nie pamiętano jednak takiej zimy i wspominano w osadzie o Drwalu jak on sobie tam radzi odcięty od świata. Modlono się też za niego, gdy im było trudno przetrzymać mrozy. A Drwalowi mijał piąty miesiąc od ostatniego pobytu w osadzie. Sterta drewna zmalała, a o ścinaniu nowych nawet marzyć nie było można przy takich zaspach i mrozach. Szyby w chacie Drwala były wciąż zamarznięte, a on siedział na łóżku skulony i opatulony w co tylko miał. Myślał już o wyprawie do osady, ale za dnia by nie doszedł, a nocą by zamarzł. Tego wieczoru drewno już mu się skończyło, a na zewnątrz drzewa z hukiem pękały od mrozu. Drwal zgrabiałymi dłońmi przewracał kartki Biblii i w końcu zaczął się modlić o śmierć, byle tylko bezbolesną. I wtedy ktoś zapukał do drzwi. Drwal otworzył i oniemiał. W progu stał jasnowłosy chłopiec, bosy, a ubrany tylko w lekką białą tunikę. Drwal pomyślał, że śni lub ma zwidy, ale chłopiec wszedł do środka realny i dotykalny. – „Skądżeś się tu wziął, biedaku? – wyjąkał Drwal – Kto cię wygnał w taką zimnicę?” Chłopiec uśmiechnął się i rzekł: „Nie jest mi zimno.” No tak, jego gołe ramiona były stokroć cieplejsze niż skostniałe dłonie Drwala, gdy chciał rozgrzać małego. – „Ale kto cię wygnał na taki mróz, nie miał serca!” – powiedział Drwal. Na to chłopiec: „Nikt mnie nie wygnał, lecz posłał mnie do ciebie mój ojciec. Mam tu zostać z tobą przez noc, a rano wyruszymy do naszego domu. Drwal nie mógł wierzyć oczom i uszom, tym mniej jeszcze we wspólną wędrówkę z bosonogim chłopcem. Jednak ten miał taką jasną i śmiejącą się twarz, że powoli zaczął mu wierzyć, gdy rozmawiali długo w noc. W końcu chłopiec opatulił Drwala w co mógł i szepnął: „Gdy się obudzisz, będę tutaj.” Następnego dnia mróz nagle zelżał i ludzie w osadzie nie mogli uwierzyć pierwszym ciepłym promieniom słońca. W końcu była to pora wiosny. Kilku mężczyzn ruszyło do chaty Drwala. Dostali się tam po kilku godzinach. Wewnątrz wszystko było oszronione, a Drwal na łożu jakby spał, spokojny i młodszy o wiele lat… Jeden z nich zaczął się modlić za zmarłego, gdy inny z zewnątrz zawołał ich czymś zdumiony. Otóż, na śniegu były widoczne wyraźne ślady bosych stóp dwóch osób podążających w stronę, gdzie zwykle wschodziło słońce.
*
Czy śmierć jest tak straszna jak jej wyobrażenia na większości obrazów czy nagrobków? Czy nie jest to czasem uśmiechnięty Anioł przysłany przez Ojca, by przeprowadzić kogoś tam, gdzie sercem jakoś podążał?

 Mówi się czasem, że nie jesteśmy aniołami… I chyba dobrze, bo gdzie i jacy ludzie – nawet bardzo poczciwi – ścierpieliby istoty tak inne i dobre, że… nie do zniesienia.
*
Tę górską wioskę z jej mieszkańcami można byłoby uznać za błogosławioną przez Boga, bo i przyroda była tu przyjazna, i ludzie sobie wzajemnie, jak i losy tej krainie. Dobrze się wiodło większości, więc dbali, by tego dobrego losu ktoś im nie odmienił. Chłodno więc traktowali gości, a tym z nich, którzy nazbyt odstawali od nich zwyczajami, dawali znać, by poszukali zamieszkania gdzie indziej. Pewnie nie zauważali, że zamknięci w swoim kręgu, powoli zamykali swoje umysły i serca. Ale kto mógł im to uświadomić? I oto podstarzałemu małżeństwu urodził się chłopiec. Ojciec był szewcem i oboje z żoną szanowani byli za uczciwość i pobożność. Teraz szczególniej dziękowali oni Bogu za ten niespodziewany dar. Jednak temu ładnemu i miłemu dziecku po roku pojawiło się na plecach coś podobnego do garbu. Zasmuciło to wszystkich, więc wspomogli rodziców pieniędzmi i modlitwą, by mogli zawieźć chłopca do sławnego lekarza. Ten jednak nie dał nadziei na usunięcie garbu. Chciał nawet coś im wyjaśnić, ale nie prosili o to. Wrócili do wioski i postanowili nadal dziękować Bogu za chłopca i wychowywać go, jakby nie miał garbu. Jednak garb dostrzegały inne dzieci i nie raz dały odczuć to chłopcu boleśnie, stroniąc od niego lub szepcząc ironicznie. Rodzice tym więcej się modlili, co dla jednych sąsiadów czyniło z nich prawie świętych, a dla innych – dziwolągów. Zresztą, tu raczej nie lubiano jakichś przejawów wyróżniania się. Chłopiec też wyróżniał się nie tylko garbem. Jedyny wśród dzieci miał blond włosy i zielone oczy ze złotymi plamkami. Nikt prawie nie lubił patrzeć w te oczy, bo budziły one w ludziach dziwne poczucie winy. Za dużo w nich było jakiejś miłosiernej dobroci. Chłopiec był drobny i jakby aż nazbyt lekki. Jedynie ten podwójny garb na plecach odbierał mu wdzięk. Kiedy ktoś zobaczył, że garb dziwnie czasem drga, zaczęto się go bać i traktować, jak nawiedzonego przez mroczną siłę. Omijano chłopca teraz z daleka. Rodzice tym więcej modlili się wciąż dziękując Bogu za chłopca i okazując mu tym więcej serca im większa ukryta wrogość spotykała go od innych. Ojciec nauczył go szewskiego fachu i chłopiec robił i naprawiał buty prawie tak dobrze, jak on. Jednak posunięty w latach ojciec zmarł, gdy chłopiec skończył 18 lat. Za nim odeszła jego matka. Mimo, że chłopiec był jedynym szewcem w wiosce, rzadko kto korzystał z jego pracy i usług. Zerkano na jego garb z zabobonnym lękiem, a gdy ktoś zauważył, że coś w nim drga, szeptano, że to diabeł przywarł do jego pleców. Ten lęk przemieniał się w ludziach w otwartą wrogość i  nienawiść. Któregoś dnia chłopiec przechodził koło czyjegoś źle umocowanego wozu, który nagle potoczył się i rozbił o ścianę. Właściciel wozu natarł na chłopca wyzywając go od diabłów. Dołączyło się do niego zaraz więcej ludzi, którzy chwycili za kije i kamienie. Wkrótce spory tłum wrzeszcząc, popychając i okładając chłopca zaczął go prowadzić na urwisko. Zaczęto krzyczeć, by skończyć z demonem, pozbyć się go na zawsze, cisnąć w przepaść… Postawiono chłopca na skraju przepaści i ktoś pchnął go kopniakiem krzycząc, by leciał sobie do piekła. I wtedy garb drgnął, napiął się, rozerwał skórę i koszulę… Kilkoro rąk zepchnęło go w przepaść. I w tej chwili wydobyły się z garbu dwa wielkie śnieżnobiałe skrzydła i chłopiec uniósł się na nich wysoko z dźwięcznym śmiechem. Za chwilę zniknął w chmurach, a ludzie stali jak skamieniali, tylko niektóre kobiety zaczęły szlochać. Ponoć od tego wydarzenia coś odmieniło tam tych ludzi, otwarło im serca, ale chłopiec nie wrócił. Może spełnił to, po co został tam posłany?
*
Uważajcie na spotykanych incognito Aniołów, bo nie wiadomo,  co wam w was samych mogą pokazać, co i kogo w was, poczciwcach, obudzić.

Od kiedy przestano wierzyć, że Bóg karze za grzechy, to i waga winy czy krzywdy zmalała, a pokuta stała się przeżytkiem. Ale czy człowiekowi wyszło to na dobre, tego nie jestem pewien.
*
Kiedy jeden z rycerzy Bolesława Chrobrego Gniewomir Będa stanął nad Czarną Przemszą, zastał tam bory i prastarą wioskę. Otrzymał tę ziemię od króla, a więc na wzgórzu miał stanąć zamek. I tak się po paru latach stało, a od nazwiska rycerza przyjął on i rozrastająca się wioska nazwę Będzin. Jednak ów rycerz, podobno dzielny w bojach, teraz jako pan na włościach już nie po rycersku zaczął postępować. Po śmierci króla stał się bardziej rabusiem niż obrońcą, postrachem kupców, ale i włościan. Po zbójeckich wyprawach ucztował na zamku z podobnymi sobie. Bano się go i unikano. Ale żonę Będa miał i piękną, i dobrą – swoje przeciwieństwo. Takoż i dwójkę dzieci, które matka jak mogła chroniła przed druhami ojca, zabierając je często w bory, gdzie mieli urocze schronienie w jaskini nad potokiem. Jakoż po tym, jak w trójkę usiłowali uprosić zmiłowanie Będy nad wtrąconymi do lochów niewinnymi ludźmi i odtrąceni przezeń, poszli tam również. Kiedy nadciągnęła burza biegli ku grocie, ale nagle skały zadrżały i zwaliły się na nich. Burza minęła, ale kiedy Będa wyruszył na poszukiwanie żony i dzieci, dotarłszy na miejsce zawył z bólu i rozpaczy… Musiał pogrzebać Bogu ducha winnych najbliższych, podczas, gdy on, zbójca został na tym świecie. Został i jakby zamarł w sobie. Odprawił kompanów, skończyły się uczty, a on snuł się po wieży, posiwiały nagle, milczący, trudny do poznania. W końcu wezwał rządcę i wyznał, że owe nieszczęście to za jego zbrodnie, pychę i krzywdy. Kazał kogo można wynagrodzić, sieroty i wdowy uposażyć, zamku pilnować. A sam ubrany jedynie w prostą opończę, z dawnych rzeczy wziął miecz rycerski, pożegnał się z rządcą i starszymi wioski, i ruszył boso w bory czynić słuszną pokutę. Rządca dognał go i dał mu buty, boć już zimno było. Wziął je, wcisnął za pas, ale szedł boso. Po jakimś czasie ludzie zaczęli mówić, że chodzi jakiś tu mnich czy włóczęga boso, więc nazwano go Gołonogiem.Na trudno dostępnym miejscu wysoko, sklecił sobie szałas, wystrugał spory krzyż nad nim i zamieszkał. Ludzie nie wiedzieli, kim on jest, ale ów krzyż budził ufność, a ci, z którymi gadał, mówili, że mądry on i uczony. Po jakimś czasie pomogli mu lepsze schronienie zrobić, czasem coś do jedzenia przynieśli, a on zaczął leki, maści sporządzać z ziół i jagód, leczyć, radzić. Jednak czy lato, czy zima, chodził boso, nawykły już, no i krył swą tajemnicę. Ale dobroć i spokój w nim były wielkie, a spojrzenie coraz jaśniejsze. Co wieczór widać było w górze ogień jego ogniska, do którego ludzi przywykli jak do dobrego znaku. I tak minęło trochę lat. Któregoś wieczoru ogień nie zapłonął, a kiedy w dzień poszli niektórzy, zastali go na skalnym łożu martwego i bosego. Kiedy odwinęli opończę, ujrzeli na jego piersiach rycerski miecz. Tak, on musiał być rycerzem, więc dali znać księdzu i innym okolicznym rycerzom, by mu pochówek godny wyprawili. Jednakże ksiądz nie znał imienia, bo Gołonogiem go tylko zwano. Wraz z rycerzami przybył i ów rządca zamku Będzin i kiedy ujrzał miecz, rozpoznał go i swojego pana. Wtedy wyjawił jego tajemnicę, iż za swoje zło i krzywdy, życiem trudnym i poczciwym Bogu i ludziom chciał wynagrodzić. Pochowano go tam i wybudowano kapliczkę. A zdarzyło się, że królowa Jadwiga powędrowała do niej boso po śladach Gołonoga, ale to już inna opowieść.
*
Wierzono kiedyś, że gdy Bóg karze, to by ratować kogoś, a skrucha i pokuta nie Bogu tak potrzebne, co winowajcy, by go przemienić. I tego nam teraz brak.

Jakoś mi szkoda, że elektryczność odebrała ludziom troskę o żywe płomyki świec, kaganków i lamp znaczących czasem coś więcej niż oświetlenie.
*
To było daleko na północy, blisko kręgu polarnego w osadzie rybaków i myśliwych. Kiedyś przybył tam jakiś bogaty człowiek, który wybudował sobie górujący nad osadą zameczek z wieżyczką, z której przyglądał się on często blademu słońcu i zorzom polarnym. Wyruszał czasem saniami w psim zaprzęgu po skutym lodem morzu, jak tylko daleko mógł na północ. Kiedyś psy przyciągnęły go z odmrożonymi nogami, jego zdaniem cudem przez Boga uratowanego. Okulały już nie wyruszał nigdzie, ale z tej wdzięczności postanowił wybudować dla osadników kościół, bo najbliższy był daleko. Sprowadził budowniczych, kazał wysoko ogrodzić plac, jakby nie chciał, by ktokolwiek przypatrywał się budowie. Dziwne, ale więcej ludzi zaczęło tu teraz ściągać i osiedlać się, jakby ten zameczek i kościół miały dać początek miasteczku. Dziwiono się tej tajemniczości wokół kościółka, ale przywykli, że ten pan jest trochę odludkiem, trochę dziwakiem, ale w sumie dobrym człekiem, więc nie zaglądali za ogrodzenie, a tylko popatrywali, jak rośnie dach i wieża wyższa niż ta w zameczku. Ukończono budowę kościółka tuż przed polarną zimą i kiedy rozebrano ogrodzenie, to miejscowi nie mogli się nadziwić jak kształtna i piękna budowla stanęła w ich osadzie. Sprowadzono też księdza, który miał tu stale odprawiać Msze i nabożeństwa. Przed tą pierwszą uroczystą Mszą  ów pan przyszedł o kulach i wprowadził z księdzem wszystkich do środka. Stanęli jak urzeczeni pięknem witraży i ołtarza. Nie zapalono jeszcze żadnej świecy i dość mrocznie było wewnątrz. Ten i ów rozglądał się za lampami, ale żadnej nie było ani pod sufitem, ani na ścianach, a przecież te sześć świec na ołtarzu nie mogło rozświetlić wnętrza, którego mroczność jednak pogłębiały śliczne witraże. I wtedy ów pan powiedział: „Oddaję wam tę świątynię, jako moje wotum wdzięczności, a wasze miejsce modlitwy. Tak, nie ma oświetlenia, ale za to każdy z was otrzyma srebrną oliwną lampę, którą będzie przynosił ze sobą i wieszał na którymś z haków, a tych jest tyle, ilu was wiernych, czyli w sam raz, by oświetlić całe wnętrze, szczególnie w czas polarnej nocy. Oliwa będzie wasza. Jeśli jednak ktoś nie przyjdzie ze swoją lampą do kościoła, to będzie w nim ciemniej, a mnie będzie smutniej, gdy będę patrzył przez swoje okno na okna kościoła. Dotychczas bowiem spoglądałem albo ku słońcu, albo ku polarnej zorzy, ale stokroć bardziej wolałbym patrzeć na żywe światła was wiernych, gdy już sam tu przyjść nie będę mógł.” Ponoć w dzień śmierci tego pana, kościół jarzył się swoimi światłami najjaśniej, choć potem to już różnie bywało.
*
Ponoć ponad światła wszystkich gwiazd Panu Bogu milsze są maleńkie żywe światełka zapalane Mu przez ludzi i to ich właśnie wypatruje On nocami, a zwłaszcza tych, wokół których gromadzą się kręgi ludzi z miejscem dla Niego.


  • RSS